Felieton

Kodowanie popkultury: społeczności po apokalipsie

Łukasz M. Wiśniewski (Lucas the Great), 16.06.2019 22:00 3

Dawno temu obiecałem pociągnąć dalej swoje postapokaliptyczne rozważania. Czas dotrzymać obietnicy.

Od czasu, gdy opublikowałem felieton o tym, jak zmieniło się podejście ludzi do tematu atomowej zagłady, pojawiły się nowe badania, dowodzące, że być może już za 30 lat świat jaki znamy pójdzie się kochać ze względu na katastrofę klimatyczną. Wśród scenariuszy jest i użycie broni jądrowej, bo wojna o zasoby może przybrać ekstremalny obrót. W sumie warto pamiętać, że mimo wielkich umów o redukcji nuklearnego arsenału, sytuacja wygląda znacznie poważniej niż w szczytowym okresie Zimnej Wojny. Owszem, mnóstwo głowic i rakiet zostało zutylizowanych, ale nikt nie zaczynał przecież od tych najlepszych i najnowszych. Na ołtarzach politycznych deklaracji wojskowi położyli rdzewiejące trupy. Tak, wtedy było 65000 głowic gotowych do użycia, teraz jest ich raptem 15000. Wszystko fajnie, ale współczesne głowice bywają nawet 3000 razy potężniejsze od tego, co zrzucono na Hiroszimę. Pobieżnie licząc, zakładając zróżnicowaną silę ładunków, nasz współczesny arsenał jest jakieś piętnaście razy większy, niż za czasów Żelaznej Kurtyny. Patrząc na dane demograficzne, wychodzi mi na to, że na każde miasto mające powyżej miliona mieszkańców przypada jakieś skromne 60 głowic, tych nowoczesnych, wypasionych. Słabo to robi na sen, prawda?


Inna sprawa, że jeżeli alarmistyczne analizy klimatyczne są bliskie prawdy, to nawet nie musimy obrzucać się niukami, by osiągnąć pełnoprawny postapokaliptyczny efekt. Ot, czeka nas taka stopniowa, pełzająca apokalipsa, która unicestwi świat jaki znamy, zwłaszcza jego cywilizowany aspekt. Odwołując się do popkultury: fani serii Mad Max powinni pamiętać, że najpierw był globalny kryzys surowcowy i wojna o zasoby, po atom sięgnięto później, w świecie gier z cyklu Fallout też nie od razu wykwitły atomowe grzyby, najpierw o zasoby bito się bez ich pomocy. Tematem dzisiejszego felietonu Kodowanie popkultury jest zaś jednak nie to, jak nasz świat się skończy, lecz to, jak przetrzebiona ludzkość może się zreorganizować po końcu świata, jaki znamy. Niestety tu rokowania są średnie, ze względu na to, że nasz gatunek rozwinął się bardzo dynamicznie, a ewolucja nie miała za tym szans nadążyć. Ponieważ to kluczowa kwestia, przyjrzyjmy się temu od strony antropologicznej.

Foto: OldTown Festival/Glow of Darkness, Piotr Kołakowski

Ewolucja naszego gatunku doszła do pewnego bardzo ważnego punktu zaledwie 35000 lat temu. Chodzi o rozwój mózgu. Znaleziska z tamtego okresu wykazują bardzo duże podobieństwo do nas. Kluczowa dla naszego tematu jest ewolucja mózgu, która polegała na rozwoju płata ciemieniowego i móżdżka. Ten pierwszy odpowiada za takie drobiazgi jak używanie narzędzi, samoświadomość i wyobraźnię, potrzebną chociażby do stworzenia abstraktu liczb, a co za tym idzie matematyki. Tu też zapisywane są dane, czyli pamięć długotrwała. Móżdżek wspiera płat ciemieniowy w kwestii pamięci roboczej, od niego zależy też zdolność stworzenia języków i takie drobiazgi jak konstrukty społeczne oraz emocje. To pozwoliło nam na wytworzenie swoistej protezy dalszej ewolucji, czyli rozwoju społecznego, kulturalnego, naukowego – ogólnie to ujmując cywilizacji. Przydało nam się toto, bo zmiany w trybie życia nie tylko zahamowały rozwój mózgu homo sapiens, ale wręcz go… cofnęły. Tak,  zaczął się na wspomnianych polach odrobinę kurczyć i dopiero od jakiegoś wieku rozwijamy się również na tym polu. To jednak zmiany powolne, więc pozbawieni cywilizacyjnej protezy, możemy bardzo łatwo stać się naszymi przodkami sprzed 35000 lat – tak niewiele się od nich różnimy. Zanotujcie to sobie w kajetach, teraz pogadamy o czasach nieco wcześniejszych.

Foto: OldTown Festival/Glow of Darkness, Piotr Kołakowski
Niby jako gatunek jesteśmy całkiem za pan brat z apokalipsami, bo kilka kolejnych nas zahartowało i umieściło w miejscu, gdzie dziś jesteśmy. Cztery lata temu w piśmie Nature ukazał się artykuł podsumowujący prace badaczy z University of Southampton, University of Swansea i The Australian National University. Wynika z nich, że 135 tysięcy lat temu warunki klimatyczne zmieniły sie drastycznie na całej planecie, bo epoka lodowcowa (poprzednia) zakończyła się bardzo dramatycznie, topnieniem gigantycznych mas lodu i podniesieniem się poziomu oceanów o kilka metrów. Świat zmienił się diametralnie. Trochę światła na te zmiany rzuciły odwierty głębinowe wykonane na terenie jeziora Malawi w Afryce. Otóż nasza kolebka stopniowo stawała się coraz mniej wygodna. Kolejne fale suszy i pustynnienia uczyniły ją w końcu niezdatną do życia. Ten proces trwał dziesiątki tysięcy lat i zakończył się 70000 lat temu. Oczywiście w związku z początkiem kolejnej epoki lodowcowej. Nasz gatunek nie mógł czekać tak długo. Wedle naszej dzisiejszej wiedzy możemy mówić o dwóch falach migracji, z których pierwsza nastąpiła 120000 lat temu i wszystko wskazuje, że zakończyła się tragicznie. O ile pierwsza fala była próbą ucieczki na północ, druga obrała na cel wschód. Tu poszło już lepiej. Do czasu. Współczesne badania mitochondrialnego DNA wskazują, że w okolicach 70000 lat temu liczebność homo sapiens spadła do 2000 osobników. Apokalipsa po całości.

Foto: OldTown Festival/Glow of Darkness, Piotr Kołakowski

Teraz możemy już połączyć kropki. Jako gatunek mamy apokalipsy wpisane w DNA (biorąc pod uwagę uszczuplenie puli do dwóch tysięcy osobników to wręcz dosłownie). To pocieszające. Mniej radosna jest kwestia związana z tym, że w zasadzie tylko cywilizacja rożni nas od łowców i zbieraczy sprzed 35000 lat. Historycy mają tu różne podejścia, ale najbardziej pesymistyczni mówią o tym, że upadek Rzymu kosztował nas 1000 lat cywilizacyjnego rozwoju. Coś w tym może być, skoro dopiero kilka lat temu ogarnęliśmy, czemu rzymski beton jest bardziej trwały od naszego współczesnego… To też była apokalipsa i też związana z klimatem. Tym razem problemem nie było gorąco a zimno, które wygnało ludy z północnego wschodu i pchnęło je ku Europie i północnej Afryce. Zadeptanie rozwiniętej cywilizacji przez dzikie plemiona to kolejna rzecz, którą powinniśmy zapamiętać na poczet dalszych rozważań.

Foto: OldTown Festival/Glow of Darkness, Piotr Kołakowski

Jednym z owoców cywilizacji jest znaczne poszerzenie pojęcia “my” w konstrukcie “my-oni”. Pierwotną, naturalną dla naszej ewolucji formą społeczną jest stado/klan/plemię. Stopniowo to rozbudowaliśmy, od XVIII wieku mamy pojęcie narodu, ostatnie pół wieku to próba przyjęcia konstruktu globalnej wioski. Niezbyt skuteczna i miejscami zaczynająca podlegać atrofii. Spektakularny upadek cywilizacji, związany z końcem wszelkich jej dobrodziejstw – takich jak prąd elektryczny, internet, kanalizacja, łatwy dostęp do żywności, szybka podróż – doprowadzi do rozpadu tej rozbuchanej tkanki społecznej. Nomen omen atomizacji. Od strony antropologicznej bardzo dobrze pokazuje to serial The Walking Dead (chyba całkiem poważnych konsultantów zatrudnili). Pojawia się to też chociażby w serii Fallout czy przerysowanej (nie bez powodu) konstrukcji społeczności w cyklu Metro. Małe grupy ludzi, którzy już się nawzajem poznali, nieufne lub wręcz wrogie innym.

Foto: OldTown Festival/Glow of Darkness, Piotr Kołakowski

Oprócz przykładów z odległej historii, mieliśmy już w tym wieku próbkę tego, jak łatwo rozpada się cywilizacyjna tkanka. Huragan Katrina, który spustoszył Nowy Orlean, wystawił nam jako gatunkowi ocenę w okolicach trzech na szynach. Owszem, gdzieniegdzie powstały grupy samopomocy, ale ten lokalny cywilizacyjny kolaps tworzył raczej bandy nastawione na grabież i skoncentrowane na własnym dobrze kosztem innych. Tam jednak istniała na zewnątrz zdrowa tkanka, z nienaruszoną administracją oraz wojskiem, więc udało się sytuację okiełznać. Nie wątpię jednak, że mieszkańcy Nowego Orleanu wyszli z tego z psychicznymi bliznami i zapewne zacieśnionymi więzami w ramach powstałych wtedy plemion. W wypadku regularnej apokalipsy nie będzie czynników zewnętrznych, wymuszających niejako powrót do cywilizacji. Kluczem będzie lokalny poziom dostępu do tego, co pozostało po świecie, który odszedł. 

Foto: OldTown Festival/Glow of Darkness, Piotr Kołakowski

Jeśli grupa ocalałych da radę jakoś zagospodarować cześć owoców cywilizacji, może stać się zalążkiem odbudowy. Problem w tym, że coś takiego łatwiej osiągnąć mając silnego lidera, czyli nagle lądujemy niebezpiecznie blisko rozwiązań feudalnych, autorytarnych, o ile wręcz nie czerpiących z niektórych aspektów totalitaryzmu. W naturze homo sapiens jest oddawanie swej wolności na rzecz bezpieczeństwa, proces ten przebiega tym płynniej, im zagrożenie zewnętrzne jest większe. Umiejętny lider być może będzie to rozsądnie wykorzystywał dla dobra społeczności, ale może też ulec naturalnej pokusie zwiększania swojej władzy. Wtedy będzie podgrzewał poczucie zagrożenia, by wreszcie przejąć kontrolę nad większością aspektów życia swych podopiecznych, będzie w stanie dyktować nawet najbardziej drastyczne prawa. O ile nie napotka po drodze na silny opór, jego status może zbliżyć się do roli wybawiciela/mesjasza/boga – co w groteskowej karykaturze widzieliśmy w czwartej odsłonie serii Mad Max. To zatrzyma cywilizacyjny rozwój, pozostawiając większość dóbr w rękach wybranej elity. 

Foto: OldTown Festival/Glow of Darkness, Piotr Kołakowski
Dużo trudniejszą drogę będą mieli przed sobą łagodni feudałowie czy opiekuńczy autokraci, ale zarazem nie będą musieli aż tak bać się buntu. Pod górkę siłą rzeczy będą też miały społeczności, które postanowią zachować resztki demokracji. Nawet nie tej dzisiejszej, a selektywnej w stylu greckim, czy też tworów opartych o watażkę i radę, na wzór wikińskich klanów. Dość naturalnym i prostym wektorem rozwoju pozostaje zawsze oligarchia, na pewnym poziomie ułatwiająca zarządzanie, ale powiązana z mniej lub bardziej jawnym współzawodnictwem. W tyłek zaś bita będzie merytokracja, bo tam, gdzie przetrwanie jest kluczem, ludzie rozsądni nie są w cenie. Taki system może się wytworzyć dopiero z czasem, o ile lokalna społeczność będzie miała sporo zasobów i okrzepnie. Dalej jednak będzie ona podlegała bolesnej weryfikacji. Wszelkie cywilizowane ośrodki będą bowiem musiały zmierzyć się z dwoma poważnymi problemami. Jednym z nich jest to, że względny dobrobyt usypia czujność i łatwo można stać się takim kieszonkowym Rzymem, zadeptanym przez bardziej brutalne nowe plemiona. Drugim problemem jest to, co leży u podłoża zatomizowanego społeczeństwa. Jeśli taka społeczność napotka inną na podobnym poziomie rozwoju, będzie ją postrzegać raczej jako konkurencję, niż wspólników. Tego też uczy nas historia, z naciskiem na greckie polis. Miasta państwa tak naprawdę zaczęły łączyć swe siły w związki dopiero wtedy, gdy u bram pojawiał się potężny wróg, zagrażający kilku z nich. Nigdy jednak w starożytności nie udało się trwale zjednoczyć na raz większości polis… 

Foto: OldTown Festival/Glow of Darkness, Piotr Kołakowski

Zarówno w scenariuszu pełzającej apokalipsy jak i w jej spektakularnym jądrowym wydaniu, ośrodki odbudowującej się cywilizacji będzie dzielić dziś banalna, ale wtedy poważna odległość. Będą więc zarówno podatne na ataki, bo osamotnione, ale też kilometraż będzie zwiększał nieufność w ramach konstruktu “my-oni”. Bez regularnych kontaktów łatwo będzie tworzyć chochoły, zastępujące prawdę o sąsiadach. Dlatego mam głębokie przekonanie, że jedynym, co pomoże odbudować cywilizację na większą skalę, będzie handel. Oczywiście nie od razu, bo jeśli kilka polis przejdzie w fazę hanzy, najpierw będą siebie postrzegać jako konkurencję. Handel ma jednak to do siebie, że zawsze jacyś indywidualni kupcy starają się omijać polityczne linie podziału, bo zysk jest warty ryzyka. Za tym zaś idzie przepływ informacji, powolne zasypywanie tego przeklętego rowu “my-oni”. Z czasem dojdzie do tego, co również znamy z historii: umów dwu i trójstronnych, podziału kompetencji i wpływów, by na koniec wejść w fazę trustów. 

Foto: OldTown Festival/Glow of Darkness, Piotr Kołakowski
Ponieważ cały felieton jest ilustrowany zdjęciami z OldTown Festival, gry fabularnej na żywo w klimatach Fallout/Mad Max, o którym w poprzednim postapokaliptycznym tekście pisałem jako o swoistym laboratorium, to napomknę o tym, że w świecie Polskiego Uniwersum PostApokalipsy (w skrócie PUPA), w którym postacie i frakcje istnieją tak długo, aż nie szczeną z jakiegoś powodu, po wielu latach taka synergia na bazie handlu zaistniała i zakończyła wieloletnią bezsensowną wojnę podjazdową. Dystans między warszawskim a poznańskim polis (oba o cechach hanzy) był zmniejszany za pomocą działania jednostek nie do końca respektujących odgórne rozkazy, by wreszcie wejść na poziom negocjacji pomiędzy liderami. W laboratorium zadziałało, mam nadzieję, że zadziała i wtedy, gdy nastąpi koniec świata jaki znamy…

Foto: OldTown Festival/Glow of Darkness, Piotr Kołakowski

Ponieważ od lat gram.pl otacza LARP Old Town patronatem medialnym warto wspomnieć, że impreza wciąż poszukuje woluntariuszy, a sprzedaż biletów zakończy się 23 czerwca

najnowsze