Felieton

To będzie hit - graliśmy w Hades: Battle out of Hell

Adam Berlik, 16.02.2019 17:30 0

Nowa gra twórców Bastionu, Transistora i Pyre już teraz robi niesamowite wrażenie, choć do premiery zostało jeszcze sporo czasu.

Supergiant Games to jedna z niewielu ekip, która nie podąża utartym szlakiem, ale regularnie decyduje się na ciekawe eksperymenty. Ostatnia produkcja wspomnianego studia była interesującym połączeniem – uwaga! - gry sportowej, strategii oraz noweli graficznej. Jak wyszło? Koniecznie przeczytajcie naszą recenzję, a ja dodam od siebie tylko tyle, że do „dziewiątki” zabrakło naprawdę niewiele. Wracając jednak do tego, co tym razem przygotowało Supergiant Games trzeba powiedzieć, że Hades: Battle out of Hell na pierwszy rzut oka budzi skojarzenia z Pyre ze względu na ten sam styl graficzny. Rozgrywka jest jednak zupełnie inna, bo opisywane dzieło można śmiało określić mianem rogue-lite’owego hack’n’slasha osadzonego w świecie greckiej mitologii.

Nie łudźcie się. Obecność słowa „lite” tuż obok „rogue” wcale nie sugeruje, że pokonywanie kolejnych przeciwników w Hades: Battle out of Hell będzie łatwe. Wprost przeciwnie – całość skonstruowano w taki sposób, by postać kierowana przez gracza zaliczała jeden zgon za drugim. Aż do skutku. Wcielamy się Księcia Podziemi, czyli Zagreusa, który jest synem Zeusa i Persefony. Nasz bohater postanawia uciec, by dołączyć do bogów na Olimpie. Chcąc tego dokonać przemierza coraz bardziej wymagające obszary wypełnione po brzegi nie tylko wrogami, ale również pułapkami. Kiedy wydaje się, że jest już blisko wyjścia, zawsze coś musi pójść nie tak, w efekcie czego Zagreus ginie na potęgę, regularnie powracając do domu Hadesa, stanowiącego centralnego miejsce w świecie gry. W momencie śmierci na ekranie pojawia się wymowny napis „nie ma ucieczki”, ale my doskonale wiemy, że to nieprawda.

Poszczególne lokacje są generowane losowo, ale bardzo szybko dostrzegamy, że zbudowano je ze zbyt małej liczby klocków, a na naszej drodze wciąż stają ci sami wrogowie, pojawiający się jednak w różnych konfiguracjach. Co z tego, skoro mimo wszystko każda rozgrywka wygląda inaczej? To ogromna zasługa bardzo ciekawego systemu rozwoju postaci. Rozpoczynając swoją przygodę z Hades: Battle out of Hell otrzymujemy błogosławieństwo jednego z bogów, dzięki któremu możemy wyprowadzać potężne ciosy młotem, zadawać obrażenia od błyskawic, a nawet zwiększyć moc zaklęć, jakimi dysponuje główny bohater. Początkowo machamy jedynie mieczem, ale z czasem odblokowujemy również włócznię, łuk oraz tarczę (tak, nią również atakujemy), więc nie ma mowy o nudzie. A to nie wszystko.

Każda broń w Hades: Battle out of Hell poza atakiem podstawowym ma jeszcze ładowany cios, znacznie potężniejszy, oraz specjalną umiejętność (np. wystrzeliwanie kilku strzał z łuku, co pozwala nam załatwić paru wrogów jednocześnie). Po zabiciu wszystkich przeciwników w danej komnacie, bo tak nazwano lokacje, możemy wybrać zwykle jedną z dwóch ścieżek, by zdobyć specjalne klucze, Darkness (waluta umożliwiająca rozwój postaci) czy też zyskać inne profity. Za pomocą owych kluczy w hubie odblokowujemy wspomniane rodzaje broni, gdzie możemy także skorzystać ze specjalnego lustra, by permanentnie ulepszyć możliwości bojowe swojego herosa. Dlatego też zarówno klucze, jak i punkty Darkness nie przepadają w momencie zgonu. Tracimy natomiast złoto, które wydajemy podczas zwiedzania komnat na zakup tymczasowych umiejętności (np. odnawianie określonej liczby punktów życia po przejściu do kolejnych etapów) i nie tylko. Jeśli chodzi o zdolności, jakie nabywamy w Hadesie, to próżno wśród nich szukać typowych statystyk. Nie zwiększamy paska HP czy też pancerza, ale rozwijamy chociażby umiejętność pozwalającą na zadawanie większych obrażeń w plecy.

Hades: Battle out of Hell jest rogue-lite’em, więc każda śmierć nie oznacza, że wracamy do ekranu początkowego, a wszystkie postępy przepadają. Tak naprawdę po wielu zgonach jesteśmy dużo potężniejsi niż na początku. Nie dość, że możemy przebierać w dostępnych rodzajach broni, to odblokowaliśmy dodatkowe talenty, a mało tego – pamiętamy wachlarz ruchów napotkanych przeciwników. Wszystko to sprawia, że po kilku zgonach w początkowych lokacjach, w końcu docieramy do dalszych komnat, by wreszcie zmierzyć się z finałowym bossem. Zgony nie frustrują także z innego powodu. Wracając do Hadesu możemy liczyć na to, że postacie niezależne uraczą nas ciekawymi komentarzami na temat naszych poczynań, a także zdradzą kolejne niuanse fabularne.

Tym, co jednak trzyma przy Hadesie najbardziej, jest walka. Dawno nie miałem do czynienia z tak miodnym hack’n’slashem. Nieważne, czy akurat mamy przy sobie włócznię, miecz, tarczę bądź łuk – każda z tych broni została dopracowana w najmniejszych szczegółach, a to z kolei powoduje, że rozprawianie się z hordami wrogów bawi przez długie godziny. Nawet pomimo faktu, że regularnie odwiedzamy takie same miejscówki, gdzie czekają na nas przeciwnicy, z którymi walczyliśmy już niejednokrotnie. Pozostaje mieć jednak nadzieję, że finalna wersja Hades: Battle out of Hell zaoferuje większą różnorodność.

Hades: Battle out of Hell znajduje się w fazie Wczesnego Dostępu na Epic Game Store, ale nie wiadomo jeszcze kiedy odbędzie się premiera finalnej wersji. Mimo wszystko jeśli lubicie hack’n’slashe i odpowiada wam dość specyficzny, ale jakże genialny styl graficzny zaproponowany przez Supergiant Games, to możecie sięgnąć po ten tytuł już teraz. Owszem, zawartości nie ma w nim zbyt wiele, ale system walki i rozwój postaci to elementy, które są praktycznie ukończone. I to właśnie one sprawiają, że ciężko oderwać się od ekranu.

najnowsze