Wracamy do Haddonfield podczas corocznego święta dyń, ale z kontrolerami w rękach. Michael Myers ponownie rusza na polowanie, tyle że tym razem możemy znaleźć się po drugiej stronie maski.
48 lat temu John Carpenter dał nam niezapomniany horror traktujący o pewnym szaleńcu z białą, beznamiętną maską i wielkim kuchennym nożem. To były wczesne lata kariery mistrza grozy. Gdy dziś patrzę na drogę takich twórców jak Zach Cregger czy Curry Baker, którzy dopiero stawiają w gatunku pierwsze kroki, ale już teraz mają na koncie rzeczy o ogromnym znaczeniu, myślę właśnie o Carpenterz i jego Halloween. To był początek legendy.
Halloween: The Game
Koszmar rozpoczął się w 1978 roku
Twórcy growej wersji Halloween, która debiutuje na PC i konsolach już 8 września, zdecydowanie najbardziej zainteresowali się właśnie tym, jak ta słynna seria się rozpoczęła, a nie tym, jak ewoluowała. Okiem krytyka, film Halloween to małe arcydzieło gatunku, idealnie balansujące na granicy kiczu, a jednocześnie niezwykle zwarte i konsekwentne w swojej strukturze narracyjnej. Miałem okazję niedawno przypomnieć sobie film, chcąc lepiej zrozumieć świat gry, i muszę przyznać, że co najmniej kilka jego aspektów wciąż robi ogromne wrażenie. Szczególnie skuteczne okazują się nowatorskie jak na tamte czasy metody budowania napięcia i grozy – cudowna gra cieni czy unikalne ujęcia postaci z oddali. Dodam też, że dopiero teraz uświadomiłem sobie, że przez prawie godzinę w tym filmie właściwie nic się nie dzieje, a jednak przez cały czas czujemy oddech Myersa na karku.
Wszystko, co działo się jednak potem, należy obrać w duży nawias, a może nawet cudzysłów. Po pierwsze dlatego, że kolejne odsłony serii nie oddają jakości pierwowzoru, dlatego trudno traktować je z równą powagą. Carpenter nie wrócił już do reżyserowania żadnego filmu z serii. Wracał jedynie do tworzenia muzyki, pomagał przy scenariuszach. Jest w tym coś wymownego. Halloween najlepiej działa więc jako zamknięta historia, choć jej finał zostawia małe niedopowiedzenie. Myers przeżywa salwę doktora Sama Loomisa, spada z balkonu i znika. I właśnie w tym miejscu zaczyna się Halloween: The Game. Gra jest więc przede wszystkim hołdem dla pierwszego filmu i próbą rozwinięcia wątku, od którego cała seria się zaczęła. Tym razem to jednak gracz przejmuje kontrolę nad wydarzeniami. Może poprowadzić poczynania słynnego złoczyńcy albo wcielić się w jedną z jego ofiar.
Halloween: The Game
Gra wraca do słynnego filmu, ale tylko tego pierwszego
Nie miałem wcześniej pogłębionego doświadczenia z asymetrycznymi horrorami, więc jest to dla mnie coś nowego. O zasadach rozgrywki Dead by Daylight wiedziałem jednak całkiem sporo i wydawały mi się one intrygujące. Michael Myers trafił do tej gry już w 2017 roku, więc wielu graczy może zadać sobie całkiem słuszne pytanie: po co tworzyć osobną, znacznie bardziej hermetyczną produkcję, uwiązaną zasadami świata mocno zakorzenionego w popkulturze, skoro ta zabawa już po części się odbyła? Odpowiedź jest rzecz jasna podparta słuszną chęcią spieniężenia marki. Skłamałbym jednak, mówiąc, że twórcy nie odrobili pracy domowej, chcąc przypodobać się gorliwym wyznawcom kultu Myersa. Ukłon w ich stronę jest aż nazbyt widoczny i również traktuję go jako jeden z powodów, dla których ta gra w ogóle powstała.
Zaznaczam, że moja ocena rozgrywki w Halloween: The Game (oparta na doświadczeniach z Xbox) dotyczy przede wszystkim tego, w jaki sposób tytuł zdołał wypracować własną tożsamość, także w kontekście całej marki. Nieco mniej interesowały mnie niuanse w porównaniu z innymi asymetrycznymi grami, w tym wcześniejszymi produkcjami IllFonic. Dobrym przykładem byłoby Friday the 13th: The Game, również z 2017 roku, które do dziś cieszy się dużym uznaniem fanów tego rodzaju zabawy, przynajmniej sądząc po bardzo pozytywnych recenzjach na Steamie. Patrząc na Halloween: The Game w ten sposób, jeszcze lepiej widać, jak naturalnym krokiem było stworzenie nowej gry opartej na podobnych zasadach, ale stawiającej w centrum kolejną horrorową legendę. Nie rzecz więc w tym, że dostajemy po prostu nową skórkę. Chodzi o stworzenie całego halloweenowego środowiska, będącego swoistym follow-upem do kultowego seansu z 1978 roku.
Halloween: The Game
Ill Fonic jest przynajmniej (zabójczo?) konsekwentne
Trochę jest tak, że odpalając Halloween: The Game, czujemy się, jakbyśmy seans powtórkowy ulubionego filmu. I teraz uwaga zasadnicza – wyraźnie widać, że znajomość filmu będzie dla graczy bardzo przydatna, ale nie jest niezbędna. Tryb fabularny został bowiem niemal w całości oparty na wydarzeniach, które znamy z ekranu. Mamy do rozegrania pięć rozdziałów historii Michaela Myersa, które pełnią przede wszystkim funkcję tutorialu: poznajemy mechanikę gry, uczymy się sterowania i jednocześnie, z kontrolerem w ręku, przeżywamy to, co działo się w filmie. Zabójstwo siostry, przytarganie jej nagrobka czy ucieczka z zakładu psychiatrycznego – wierni fani od razu rozpoznają kolejne sceny. Jeśli film pokazywał z perspektywy Loomisa ucieczkę Myersa z zakładu, tutaj samodzielnie się z niego wydostajemy. I tak dalej.
Tak zwany tryb fabularny można więc przejść w kilka pierwszych godzin rozgrywki, bez większych problemów. I właśnie tutaj pojawia się zgrzyt, bo moim zdaniem został on potraktowany zdecydowanie zbyt po macoszemu. Skoro osią rozgrywki jest zarówno granie Myersem, jak i kierowanie jego ofiarami, naturalnym byłoby dać graczowi możliwość przećwiczenia także tej drugiej strony przed wejściem do multiplayera. Tymczasem całość sprawia wrażenie, jakby twórcy chcieli powiedzieć: „Dajmy im kilka rozdziałów single-player, żeby nikt nie narzekał, że gra opiera się wyłącznie na multiplayerze”. Problem w tym, że trudno nazwać to kampanią. To raczej kilka prostych ruchów prowadzących nas przez wydarzenia znane z filmu – coś pomiędzy tutorialem a interaktywnym streszczeniem. Trudno oczekiwać w tym przypadku rozbudowanej historii i kilkunastu misji, ale gra zdecydowanie zbyt mocno zbliża się do tej drugiej skrajności.
Problem natury etycznej – czy gra o zabijaniu może być dobra?
Tutaj na moment się zatrzymam i opowiem o pewnej wątpliwości natury etycznej, która zrodziła się we mnie w trakcie gry. Nigdy nie uważałem, by gry mogły same w sobie zachęcać do przemocy. Jeśli mamy w sobie zło – a według mnie jego cząstka jest w każdym z nas, tylko jedni lepiej od drugich potrafią ją kamuflować – kultura dostarcza nam różnych zapalników i niekoniecznie musi być nim gra. Coś jednak uderzyło mnie w Halloween: The Game, gdy twórcy tak bezwiednie, od pierwszych minut, dają nam nóż do ręki i każą zabijać niewinne postacie. Rozumiem, czym był film i kim była jego postać. Tutaj jesteśmy jednak po drugiej stronie maski. I o ile rozumiem, że kolejne zabójstwa są niezbędne, by posuwać rozgrywkę do przodu, o tyle daleki jestem od traktowania ich jako czegoś, co powinno dawać mi jakąkolwiek satysfakcję.
GramTV przedstawia:
Jeśli w GTA 5 jestem bandziorem, to gdzieś z tyłu głowy świadomość próbuje to wygładzić i znormalizować. Nawet gdy strzelamy komuś w plecy, by uprzedzić jego ruch, wiemy przecież, że robimy to po to, by uniknąć skierowania ostrzału na siebie. Tutaj jednak pozostaje pytanie: co mają powiedzieć niewinne ofiary Haddonfield?
Nie uderzyłoby mnie to tak wyraźnie, gdyby twórcy nie postanowili nadać wyraźnego sensu temu, co robi Myers i jak zabija. Dostajemy bowiem dodatkowe narzędzia, które mają jeszcze bardziej uatrakcyjnić kolejne egzekucje. Dla jasności: Myers może zabijać, chwytając swoje ofiary za gardło i dusząc je – wymaga to wciśnięcia odpowiedniej kombinacji klawiszy, żeby nie było za łatwo – ale może też wykorzystać narzędzie, które akurat ma w ręku. Domyślnie jest to nóż, choć po miasteczku porozrzucano sporo przedmiotów, które można podnieść i wykorzystać. Może również przemieszczać się niczym duch i przenikać przez ściany, a także widzieć ciepłe obiekty, dzięki czemu wyczuje nas nawet wtedy, gdy schowamy się w krzakach.
Zdecydowanie najciekawiej, w kontekście filmowej serii, wypada jednak stalking. Michael może przez pewien czas obserwować z ukrycia konkretną postać, a gra nagradza go za to dodatkowymi punktami. To o tyle istotne, że Halloween: The Game w dużej mierze opiera się właśnie na punktacji. I nagle coś, co w filmie było jednym z najbardziej charakterystycznych elementów Myersa – jego obserwowanie ofiar, czajenie się i budowanie poczucia zagrożenia – zostaje zamienione w kolejną mechanikę, za którą jesteśmy nagradzani.
Halloween: The Game
Czterech na jednego
Może brzmieć to niedorzecznie, bo przecież nikt nie zapraszał mnie do grania w tego rodzaju horror. Jeśli mam być jednak szczery, chyba wolę – tak jak w Resident Evil – znaleźć się po drugiej stronie i wmawiać sobie, że jednak nie mam z tą zarazą wiele wspólnego. Na szczęście gra dostarcza nam także tej "zdrowej" perspektywy. W rozgrywce multiplayer mamy okazję wcielić się w mieszkańców miasteczka. Gramy wówczas czterech na jednego, choć mecz może odbyć się także tylko z naszym udziałem i losowym Michaelem Myersem, bez konieczności dobierania pozostałych graczy. Ta część gry wydaje mi się najbardziej osobliwa, co ważne – równoważy nieco wylewającą się z ekranu dominację chorej przemocy.
Szczerze? Granie po stronie ofiar wypada tu po prostu śmiesznie. Gracze ganiają po miasteczku jak wariaci. Wchodzą do cudzych domów, chowają się w szafach, wychodzą z nich, biegają dalej, chwytają przedmioty, rzucają je, chwytają kolejny i znów biegną. A sam Myers po prostu kroczy od domu do domu i robi swoje. Ofiary nie są w stanie być dla niego realnym oponentem, bo ich jedynymi przewagami są znajomość mapy i… szybkość. Mecz trwa 20 minut i przez ten czas trzeba ochronić specjalne postacie, ujść z życiem, ratować NPC-ów, a przy okazji znaleźć drogę ucieczki. W każdej rozgrywce ukryty jest exit, którego lokalizacja i forma mogą się zmieniać – może nim być samochód czy inne miejsce pozwalające wydostać się z Haddonfield.
Nie znalazłem jednak w grze wystarczająco dużej zachęty, by wychodzić z cienia i konfrontować się z Myersem. Pomagać innym? A co, jeśli nie mam na to najmniejszej ochoty? Podejmować ryzyko? A co, jeśli leżące na trawniku grabki okazują się słabą bronią w starciu z iście demoniczną postacią? Po pewnym czasie postanowiłem więc, w drodze buntu, nie biegać w kółko jak pozostali. Raz wszedłem do szafy, innym razem wsiadłem do samochodu na początku rozgrywki. I czekałem. Obserwowałem, co się wydarzy. Myers mnie nie znalazł, wygraliśmy, ale w głowie pozostawało jedno pytanie: what's the point?
Halloween: The Game
Najlepiej z dystansu
I właśnie tutaj dostrzegam przewrotny balans tej gry. Wcielanie się w Myersa i eliminowanie ofiar jest z punktu widzenia rozgrywki zdecydowanie bardziej sensowne, choć jednocześnie wyjątkowo słabo umotywowane. Z kolei wcielanie się w ofiary to festiwal biegania za własnym ogonem, w którym trudno znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego właściwie miałbym podejmować ryzyko. Największym minusem Halloween: The Game pozostają jednak liczne bugi i niedopracowania. Szczególnie mocno dają się we znaki problemy ze sterowaniem, dziwnymi skryptami, niewidzialnymi ścianami i całą masą innych "krzaczków", które aż proszą się o "przycięcie" w patchu. Mam nadzieję, że taki trafi do gry szybko po premierze. Jedna łatka została już zresztą dodana we wczesnym dostępie i ważyła aż 16 GB, co tylko pokazuje, jak wiele elementów wymagało jeszcze pracy.
Halloween z 1978 roku to film, który można postrzegać jako odpowiedź na szalejącą w latach 70. kontrkulturę, seksualizację, rozwiązłość i upadek obyczajów. To przeciwko temu przecież buntuje się Michael Myers, zabijając swoje ofiary tuż po tym, gdy kończą się ich łóżkowe harce. Przesłaniem filmu Carpentera jest zatem to, że zepsucie trawiące społeczność może nie tylko wydać nieświeże owoce, ale także stworzyć maszynę, która zmieli je na sok. Ta gra robi z tego soku produkt. IllFonic nie chciało nas pouczać, ale na pewno chciało wywołać dreszczyk i nieco rozbawić. Gra ma sporo smaczków z filmu i wyraźnie uznaje go za wartość. Nie będę jednak fanem tego, w jaki sposób dano mi prowadzić Myersa oraz jego ofiary. Chyba wciąż najlepiej działa na mnie ta historia wtedy, gdy patrzę na nią z dystansu. Tak jak Myers patrzy z daleka na swoje ofiary, tak ja wolę oglądać o nim filmy.
6,0
Halloween: The Game dobrze wie, czym jest filmowy Michael Myers i potrafi to wykorzystać. Ale kiedy daje graczowi kontrolę nad tym światem, magia ulatuje.
Plusy
Oddanie hołdu oryginalnemu filmowi z 1978, nagromadzenie smaczków z filmu
Zignorowanie innych filmów z serii (jak na razie)
Nacisk na budowanie klimatu miasteczka
Gra jest przynajmniej spójna w tym, czym chce być i co chce opowiadać
Kombinacja klawiszy przy kolejnych egzekucjach to zasadny zabieg
Gdy chowasz się w szafie i czekasz, gra dostarcza zabawne minigierki
Minusy
Gra jest zbyt monotonna
Za mało dobrych powodów, by z uśmiechem na ustach zabijać niewinnych, jeszcze mniej powodów, by z odwagą stawiać czoła Mysersowi
Tryb fabularny to tylko tutorial - zwolennicy signle player raczej nie mają tu czego szukać
Mnóstwo bugów i niedopracowane sterowanie
Nie przypuszczałem, że wybitny motyw muzyczny autorstwa Johna Carpetnera po kilku rundach zacznie mi się zwyczajnie przejadać
Dziennikarz filmowy, krytyk. Lubi otwarte podejście do kina i popkultury. Fantastykę w każdej postaci przeplata seansami klasyki. Gdy akurat nie gra w Diablo 4, nie pogardzi dobrym komiksem i książką.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!