Recenzja

Największa klęska Trzeciej Rzeszy. Recenzja Steel Division 2

Sławomir Serafin, 22.07.2019 09:00 2

Francuskie studio Eugen Systems powraca ze Steel Division 2, swoją najnowszą strategią czasu rzeczywistego, która tym razem przenosi nas na front wschodni i pokazuje, jak gorące było lato 1944 roku.

Jaka była największa klęska niemieckiej armii w II wojnie światowej? Którą bitwę przegrali najbardziej, w której bitwie ponieśli najwięcej niepowetowanych strat, która spowodowała załamanie całego frontu? Normandia? Nieeee, a skąd. Jasne, to była wielka, znacząca porażka i jeden z decydujących momentów w całej wojnie. Ale walki w Normandii są mocno nadreprezentowane w popkulturze, w tym także w grach, których jest o wiele więcej niż wskazywałaby na to waga samej bitwy. No dobrze, więc może Stalingrad? Oj tak, to był duży cios dla Niemców. Cała 6. Armia została zniszczona i zatrzymano pochód hitlerowców na Kaukaz. Również bardzo ważny moment, punkt zwrotny wojny na froncie wschodnim. Ale nie największa klęska. Więc co, może Kursk? Tak, to też znana bitwa, ale ta nieudana niemiecka ofensywa nie wpłynęła bezpośrednio na sytuację na linii frontu. I straty też nie były aż tak wysokie, a Niemcy, choć od tego momentu utracili inicjatywę strategiczną już bezpowrotnie, nie byli jeszcze pokonani.

O największych porażkach armii Hitlera nie mówi się zbyt często. Na przykład w Tunezji, w końcowym okresie walk w Afryce Północnej, Alianci zabili i wzięli do niewoli więcej żołnierzy niż Rosjanie pod Stalingradem. Ile o tym jest filmów, książek i gier? O wiele, wiele mniej, prawda? A może Worek Kurlandzki, w którym uwięziono całą Grupę Armii „Północ” i zabito lub wzięto do niewoli ponad 300 tysięcy żołnierzy, czyli także więcej niż pod Stalingradem? Cóż, o tej bitwie to mało kto słyszał w ogóle. A o tej największej, najbardziej drastycznej porażce? Operacji Bagration? Słyszeliście? Latem 1944 roku, na Białorusi, Rosjanie uderzyli na niemiecką Grupę Armii „Środek” i w ciągu sześciu tygodni doszczętnie ją rozbili. Niemcy stracili prawie pół miliona zabitych i jeńców, nie licząc setek tysięcy rannych. Zniszczeniu uległo wiele dywizji, których już później nie odtworzono, bo nie było jak i z czego. W sześć tygodni, od końca czerwca do początku sierpnia, Armia Czerwona przeszła ponad pół tysiąca kilometrów i z bagien i lasów wokół Mińska dotarła do Wisły w okolicach Warszawy. To jest podobna odległość do tej, która dzieli Normandię od Renu. Tyle, że Alianci, którzy tak bardzo niby rozgromili Niemców na froncie zachodnim, do Renu doszli dopiero w listopadzie. Nie w sześć tygodni, tylko w sześć miesięcy.

Steel Division 2 to właśnie Operacja Bagration. I to świetnie odtworzona, na dodatek. Francuzi z Eugen Systems postanowili trzymać się tego samego czasu, co poprzednio, w Steel Division: Normandy 44, tylko przenieść akcję na wschód, na Białoruś. I pokazać właśnie tę największą klęskę III Rzeszy w całej wojnie. Chwała im za to. I nie tylko za to, bo wielkie, naprawdę wielkie brawa należą się również za to, jak ją pokazali. Tym razem bowiem zrobili prawdziwą grę wojenną, nie tylko przeznaczoną do rozgrywek sieciowych z dość miernym trybem kampanii, jak poprzednio. Steel Division 2 ma komponent wieloosobowy, jasne że ma. Ale ma też genialnie pomyślany segment do samotnej zabawy. Przy czym to „genialnie pomyślany” nie oznacza, że równie doskonale został on wykonany. Niestety, nie został. Ale i tak jest dobrze.

Steel Division 2 od strony sieciowej to w zasadzie to samo, co Steel Division: Normandy 44, z poprawką na czas, miejsce oraz uczestników akcji. Tak samo jak poprzednio mamy wiele różnych formacji do wyboru, z których możemy sobie samodzielnie dobierać i dopieszczać własne grupy bojowe, które później wystawimy do bitwy. Ten element już poprzednio działał świetnie i z ulgą stwierdzam, że tym razem nic się nie popsuło. Nadal jest bardzo dobrze. Nadal mamy daleko posunięty realizm, nadal mamy wysoko zawieszoną poprzeczkę, pod którą nie da się przejść bez nauki analizowana pola walki i podejmowania decyzji nie tylko w skali taktycznej. Nadal mamy emocjonującą, zaskakującą, wciągającą zabawę w dowolnej skali, z jeszcze większymi bitwami niż poprzednio. Starcie dziesięć na dziesięć to esencja epickości. I potworny chaos też, zwłaszcza dla nowicjuszy. Jest dobrze. Trochę lepiej nawet niż poprzednio. Ale nie trybem wieloosobowym w Steel Division 2 się należy zachwycać. A przynajmniej ja nie jestem w stanie, gdy sobie pomyślę, ile dziesiątków godzin potrzebowałbym, żeby nauczyć się w to grać na poziomie w miarę kompetentnym. Taka inwestycja czasu mnie trochę przeraża. Ale to ja. Kogoś innego właśnie taki wysoki próg wejścia może przyciągnąć. Nie osądzam. Każdemu jego militarne porno, wedle uznania. Ja się będę podniecał trybem singlowym, jeśli można.

Steel Division: Normandy 44 miało słabą kampanię. Owszem, były trzy rozdziały, można było grać Niemcami, w sumie niby fajnie. Ale nie. Sztywno ustalone misje, brak jakiejś sensownej narracji, liniowość, nuda. Nawet bardzo dobra mechanika rozgrywki nie przynosiła ratunku. Nie chciało się w to grać. I chyba producenci też to zauważyli, bo w Steel Division 2 zaproponowali coś całkiem innego. Porządną grę wojenną. Nie ma tu kampanii fabularnej żadnej. Jest kilka ustalonych scenariuszy bitewnych mniejszych, to tyle. I jest tryb generalski, czyli to, co tygrysy (i pantery), lubią najbardziej.

W tym trybie, podzielonym na cztery mniejsze fragmenty całej Operacji Bagration, dostajemy strategiczną mapę, jednostki i cele do zrealizowania oraz limit czasu na tę realizację. Jak osiągniemy te cele? I czy w ogóle damy radę? To już zależy od nas. Rozgrywka strategiczna toczy się w fazach. Najpierw swoimi pułkami i batalionami ruszają Rosjanie, potem Niemcy. Każda jednostka ma kilka punktów akcji, które zużywamy na ruch, okopanie się, przeprowadzenie ataku czy inne czynności w stylu przeprowadzenia przygotowania artyleryjskiego na większą skalę. Gdy któraś ze stron zdecyduje się przeprowadzić atak w tym czy w innym miejscu, najpierw dobierane są jednostki w nim uczestniczące, w sumie do trzech wybranych z tych, które są w zasięgu operacyjnym. Najpierw wybiera atakujący, potem obrońca. A potem zaczyna się bitwa, do której wybrane jednostki wkraczają w przypisanych fazach. My będziemy kontrolować tylko jedną z nich, tę, którą sami przed bitwą wybierzemy. Resztą zajmie się sztuczna inteligencja, na którą zresztą będziemy nieustannie pomstować, bo ta sojusznicza nie daje rady, a ta wroga daje radę aż za bardzo. No tak się dziwnie składa jakoś, że zawsze tak jest. Idzie się przyzwyczaić.

Tryb generalski jest genialnie pomyślany. Możemy tu zrobić wszystko, w ramach oczywistych ograniczeń, rzecz jasna. Przede wszystkim możemy grać kim chcemy. Każdą operację można toczyć zarówno od strony Armii Czerwonej, jak i Wehrmachtu, jak kto woli. Po obu stronach szybko się przekonamy, że to nie jest kaszka z mlekiem. To nie multiplayer i nie trzeba się wszystkiego długo uczyć, ale też nie wejdziemy w to z marszu. A jeśli spróbujemy, to będzie bolało. Zwłaszcza, gdy sobie uświadomimy, że nie da się zapisywać stanu gry w trakcie bitwy. W ogóle save’a można zrobić tylko we własnej fazie, a poza nią jesteśmy zdani na automat, który zapisuje pomiędzy bitwami. I chwała mu za to, bo ta opcja została dodana dopiero w niedawnej aktualizacji – po premierze autosave’a nie było wcale. Zgroza. Na szczęście już jest.

Gra się znakomicie. I satysfakcja jest ogromna, gdy uda się na przykład słabym batalionem powstrzymać atak trzech wrogich regimentów. Nie zawsze się udaje, ale nie szkodzi, bo to nie są jakieś oderwane od siebie bitwy, tylko część operacji. Można oddać pole i teoretycznie przegrać, ale tak po drodze pokancerować przeciwnika, że tymi samymi jednostkami już nas nie zaatakuje. Każda strata, każda głupia drużyna piechoty czy sekcja z moździerzem, każdy oddział rozpoznania czy czołg, boli bardzo. Dlatego, że w kolejnej bitwie już ich zabraknie. Działania toczą się w perspektywie kilku, kilkunastu dni. Nie będzie uzupełnień. Będą posiłki, jasne, które możemy wedle uznania wykupić i rozmieścić na mapie, ale wyniszczonych jednostek nie „wyleczymy”. Tak jak w prawdziwej bitwie. Steel Division 2 jest najlepszą symulacją takiej właśnie bitwy, zwłaszcza na szczeblu operacyjnym, jaką widziałem od wielu lat. Jasne, ma wady. Interfejs w trybie strategicznym nie jest szczególnie jasny. Wielu opcji trzeba się domyśleć. Ale takie rozgryzanie gry daje dużo satysfakcji. Zwłaszcza gdy ten pierwszy raz ogarniemy, że broniąc się batalionem piechoty przed dwoma pułkami pancernymi możemy sobie przydzielić dywizjon myśliwców bombardujących, które zajmą się tymi wszystkimi T-34 (tudzież Shermanami albo Matyldami z lend-lease), które pchają się w stronę naszych umocnień.

Steel Division 2 to, krótko mówiąc, pozycja obowiązkowa dla każdego fana strategii czasu rzeczywistego osadzonych w realiach II wojny światowej. Gra byłaby nią i tak, choćby z tego powodu, że praktycznie nie ma żadnej konkurencji i przez to z automatu ląduje na podium. Zasłużyła sobie jednak na nie na wiele innych sposobów. Nie jest dla przeciętnego odbiorcy, nie jest lekka, łatwa i przyjemna, to fakt. Ale też nie musi być. To gra dla weteranów, to gra wojenna, taka prawdziwa, z pazurem… którym można się samemu czasem podrapać niestety. Bywa. I tak jest świetna. Zwłaszcza w trybie generalskim.

Steel Division 2

  • Realizm i wierność historii
  • Przedstawienie ważnej, a mało znanej operacji
  • Rozbudowany tryb wieloosobowy
  • Bitwy 10 na 10!
  • Świetny tryb generalski dla samotnego gracza
  • Wysoki próg wejścia
  • Niedoskonały interfejs w trybie generalskim
W końcu prawdziwa gra wojenna dla wszystkich amatorskich oficerów sztabowych 8.9
najnowsze