Recenzja

Aliens: Colonial Marines - recenzja

Sławek Serafin, 12.02.2013 10:25 201

Smutny dzień nastał dla fanów ksenomorfów i kolonialnych marines - najnowsza gra osadzona w uniwersum Aliens okazuje się być chyba najsłabszą ze wszystkich dotychczasowych...

Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się, że będzie aż tak źle. Cały czas powtarzałem sobie, że przecież gorzej niż dwa lata temu, gdy Rebellion skopał Aliens vs Predator, być nie może. Że studio Gearbox, które wyprodukowało Aliens: Colonial Marines to firma która dała też światu Borderlands i za serię Brothers in Arms, że to fachowcy i do tego nawet utalentowani. Ale rzeczywistość boleśnie zderzyła się z moimi niezbyt przecież wygórowanymi oczekiwaniami i okazało się, że może być gorzej niż w ostatnim AvP i że Gearbox to także to studio, które jest odpowiedzialne za zmasakrowanie Duke Nukem Forever.

Kampania singlowa w Aliens: Colonial Marines to jakieś pięć, może pięć i pół godziny grania. Miałem dość po godzinie. Po trzech chciałem sobie odgryźć którąś kończynę, jak zwierzę schwytane w potrzask. Po czterech odrętwiałem i zobojętniałem na tyle, że sam nie wiem, kiedy przeklikałem się do finału. I nawet nie cieszyłem się, że ta męczarnia się skończyła... Było mi po prostu bardzo smutno, jako fanowi uniwersum Aliens, smutno, że potraktowano je w taki sposób, jego fanom serwując niskobudżetowego knota, który w historii gier zapisze się jako rekordzista z jednego jedynego powodu - liczby ludzi, którzy jak najszybciej będą starali się zapomnieć, że w to grali i, przede wszystkim, wydali na tę kaszanę jakiekolwiek pieniądze. Za ostro? Za bardzo jadę po grze? Wierzcie mi, nie da się przesadzić z jej krytyką. Na te pięć i pół godziny grania umiarkowanie fajne było tylko 15 minut spędzone w kanałach z bladymi, ślepymi ksenomorfami, które zbiegały się na najmniejszy odgłos i eksplodowały kwasem. Serio, to jest najlepsza scena w grze. Dno i dwa metry mułu.

Najgorsze jest to, że już od pierwszych chwil widać, jak niedorzecznie słabe jest Aliens: Colonial Marines. Dzięki czemu? Oczywiście, dzięki oprawie graficznej, która wygląda jakby pochodziła z gry wydanej gdzieś w okolicach 2007 roku... o, przepraszam, wtedy wyszedł Crysis. Aliens: Colonial Marines wygląda więc na 2006 rok i to wczesny, przed premierą pierwszego Gears of War wykorzystującego silnik graficzny Unreal Engine 3, ten sam, który zastosowano tutaj z wybitnie miernym skutkiem. Ta gra po prostu wygląda obskurnie i nawet osoby, które zwykle nie zwracają uwagi na to, jak co wygląda, tutaj poczują dreszcz obrzydzenia. Fatalne, rozpikselowane tekstury obciągnięte zostały na obiektach wyciosanych chyba z kamienia, bo takie są kanciaste i prymitywne. Pokracznie animowane modele postaci też nie wyglądają lepiej, zwłaszcza zaś nasi wrogowie, których nie raz obejrzymy sobie z bliska - i to, co zobaczymy, najprawdopodobniej wzbudzi nasze niekłamane przerażenie. Jak można żądać więcej niż 30 złotych za grę wyglądającą tak w 2013 roku? Matko, nawet jakieś malutkie niezależne studia potrafią zrobić coś ładniejszego niż ten graficzny potworek. Dwa lata temu niewielki i borykający się z problemami finansowymi Rebellion popełnił cztery razy ładniejsze Aliens vs Predator - a i tak nie była to szczególnie piękna gra. Aliens: Colonial Marines to prawdziwa potwarz dla poczucia estetyki. I to nie tylko z uwagi na to, co się widzi.

Nie wiem jakim cudem taka gra mogła zawieść w dziedzinie dźwięku, ale i to się Gearboxowi udało. Przecież wystarczyło wziąć ścieżkę muzyczną z filmów o Obcych i dołożyć do tego dobrze znane odgłosy broni i przeciwników - żadna filozofia, prosta odtwórcza robota, która wywołałaby zachwyt fanów. I co zrobili autorzy Aliens: Colonial Marines? Dokładnie to. I jeszcze więcej. Mianowicie postanowili, co nie jest niespodzianką, że w grze będą jakieś postacie i te postacie będą coś mówić. A następnie zatrudnili aktorów najbardziej wypranych z emocji, jakich tylko dało się znaleźć, z najbardziej drewnianymi głosami, i kazali im możliwie beznamiętnie odczytywać wszystkie kwestie. Ściągnęli nawet dwóch zawodowców z obsady filmu Obcy: Decydujące starcie i prawdopodobnie grożąc im bronią wymusili, by wykonali swoje zadanie jak ostatni amatorzy. Rezultat przeszedł najśmielsze oczekiwania - we wszystkich teoretycznie dramatycznych scenach nasi towarzysze wypowiadają swoje kwestie bez jakiegokolwiek zaangażowania, skuteczne niszcząc jakiekolwiek próby budowania nastroju. Fatalnie zagrani bohaterowie rozkładają na łopatki całą fabułę, która wcale taka zła nie jest...

To znaczy, jest zła, tak w ogólnej skali jakości, mocno przewidywalna, banalna i roi się od jednowymiarowych postaci. Ale w porównaniu do całej reszty Aliens: Colonial Marines, to jasno i czysto lśniący diament. Jego relatywnie atrakcyjnymi wdziękami cieszyć się będą jednak tylko fani, bo cały scenariusz został zbudowany na założeniu, że oglądaliśmy trzy pierwsze filmy o Obcych, a może nawet i Prometeusza. Jeśli ktoś nie pamięta ich zbyt dobrze lub, o zgrozo, nigdy nie oglądał, nie zrozumie zbytnio co, gdzie i dlaczego dzieje się w Aliens: Colonial Marines. Znawcy tematu docenią z kolei to, jak gra wypełnia białe plamy w narracji filmowej trylogii, zwłaszcza zaś odpowiada na pytania, co działo się między drugą a trzecią częścią i po trzeciej - bo mniej więcej wtedy właśnie rozgrywa się akcja gry. Mamy tu sporo nawiązań, odwołań i smaczków, które ucieszą fanów... choć będzie to radość przebijająca się przez łzy cierpienia niestety. Granie w Aliens: Colonial Marines naprawdę boli.

Cała kampania skupia się na graniu jako marine. W poprzednich grach Aliens vs Predator człowiek był tylko jedną z trzech składowych całości - tamte tytuły były w dwóch częściach specyficznymi skradankami i w jednej mniej lub bardziej ostrym horrorem, który wymagał posiadania porządnej pieluchy. Czyli co, tutaj został nam tylko horrorek? Dobra, niech będzie. Tyle, że nie będzie, bo autorzy mieli inną koncepcję. Mianowicie doszli do wniosku, że skoro najpopularniejszą strzelanką na świecie jest Call of Duty, to trzeba zrobić takie Call of Duty, tyle że w uniwersum Aliens. I będzie dobrze, bo to recepta na sukces. Chciałbym zobaczyć minę tych gości, gdy zrealizowali swoją receptę i okazało się, że nie dość, że odwrócili się plecami do tradycji, to jeszcze zrobili to wyjątkowo nieudolnie. Aliens: Colonial Marines to bardzo, bardzo przeciętna strzelanka, tak prymitywnie wyreżyserowana, tak męcząca i nieciekawa, że aż trudno uwierzyć, że robili to ci sami ludzie, którzy stworzyli Borderlands i Brothers in Arms. A może to nie byli ci sami ludzie? Może realizację powierzono stażystom? Albo ekipie sprzątającej budynek? To jest już bardziej prawdopodobne i pasuje do rezultatu.

Aliens: Colonial Marines zgapiło z Call of Duty wszystko co się dało. Włącznie z całkowicie zbędnym systemem awansowania na poziomy i odblokowywania broni oraz modyfikacji do nich - zbędnym, bo i tak grę przechodzi się z klasycznym karabinem pulsacyjnym z filmu i strzelbą. Nie ma potrzeby sięgania po inną broń, ba, nie chce się nawet sprawdzać, jak ona działa - a jak już się dla spokoju sprawdzi, to okaże się, że w ogóle do niczego się nie nadaje, tak jak się spodziewaliśmy. Ksenomorfy i najemników Weyland-Yutani, bo oczywiście ci drudzy też się tu pojawiają, najlepiej zabija się w klasyczny sposób. I zdecydowanie bardziej trzeba uważać na tych drugich, niż Obcych, którzy z pozycji najgroźniejszych skubańców na planecie spadli do roli uprzykrzających życie robaczków. Serio, autorzy gry z całą premedytacją zredukowali te zabójcze stworzenia do poziomu niezbyt szybko przemieszczających się celów, w zasadzie prawie niegroźnych dzięki fatalnym skryptom kierującej nimi SI. Wysyłają je na nas całymi stadami, a my załatwiamy je od niechcenia lewą ręką w czasie pisania esemesów. W poprzednich grach człowiek dostawał zawału jak zobaczył, ba, jak usłyszał choć jednego ksenomorfa, a tu może liczyć co najwyżej na konwulsje ze śmiechu, gdy zaatakuje go kseno-taran... serio, jest coś takiego... nie wiem ile czasu potrwa zanim moja psychika otrząśnie się z traumy i wyprze wspomnienie tej pomyłki. Szczęście w nieszczęściu, że najprawdopodobniej większe zniszczenia w moim światopoglądzie poczyniła żenująca walka finałowa z królową Obcych, więc tamto nie będzie powodowało aż takich cierpień.

Ale ogólnie całą grę sobie zapamiętam i to na długo. A nawet gdy jakimś cudem zapomnę i odzyskam spokój ducha, to za każdym razem gdy w polu widzenia znajdzie mi się cokolwiek powiązanego z Aliens, wszystko wróci i znów będzie bolało... tak jak za każdym razem boli mnie gdy podwijam rękaw i widzę blizny po zębach, wspomnienie pogryzienia przez amstafa, gdy broniłem mojego kundelka przed pożarciem.

Nie, nie przesadzam dla większego dramatyzmu i podkreślenia efektu. Twórcy Aliens: Colonial Marines, kimkolwiek by nie byli, okaleczyli gry z tego uniwersum, być może nawet na dobre. Ta produkcja nie jest zwyczajnie słaba, to jest katastrofa. Po szeregu gier bardzo dobrych lub rozczarowująco przeciętnych, jak ostatnie Aliens vs Predator, coś takiego to obraza dla każdego fana. A tylko fan przebrnie przez tę ułomną, amatorsko zrealizowaną produkcję - zwykły gracz odpadnie w przedbiegach, bo kto nie zaślepiony emocjonalnym stosunkiem do tego uniwersum grałby w brzydką, koślawą podróbę Call of Duty, skoro ma w zasięgu ręki tyle innych, lepszych gier? Tylko fan będzie brnął dalej... i rozpaczał nad tym, jak koncertowo spie... zmarnowano taki potencjał. Bo inaczej się tego nazwać nie da. Nie ma najmniejszych szans, by Aliens: Colonial Marines odniosło jakikolwiek sukces na rynku - i obawiam się, że ta spektakularna porażka przekona decydentów, że nie warto już inwestować w tę markę. A tego już nie wybaczę. Nawet jeśli multiplayer byłby znośny.

Aliens: Colonial Marines to nie jest Battlefield, któremu może ujść na sucho, że ma fatalną kampanię singlową, bo jest grą przede wszystkim wieloosobową. A nic nie wskazuje na to, że Gearbox wie cokolwiek o graniu sieciowym, skoro gra nie korzysta z serwerów dedykowanych i każdy mecz jest hostowany przez jednego z graczy, jak w Call of Duty. Inaczej jednak niż tam, po wyjściu hosta nie jest wybierany nowy, tylko rozgrywka urywa się dla obu stron. Ale to i tak szczęściarze są, bo w tym momencie wersję PC prześladuje błąd, który wywala z gry wszystkich, gdy tylko się do niej dołączą. Bo po co grać, jak można nie grać, prawda? To tak na wszelki wypadek, gdyby jacyś fanatycy chcieli jednak pograć w sieci po traumie, jaką zgotowała im kampania singlowa. I pewnie gdy zostaną naprawione błędy, a może nawet wprowadzona migracja hosta (choć w ostatnim Aliens vs Predator nigdy się jej nie doczekaliśmy), ktoś w to będzie grał. Z pięć, może dziesięć osób. Reszta, wściekła, już dawno odinstaluje tego knota i pójdzie się pocieszać w Natural Selection 2, które ma o wiele lepszy pomysł na sieciowe granie z marines i Obcymi niż te cztery sztampowe do bólu tryby multi, które posiada Aliens: Colonial Marines.

Aliens: Colonial Marines to poważna katastrofa. I policzek wymierzony fanom. Kilka fajnych nawiązań w scenariuszu, niezłe sceny w kanałach oraz fakt, że nasi towarzysze kierowani przez SI nie potrzebują na szczęście niańczenia, to jedyne jasne strony tej produkcji. Cała reszta to obrażający naszą inteligencję badziew, którego miejsce jest w kiosku, z ceną 19,90 zł. Gdyby twórcy uczciwie przyznali, że to niskobudżetowy produkcyjniak i zrezygnowali z masakrowania licencji Aliens na rzecz jakiegoś oryginalnego tła fabularnego, to można by nawet w przypływie łaskawości powiedzieć, że ta gra jest tylko słaba. Ale sprawy mają się tak właśnie, jak się mają i Gearbox oraz SEGA potraktowali nas, fanów, tak jak Burke w filmie Obcy: Decydujące starcie, który cynicznie wykorzystał do swoich celów Ripley i wszystkich marines... Oby była na świecie sprawiedliwość i odpowiedzialnych za tę porażkę spotkał podobny los, co Burke'a...

>>Kup Aliens: Colonial Marines na gram.pl

Aliens: Colonial Marines

  • smaczki dla fanów Obcych
  • niezły klimat w etapie w kanałach
  • odpowiednio "mocna" polska lokalizacja
  • ksenomorfy nie są groźne
  • wyjątkowo brzydka oprawa graficzna
  • nudna, krótka, przewidywalna kampania
  • gra za bardzo udaje Call of Duty i w ogóle jej to nie wychodzi na dodatek
  • fatalny od strony technicznej tryb wieloosobowy
Game over man, game over! 4.5
najnowsze