Robert Pattinson zamienił kostium Batmana na garnitur. Jego bronią stała się kamera.
Wracając z seansu Primetime wieczorową, deszczową porą, w lusterku samochodu zobaczyłem oślepiające mnie światła. Normalnie by mnie to nie obeszło, ale po tym filmie dostrzegłem w tym coś sugestywnego. Jakby twarz Roberta Pattinsona, który podejrzliwie patrzy na mnie zza pleców. To niezwykle mocne i wyraziste spojrzenie traktuję zresztą jako jeden z wyróżników filmu – opartego w pełni na wybitnej aktorskiej kreacji. Bez niej - pozostawiającej jednak w filmie pustkę.
Primetime
Nic tak nie boli, jak opinia publiczna
Potencjał tej historii był spory. Mamy tu wybitnie intrygujący temat i ciekawe nazwisko u sterów. Udział Lance'a Oppenheima obiecywał thriller niekonwencjonalny. A to dlatego, że 30-latek ma większe doświadczenie w filmach dokumentalnych niż fabularnych. Jego przywiązanie do prawdy i pokazywania świata bez filtrów zadziałało w tej historii w zaskakujący sposób. Mamy tu przecież opowieść o tym, jak telewizja w cywilizowanym świecie, prócz bycia nośnikiem rozrywki, stała się też czymś, co może zastępować średniowieczny pręgierz. Nic tak bowiem nie boli jak opinia publiczna. Sęk w tym, że nie ma znaczenia, czy oglądamy szokujące informacje, operę mydlaną, czy reality show o łowcach pedofilów – wszystko to jest produktem, który walczy o uwagę widza, niezależnie od swojego przeznaczenia.
Najciekawsze pytanie, które zadaje Oppenheim, a które postać Chrisa Hansena stara się niejako wypierać, brzmi: czy mamy moralne prawo karać za czyn, który został sztucznie wywołany, sprowokowany? Wiem, że to nie ta skala i zupełnie inny problem, ale zawsze przy takiej okazji przychodzi mi na myśl słynny Agent Tomek i jego brawurowa akcja wobec niejakiej Beaty Sawickiej. Nie wchodźmy w szczegóły. Kobieta miała przyjąć korzyści majątkowe, ale nie zrobiłaby tego, gdyby przedstawiciel CBA jej nie uwiódł i nie wyprowadził w ten sposób na manowce. Jeden obóz polityczny zrobił z niego bohatera, inny wskazywał na nieprawości. Sąd ostatecznie dostrzegł, że coś tu nie gra, że prowokacja zaszła za daleko. Nie mnie to oceniać, ale czuć w tym niejednoznaczność.
Primetime
Piąta władza
Wracamy do USA, niezwykle konserwatywnego Teksasu i najgorętszego czasu antenowego telewizji NBC. Mamy rok 2006, czyli moment, w którym To Catch a Predator jest u szczytu popularności, ale prowadzący program Chris Hansen wciąż szuka sposobu, by zdobyć większą widownię. Z filmu nie dowiemy się, że to reportażysta, którego ukształtowały zamachy i terroryzm, ale fakt, że akcja dzieje się w świecie po 11 września, ma tu znaczenie. Hansen szuka zła ubranego w turban. Interesuje go to, co drzemie w naszych pierwotnych instynktach. W filmie wspominana jest wyprawa do Indii, jako ta, która pozostawia w postaci Roberta Pattinsona stały ślad, niezaleczoną ranę. Dowiadujemy się o okropieństwach, które tam spotkał, i przemożnej potrzebie czynienia z dziennikarstwa oręża naprawy świata. O chęci nakierowywania światła tam, gdzie panuje mrok.
To Catch a Predator miało prosty cel – dyskredytować i obnażać zło. Pedofile wpadali w zastawione przez Hansena sidła, co wywoływało szok, a tym samym napędzało popularność programu. Ten jednak z każdym rokiem coraz bardziej odchodził od swoich altruistycznych założeń, stawiając na sensację. Jak można wyczytać w artykułach poświęconych programowi, w pewnym momencie zaczęto nawet zarzucać jego twórcom, że niektóre sytuacje są reżyserowane. Nieustanne parcie na wzbudzanie coraz większego zainteresowania stało się obsesją prowadzącego i jest też motorem napędowym fabuły filmu. Bohater konsekwentnie wkracza do jądra ciemności, wypuszczając z rąk dwóch synów i żonę. W pewnym momencie, co pokazuje film, Hansen przekracza ostatnią granicę – łowy na pewną grubą rybę kończą się tragicznie. Hansen zwykle pyta swoje „ofiary”, co by się stało, gdyby w porę nie zainterweniował. Do czego by doszło? To pytanie, zadane w kontekście gorzkiego finału jego działań, nabiera jednak dalece wymowniejszego wymiaru.
Primetime
W poszukiwaniu pierwotnego zła
Doceniam to, w jaki sposób Oppenheim opowiada tę bardzo – podkreślmy to – nieprzyjemną, ponurą historię. Forma odgrywa tu kluczową rolę. Ekran został wyraźnie przycięty, ziarno wyodrębnia się na zdjęciach, a wszystko po to, by było bardziej realistycznie, dokumentalnie. Film budzi skojarzenia ze stylistyką found footage i, podobnie jak horrory tego podgatunku, umiejętnie wykorzystuje fragmenty nagrań wykonanych w ukryciu, by stopniować napięcie. Twarze filmowane z bliska, na wprost kamery, stają się tu niebagatelnym nośnikiem emocji. W centrum uwagi pozostaje jednak postać Hansena, który już od pierwszej, spektakularnej sceny stara się kraść ekran dla siebie. Tak jak film skutecznie poddaje w wątpliwość działania Hansena i jego ekipy, dając do zrozumienia, że to żadne łowy, a raczej wywabianie zwierzyny z nory prosto w zasadzkę, tak też sama chęć brylowania na ekranie ma w sobie coś z egocentryzmu, a mniej z chęci niesienia ratunku, do której bohater tak chętnie się odwołuje.
GramTV przedstawia:
Jest dobrze, ale mogło być lepiej – to najprostsza myśl, która podsumowuje Primetime. Czy to film, który podbije sezon nagród? Po tym, co zobaczyłem, byłbym ostrożny w takich przewidywaniach. To przyzwoity, artystyczny, nietuzinkowy film. Jego głównym problemem jest jednak to, że da się go streścić w kilku słowach. Jest jak otwarta książka, której nie trzeba nawet kartkować, bo ma sporo obrazków, a jej myśl pozostaje jednolita. Jest jak telewizyjne show, kurczowo trzymające się swojego schematu. Wspomniana scena otwierająca mówi w zasadzie wszystko i kończy film – od początku czujemy, że coś tu jest nie tak, że ten, który chce nieść jasność, ma niejasne pobudki. Jeśli Primetime cokolwiek zdziała w sezonie nagród, stanie się to za sprawą Pattinsona. Ale i tej roli także bym nie przeceniał – za mało w niej niuansów, za dużo dosłowności.
Teatr jednego aktora
Pattinson to zresztą ciekawy przypadek. Aktor chyba dawno zapomniał, że grał w Zmierzchu, że był bożyszczem nastolatek. Po takich filmach jak Mickey 17, Odyseja i Primetime widać, że z szaleństwem mu do twarzy. Oglądając recenzowany film, miałem nawet wrażenie, że nawet jeśli gra Batmana, spokojnie mógłby poradzić sobie również jako Joker. Mamy tu do czynienia z kompletnym odwróceniem wyjściowego emploi. Szanuję, bo to wielki talent. Ale dobry aktor, by w pełni rozwinąć skrzydła, prócz dobrych chęci i umiejętności potrzebuje też dobrej historii. Obliczonej na zmianę – tak, by ten, który ją prowadzi, zdołał zaskoczyć wyborem, jakiego dokonuje. Primetime jest jednak od początku do końca tym, czym był jego pierwowzór – przykuwającą uwagę prowokacją. Wykorzystuje kontrowersje, by wywołać emocje, ale nie angażuje, bo zbyt szybko próbuje udzielać widzowi odpowiedzi.
Wracając do tamtych świateł w lusterku, trudno nie dostrzec, że Primetime najlepiej działa właśnie wtedy, gdy każe nam podejrzliwie spojrzeć na to, co wydawało się oczywiste. Szkoda tylko, że sam nie potrafi utrzymać tej niepewności do końca. Oppenheim ma oko do niepokojących historii, a Pattinson – talent, by nadać im hipnotyzującą siłę. Ale to jeszcze za mało. W tym roku reżyser pokaże nam jeszcze dokument Zobaczysz wszystko. To kolejna produkcja obliczona na wywołanie poruszenia, co pozwala lepiej dostrzec kształtujący się styl twórcy i budzi apetyt na jego kolejne pomysły.
7,0
Stylowy, prowokacyjny, pikantny, ale nieco jednak miałki.
Plusy
Robert Pattinson ponownie zjawiskowy. Kolejny raz ratuje w dużej mierze przeciętny film ponadprzeciętną rolą.
Niby film o programie telewizyjnym, a klimat gęsty jak w dreszczowcu.
Stylistyka znalezionych taśm, rodem z horroru, nadaje całości dokumentalny sznyt.
Lance Oppenheim dopiero rozkręca się w fabule, więc z ekscytacją przyjmę jego kolejne próby w tym zakresie. Tymczasem na horyzoncie ma już kolejny mocny dokument.
Minusy
Jednowymiarowa fabuła i równie płaskie postacie. Brakuje niuansów.
Po pierwszej scenie odniosłem wrażenie, że wszystko zostało już powiedziane i pokazane.
Dziennikarz filmowy, krytyk. Lubi otwarte podejście do kina i popkultury. Fantastykę w każdej postaci przeplata seansami klasyki. Gdy akurat nie gra w Diablo 4, nie pogardzi dobrym komiksem i książką.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!