Nieco inne, koreańskie, podejście do klasyki kina science-fiction z cyklu ludzie kontra obcy – w bardzo przyziemnym, efektywnym stylu.
Witajcie w Hope (2026) – reż. Na Hong JinMonolith Films
Za każdym razem, gdy myślę sobie o koreańskiej kinematografii, mam w głowie, że od dobrych kilku lat Koreańczycy starają się czasami za bardzo wywrzeć na Zachodzie wrażenie pewnego rodzaju nieprzewidywalności. Gdyby bowiem spojrzeć sobie na największe hity, to już pierwszy z brzegu przykład filmu „Oldboy” stosuje tę strategię subtelnego niczym uderzenie sztachetą prosto w twarz twistu, który odmieniany był przez wszystkie przypadki przez te wszystkie lata, bez względu na to, czy ostatecznie wpłynął na odbiór filmu Park Chan Wooka pozytywnie czy negatywnie. Podobnie jest również w sytuacji, w której takie filmy jak “The Host” otwarcie korespondują z podobnymi, holywoodzkimi produkcjami o większych budżetach. Na Hong Jin z kolei to również zdecydowanie jeden z twórców, którzy wpisują się w grono najbardziej znanych i utytułowanych reżyserów koreańskiej kinematografii. Znany bardzo dobrze z filmu „W pogoni” z 2008 roku oraz „Lament” z 2016 roku. Jednak gdyby tak spojrzeć na jego dorobek, to jest on dość skromny, a do reżyserowania powrócił głównie dzięki filmowi „Witajcie w Hope” po dziesięciu latach od „Lamentu”.
Co prawda, był jeszcze jeden krótki film, ale mówimy o tych dużych produkcjach.
Powiedzieć, że recenzje po pokazie filmu Na Hong Jina na Festiwalu Filmowym w Cannes w tym roku były skrajne, to nic nie powiedzieć – jedni uważali go za świetny rollercoaster, a inni wychodzili w trakcie seansu. Ja natomiast jestem po środku, bowiem spodziewałem się czegoś więcej, ale im dłużej zaczynam o tym filmie myśleć, tym więcej elementów układanki wiąże się w całość.
Nadzieja umiera ostatnia?
Witajcie w Hope (2026) – reż. Na Hong JinMonolith Films
Jedna krowa w wiosce Hope, przy granicy z Koreą Północną, potrafi wywołać tyle zamieszania? Na to wygląda, ponieważ od dość dziwnego zdarzenia związanego z dzikimi zwierzętami napięcie rośnie z minuty na minutę, a w wszystko wplątane są przedziwne kreatury z kosmosu. Brzmi jak kolejny film z cyklu „ludzie kontra kosmici”, ale ostatecznie „Witajcie w Hope” to nieco inaczej opowiedziana historia o czymś, co można nazwać „pierwszym kontaktem” – bez naukowców, bez ludzi o dziwnej wiedzy typowej dla kina science fiction. Tak kameralnie, prowincjonalnie i z pewną dozą szaleństwa.
To, co w przypadku „Witajcie w Hope” wybija się na pierwszy plan, to fakt, że zasadniczo cały główny wątek tylko pozornie przebiega po trajektorii, którą łatwo zauważyć w tego typu filmach. Nadal mamy do czynienia z rozpoznaniem przez głównych bohaterów, z kim w ogóle walczą, odnalezieniem głównego powodu tego całego zamieszania oraz próbą walki ze stworzeniami, więc zasadniczo Na Hong Jin wziął ten schemat i, mówiąc to zwyczajnie, ustawił go pod siebie. W taki sposób, aby dać „nadzieję”, że chyba wiemy, jak ta cała historia się potoczy.
Mimo momentów spowolnienia akcji i prób dołożenia kilku elementów, które pomogą zrozumieć, co dzieje się w Hope, reszta nie ma tu większego znaczenia. Główny bohater, policjant Ko Bum Seok, co prawda zaczyna od oględzin miejsca zdarzenia, ale w samym mieście już zbierana jest ekipa, której zadaniem jest załapanie sprawcy. Podobnie jest w przypadku tego, jak zmienia się miasteczko w trakcie pierwszych kilkudziesięciu minut filmu – z cichej, prowincjonalnej wioski staje się polem bitwy (dosłownie) wraz z upływającym czasem, a my możemy obserwować rozwój wydarzeń na żywo, nawet jeśli przez długi czas nie wiemy, za kim gonią.
Witajcie w Hope (2026) – reż. Na Hong JinMonolith Films
Właśnie te momenty, w których bohaterowie toczą nieustanną walkę z przeciwnikiem, który jest zdecydowanie poza ich zasięgiem, są największym atutem „Witajcie w Hope” — nie ze względu na efekty specjalne, ale na przyziemność w czasach, gdy wiele scen to tak naprawdę jeden wielki festiwal efektów tworzonych na greenscreenach. Jeśli dołożymy do tego fakt, że Hoyeon (wcielająca się w posterunkową w Hope) rzeczywiście wykręcała te nawroty radiowozem w scenach pościgowych, to można byłoby to podsumować krótko – jeszcze kino, to prawdziwe, nie umarło w dobie prób wciskania elementów tworzonych przez AI.
GramTV przedstawia:
Jednakże w tej beczce miodu znajdzie się porządna łyżka dziegciu, a mianowicie CGI, które, mówiąc prościej, nie powala. Do tego stopnia, że postać grana przez Michaela Fassbendera wygląda wręcz komicznie i trudno ją brać na poważnie, gdy dosłownie prezentuje się jak wyjęta z pierwszych odsłon Resident Evil z Milą Jovovich. Tutaj zdecydowanie lepiej wypada Alicia Vikander, którą dość trudno było rozpoznać, choć to też nie jest komplement. W każdym przypadku można było zrobić to lepiej, ponieważ w drugiej połowie filmu było to przedstawione bardzo nierówno.
Natomiast jak już przy tych stworach jesteśmy, to jedną z tych rzeczy, o które mam szczególne pretensje do Na Hong Jina, jest fakt, że ostatnie minuty filmu to tak naprawdę chęć łączenia wszystkich kropek w jedno, tak, aby zostawić furtkę na ewentualny sequel. Dlaczego pretensje? Ano, chociażby dlatego, że wiemy, co się stało chociażby z drugim filmem z uniwersum „Train to Busan” (tak, specjalnie nie napisałem polskiego tytułu), czyli „Peninsula”. Nie widzę bowiem powodu, aby tworzyć „Witajcie w Hope 2”, biorąc pod uwagę wszystkie wydarzenia, które miały miejsce, nawet bez jednoznacznego zakończenia — ani pozytywnego, ani negatywnego.
Oczywiście mógłby to być powód, aby opowiedzieć szerzej o potworach, które pojawiły się w Hope, ale mam wrażenie, że tego również nie potrzebujemy. Jest to bowiem historia o czymś, co można byłoby nazwać śmiało „pierwszym kontaktem”, a ta przyziemność, w połączeniu z brakiem klasycznych dla tego typu filmów postaci, np. ludzi, którzy od lat szukają innych form życia i wiedzą wszystko o „zielonych”, stanowi dobry powiew przyszłości. Co prawda, to nie wyklucza odjechanych sytuacji, ale nadal wszystko tutaj pasuje jak koszula szyta na miarę, jeśli wiemy, jaki rozmiar tej koszuli bywa w koreańskich sklepach z ubraniami - dzięki temu rozumiem zasady, którymi kierują się twórcy z Półwyspu Koreańskiego.
Dlatego też „Witajcie w Hope” jest filmem, do którego co prawda mam kilka zastrzeżeń, i po opuszczeniu kina zastanawiałem się, czy to, co obejrzałem, było dobre, czy też złe, ale, dając sobie tych kilka chwil oddechu, przyznam… chyba właśnie takich obrazów mi brakowało – bazujących w dużej mierze na ujęciach i kadrach, które sprawią, że będę dosłownie w środku akcji. Tej prawdziwej, a nie wygenerowanej w studiu. To się Na Hong Jinowi udało w stu procentach, a w połączeniu z głównymi bohaterami, których można polubić, oraz typowo koreańskim humorem przychodzi myśl, by obejrzeć ten film jeszcze raz. Tym razem ze świadomością tego, co widziałem na pierwszym seansie.
Nie bez wad, ale „Witajcie w Hope” warto obejrzeć na dużym ekranie z dobrym nagłośnieniem
Witajcie w Hope (2026) – reż. Na Hong JinMonolith Films
Szczerze mówiąc, wychodząc z seansu „Witajcie w Hope”, spodziewałem się, że będę rozdarty między dwiema różnymi opiniami. Z jednej strony bowiem udało się Na Hong-Jinowi stworzyć co prawda momentami do bólu tradycyjny, ale nadal przyziemny film grozy. Czuć było bowiem w tym wszystkim ten koreański sznyt, który towarzyszył chociażby filmowi „The Host” – było miejsce zarówno na akcję i humor, jak i na zadanie kilku dodatkowych pytań do widza, próbując parodiować tego typu kino zachodnie. Typowa koreańska robota na nieco większą skalę niż dotychczas… co widać również po modelach CGI przeciwników koreańskiej wioski. Zapewne tych kilkanaście lat temu wcale bym na to nie zwrócił tak wielkiej uwagi, ale w czasach, gdy można się nad tym pochylić bardziej, takie wykonanie nie przystoi. Tym bardziej, że pod względem czystej akcji w kinie „Witajcie w Hope” potrafi zrobić wrażenie tak samo dobre jak Hoyeon strzelająca z granatnika. Jest wybuchowo, ale bez przesady, jak w większości tego typu filmów na Zachodzie.
Z drugiej strony, cały ten obraz zepsuło mi ostatnie 15–20 minut seansu, które jakby na siłę próbowało wyciągnąć wszystko, żeby zostawić pewną furtkę na przyszłość. To zdecydowanie historia, którą można było po prostu zakończyć w jedną lub drugą stronę, biorąc pod uwagę pewne chwilowe rozterki bohaterów (które można było przewidzieć). Jednym ten brak konsekwencji będzie doskwierał, a innym spodoba się na tyle, że będą nazywali „Witajcie w Hope” jednym z lepszych filmów akcji tego roku. Specjalnie nazywam go w ten sposób, bowiem tego typowego horroru w nim jest naprawdę niewiele. Co prawda momenty, w których dana osoba zostaje wręcz absurdalnie rozchlapana po ścianach, są, ale raczej wywoływałyby salwy śmiechu niż faktyczne przestraszenie.
I powiem również dość zaczepnie, że trochę rozumiem tych, którzy podczas pierwszych seansów na festiwalach filmowych niektórzy wychodzili z pytaniem: „Witajcie w Hope”, ponieważ… jakkolwiek to nie zabrzmi sztampowo – tak, to nie jest film dla każdego. Jeśli przeszkadzają wam momentami niezrozumiałe wręcz logicznie akcje, widoczny z daleka plot armor oraz dość niskich lotów humor (a dokładnie jeden konkretny moment, choć pewnie komuś się spodoba), to zapewne te ponad dwie i pół godziny seansu zmęczą was. Jeśli jednak jesteście świadomi, że to typowy koreański „monster film” ze wszystkimi plusami i minusami tego gatunku, to jest spora szansa, że wyjdziecie w miarę zadowoleni.
7,5
Gdyby nie to słabej jakości CGI i kilka innych drobiazgów... ale to nadal świetny, niekoniecznie tradycyjny, film z cyklu ludzie vs. kosmici.
Plusy
"Te pościgi, te wybuchy!"
Nieco inne spojrzenie na historię pierwszego kontaktu ludzkości z obcymi na o wiele mniejszą skalę.
Drobne elementy, które rozjaśniają co nieco... ale mogą też niepokoić.
Typowy koreański humor, który potrafi rozbawić oraz bohaterowie, których można polubić.
Wbrew pozorom to bardziej film akcji z dreszczykiem niż typowy horror, chociaż miejsce na karykaturalne zgony się znalazło.
Oszczędność w korzystaniu z dobrodziejstw dzisiejszej kinematografii na korzyść prawdziwych ujęć oraz Hoyeon driftującej radiowozem...
Minusy
... co przełożyło się na to, jak prezentują się przeciwnicy mieszkańców Hope.
Plot armor mocny niż kiedykolwiek.
Ostatnie minuty seansu, które starają się wiązać wszystko pozostawiając ewentualność na kolejne historie.
Z-ca Redaktora Naczelnego Gram.pl. Wielbiciel wyścigów, bijatyk i tych gier, które zasadniczo nikogo. To ja zacząłem ruch #GrajciewYakuzę. Po godzinach fan muzyki niezależnej i kuchni koreańskiej.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!