Najnowszy film Jamesa Watkinsa to trzeci pełnometrażowy obraz z uniwersum DCU. Oceniamy, jak przedstawiona została opowieść o specyficznym złoczyńcy z Gotham.
Clayface to jeden z tych filmów o superbohaterach i superzłoczyńcach, na które niby to „nikt nie czekał”, a jednak związane z nim oczekiwania okazały się całkiem spore. Odpowiednio dawkowane informacje kazały spodziewać się podejścia, które choć ma swoich reprezentantów w utworach traktujących o trykociarzach, zamaskowanych mścicielach oraz ich adwersarzach, nie jest znowu takie częste. I to pomimo faktu, że sporo komiksowych historii wydaje się naturalnie pasować do określonych filmowych konwencji. Mowa oczywiście o horrorze w rozmaitych odmianach. Clayface w reżyserii Jamesa Watkinsa jawił się zatem jako potencjalny body horror, mocny horror psychologiczny, thriller grozy z możliwymi elementami techno horroru. Cóż, teoretycznie wręcz wszystkie te sugerowane założenia zostały spełnione, ale z praktyką już gorzej...
„Gliniana Twarz” czy gliniane nogi?
Filmowy protagonista, jeden z mniej znanych, co nie znaczy, że mniej interesujących, antagonistów DC (przeciwników Batmana), znajduje się w sytuacji, która byłaby przerażająca dla każdego, a próby wyjścia z matni pogłębiają tylko problemy z oceną rzeczywistości i tożsamością, nakręcając spiralę depresji, przemocy oraz fizycznej i psychicznej autodestrukcji. Wymarzony motyw, by zrobić film, który nie pozostawia widza obojętnym, robi wrażenie, choćby i żonglując ogranymi schematami – i to, co obejrzeliśmy, na papierze musiało działać. Można się wyzłośliwiać, że „papier zniesie wszystko”, jednakże Mike Flanagan, współautor scenariusza Clayface’a, to twórca nietuzinkowy, choć nierówny. Potrafi wykreować klimatyczną historię, z wyczuciem zaprezentować niuanse kłopotliwych relacji, dewastujących stanów psychicznych, narastającej psychozy i surrealną grozę wydarzeń, a zarazem okrasić to wszystko nutą ironicznego humoru. Udowodnił to w niejednej produkcji, zarówno jako reżyser, jak i scenarzysta – serialowe horrory Nawiedzony dom na wzgórzu, Nocna msza, Carrie czy surrealistyczny film Życie Chucka mówią same za siebie. Współscenarzysta Hossein Amini również sroce spod ogona nie wypadł – thriller Drive lub serialowe thrillery psychologiczne McMafia (warto odnotować: współpraca z reżyserem Jamesem Watkinsem) i Alienista są bardzo dobrze napisane. Co zatem się stało?
Zanim postaramy się na to odpowiedzieć, przybliżmy, kim jest Clayface. Jeśli chodzi o DCU, mieliśmy już okazję go poznać. Postać pojawiła się w serialu Koszmarne Komando, jak na razie jedynym rzeczywiście udanym, chwalonym przez większość widzów i widzek, utworze pod egidą Jamesa Gunna, lecz po seansie obu produkcji ciężko uznać, że to ta sama osoba. Przynajmniej na razie... Tak czy owak, komiksowy rodowód owej persony nie jest jednolity, było kilka różnych postaci noszących to miano, lecz niemal zawsze dysponują one mocą przemiany całego ciała, modyfikacji struktury molekularnej, tworzenia doskonałych imitacji dowolnego człowieka. Przede wszystkim jednak mamy do czynienia z opowieścią o aktorze, którego kariera legła w gruzach. Pierwsza wersja – Basil Karlo – to po prostu zamaskowany szaleniec, aktor pozbawiony roli w kontynuacji/remaku filmu, w którym pierwotnie wystąpił. Zrozpaczony, popada w szaleństwo i morduje obsadę, a wszystko zgodnie ze scenariuszem obrazu. Wiele lat później w DC Rebirth Basil pojawia się z kolei jako obiecujący, przystojny aktor, który zostaje pokiereszowany w wyniku tragicznego wypadku. W filmie Jamesa Watkinsa takim „tragicznym wypadkiem” okazuje się naruszenie samczej dumy pewnego złola, a kurację chemicznym środkiem zastępuje leczenie za pomocą nanokomórek. Przy okazji zastosowano wytarte klisze oszukanej naukowczyni, której praca została przejęta, pomysły skradzione i podpisane cudzymi nazwiskami, a także rozwydrzonej dziewczyny gangstera o zapędach femme fatale i mentalności dziecka, znudzonej życiem w złotej klatce. Oba typy bohaterek jak najbardziej mają korzenie w prawdziwym życiu, tu jednak zostały nadmiernie, niemiłosiernie wręcz spłaszczone i tłumaczenie tego „grubą komiksową kreską” nie poprawia komfortu oglądania. Bohater niniejszego obrazu – iteracja o personaliach Matt Hagen – stanowi za to przykład eksploatacji innej kliszy: od zera do bohatera, z rynsztoka na sam szczyt, a potem stoczenie się z powrotem do rynsztoka przy entuzjazmie mediów tudzież aprobacie dawnych wielbicieli, którzy łatwo kupili sprzedane przez gangsterów oszczerstwa. Cóż, przynajmniej próbuje się nadać mu głębi i pobawić psychologią postaci.
Podczas seansu obserwujemy drogę protagonisty od aktora Matta Hagena (Tom Rhys Harries), nominowanego do Oscara bożyszcza tłumów, utalentowanego przystojniaka podziwianego za to, że ciężko pracował, wyrwał się z najgorszej dzielnicy Gotham, by brylować na salonach, do zmutowanego potwora Clayface’a. Drogę, a raczej spektakularny upadek. Mamy tu parę sensownych warstw, może i banalnych, ale rzecz w powszechnej świadomości staje się „banalna”, bo jest prawdziwa. Oto więc opowieść o wyobcowaniu i próbach tuszowania tego faktu, stania się kimś innym, aż do utraty swojej tożsamości. O tym, że pycha kroczy przed upadkiem, a wiara w immunitet sławy jest złudna. Mówi się, że jak spadać, to z wysokiego konia, lecz taki upadek boli dużo bardziej i pozostawia rany, których czas bynajmniej nie goi, czego ów film jest dobrą ilustracją. Clayface to także przestroga przed narkotykami i bezrefleksyjnym zaufaniem do ludzi, którzy zarabiają dzięki cudzej pracy. Ostrzeżenie o ryzyku, jakie rodzi rozwój techniki i technologii, jak również przypowiastka o niewydolności systemu prawnego i korupcji wśród jego przedstawicieli. Problematyczne jest jednak to, że twórcy przesuwają puzzle i rozkładają akcenty w sposób mało oryginalny i mało wciągający, choć próbują nadać ambitny ton. Oglądając obraz Watkinsa, Flanagana i Aminiego, nie jesteśmy zaskakiwani ani rozwojem wydarzeń, ani formą wyrazu (choć efekty specjalne w znakomitej większości są udane), niemal zawsze wiemy, jak rozwiną się poruszane wątki i czego się spodziewać w późniejszych scenach.
Why so serious?
Clayface, mimo uproszczeń, oczywistych tropów i paru ewidentnych głupotek, których powinna unikać każda historia (nieważne, czy tworzona na bazie komiksów, czy też nie), ma niezły scenariusz.Na uwagę zasługuje konstrukcja – pomniejsze klamry z wielką klamrą na koniec. Wypowiedzi bohatera znajdują zgrabne odzwierciedlenie w poszczególnych scenach vide kwestia, czy gdzieś tam wciąż jest prawdziwy Matt, czy nie rozmył się w szeregu postaci, które przyszło mu grać, udawać, imitować. Szkoda, że kwestie dialogowe odgrywane są szalenie pompatycznie. Gwoli uczciwości, niekiedy ma to głębszy sens, gdyż pokazuje, jak role filmowe Matta stały się częścią jego samego, wtopiły się w „glinianą” osobowość bohatera, czyniąc go już kimś innym, pozbawioną kontroli glinianą bryłą, rozrywaną i ugniataną, substancją, w której można ot tak po prostu odcisnąć ślad.
GramTV przedstawia:
Mamy tu sceny, które na papierze zapewne przyprawiają o ciarki, jednak filmowa realizacja nadaje im ton wręcz humorystyczny (powtórzmy: pomimo faktu, że większość efektów specjalnych jest udana). Scena znana ze zwiastuna, niby to kwintesencja body horroru, kiedy bohaterowi zarastają oczy i próbuje brutalnie cofnąć ów efekt, u części publiczności budzi chichot. Trudno pozbyć się wrażenia, że nasz Clayface wręcz czeka na kolejne szarpnięcie, by dokładnie w tym momencie zbliżyć nożyczki do powiek. Wiele scen jest tak poważnych, egzaltowanych i pompatycznych, że aż śmiesznych. W efekcie lepiej nastawić się przed seansem na spotkanie z campem i krwawą komedią, bo się nie zawiedziemy aż tak bardzo, ale… ewidentnie nie o ten efekt chodziło reżyserowi.
Jedyną naprawdę udaną sceną jest decydująca konfrontacja Matta ze złolami. Trudno wręcz oprzeć się wrażeniu, że to dla niej powstała całość (i jako krótka etiuda uzupełniająca uniwersum, wypuszczona od razu w serwisie producenta, zapewne poradziłaby sobie lepiej), a resztę dopisywano dla zbudowania jakiegokolwiek kontekstu. Matt przemieszcza się w tłumie, cały czas zmieniając twarze, chwilami wręcz sadystycznie bawiąc się z ofiarami. Ta scena wymagała wiele pracy całej rzeszy aktorów i kinowych magików, do tego została sprawnie zmontowana. To ostatnie jest nieco zaskakujące, bo filmowi krytycy obecni wraz z nami na pokazie, byli w zasadzie zgodni co do tego, że to właśnie montaż położył większość filmu – aż nasuwa się skojarzenie, że wykonywano go równie profesjonalnie i rozsądnie, jak główny bohater radzi sobie z nożyczkami we wspomnianej wcześniej scenie ze zwiastuna…
Clayface bawi w sposób ewidentnie niezamierzony, czasem jest to śmiech wynikający z zażenowania (na przykład technobełkotem związanym z nanokomórkami i ich praktycznym działaniem), ale też momentami nuży i nudzi. Jedna naprawdę dobra scena nie usprawiedliwia naszym zdaniem wydatku na weekendowe bilety, ale w tańszy dzień, z nastawieniem na bardzo krwawą komedię, a nie poruszający do kości body horror… no może ma to sens. Film raczej sukcesu w weekend otwarcia nie odniesie, choć wszak gusta są różne, może się mylimy, więc zgodnie z polityką firmy pewnie szybko zawita w streamingu, czyli bezpieczniejszym dla widowni środowisku.
4,6
Jedna udana scena to za mało, choć wycięta z całości jako miniaturka z uniwersum dostałaby od nas może i nawet 7/10.
Plusy
Bardzo udana scena kulminacyjna
Sięgnięcie po niewyeksploatowaną postać z DC
Minusy
Chałupniczy montaż całości
Zmarnowany potencjał (dawno zrobiony superbohaterski Darkman, charakteryzujący się podobnym motywem, prezentuje się o wiele lepiej)
Nadęta powaga wpadająca w groteskę
Niezamierzona śmieszność i żenada (acz dla niektórych może to być zaleta)
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!