InformacjeRecenzja - konsole

Przystanek Alaska: recenzja Wolfenstein II: The Amazing Deeds of Captain Wilkins

... Piotr Nowacki

Ostatni dodatek z serii Freedom Chronicles jest dużo lepszy niż poprzednie, lecz wciąż nie dorasta do pięt Wolfenstein II: The New Colossus.

Wolfenstein II: The New Colossus to gra, w której zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Niestety, pierwsze dwa z trzech zaplanowanych dodatków bynajmniej nie były moim wymarzonym, hojnie zroszonym krwią nazistów, romantycznym wypadem, czemu wyraz dałem w swojej recenzji.

Z trzecim, ostatnim, dodatkiem nie wiązałem zbyt dużych nadziei. The Adventures of Gunslinger Joe i The Diaries of Agent Silent Death miały, przynajmniej na papierze, interesujących bohaterów – Joe Stallion był amerykańskim futbolistą, który był zmuszany do uczestnictwa w pokazowych meczach piłki nożnej z aryjskimi żołnierzami, a Agentka Cicha Śmierć to brytyjska szpieg, która wyrusza na prywatną vendettę przeciwko nazistom po śmierci swojego męża. Niestety, scenarzyści roztrwonili potencjał tych postaci, równie dobrze moglibyśmy sterować kolejnym niemym zabijaką, niczym w Doomie czy Call of Duty. Dlatego też moje oczekiwania wobec trzeciego dodatku były bliskie zeru: w przeciwieństwie do bohaterów pierwszych dwóch DLC, tytułowy Kapitan Wilkins nawet na papierze nie wydaje się być zbyt interesujący: to tylko kolejny, podstarzały amerykański żołdak, którego jedynym raison d'être jest zabijanie nazistów.

O dziwo, w praktyce okazuje się, że Wilkins jest najciekawszę postacią z całej trylogii DLC. Podczas gdy na pierwszych dwóch protagonistów scenarzyści ewidentnie nie mieli pomysłu, tytułowy bohater trzeciego epizodu okazał się być strzałem w dziesiątkę. Jego obsesja na punkcie zabijania nazistów jest obiektem niezliczonych żartów i celnie wyśmiewa taką samą manię, którą można było zaobserwować u B.J. Blazkowicza. Sama fabuła nie należy do szczególnie interesujących, ale przynajmniej były momenty, które mnie autentycznie rozbawiły – czego nie mogłem powiedzieć o wcześniejszych dodatkach.

Jedną z największych wad dwóch poprzednich dodatków była ogromna wtórność względem podstawki. W The Adventures of Gunslinger Joe i The Diaries of Agent Silent Death nie pojawił się ani jeden nowy przeciwnik, ani jedna nowa broń czy umiejętność, a chociaż na potrzeby DLC zaprojektowano nowe poziomy, to większość z nich jest bliźniaczo podobna do tych znanych z Wolfenstein II: The New Colossus.

The Deeds of Captain Wilkins niestety też nie grzeszy innowacjami w rozgrywce. Tutaj też próżno szukać jakichkolwiek nowości, nie ma miejsca na żadne zaskoczenia. Miałem nadzieję, że skoro akcja dodatku zabiera nas na Alaskę, to będziemy mieli okazję wypróbować karabiny w północnoamerykańskiej głuszy. Niestety, znów jedynie zwiedzamy wnętrza nazistowskich baz, a alaskańskie krajobrazy możemy zobaczyć jedynie w jednym momencie – i to przez okno.

Jednak pomimo tej wtórności, sam projekt poziomów się broni. Mapy nie są tak klaustrofobicznie małe jak w The Diaries of Agent Silent Deat i całkiem nieźle wykorzystują specjalną umiejętność kapitana Wilkinsa, czyli mechaniczne szczudła pozwalające na przedostanie się do trudno dostępnych miejsc. Nie ma co prawda żadnych szczególnie angażujących trójwymiarowych zagadek związanych z tymi szczudłami, ale wciąż sprawdza się to lepiej niż umiejętność przebijania się przez ściany Joe Stalliona czy wciskania się w szyby wentylacyjne Agentki Cicha Śmierć.

Sama rozgrywka również jest bardziej solidna niż w dwóch poprzednich dodatkach. W przeciwieństwie do drugiego DLC, nie ma konieczności korzystania z mechaniki skradania, co jest dobrym posunięciem, gdyż sztuczna inteligencja wrogów w Wolfensteinie II zwyczajnie nie sprawdza się podczas cichociemnych akcji. Oszczędzono nam również nieciekawych sekcji na grzbiecie Panzerhunda, które były ponownie przerabiane w The Adventures of Joe Stallion. Całe DLC wypełnia czysta, niczym niezmącona jatka nazistów. Warto jednak przy tym pamiętać, że walka w Wolfensteinie nie każdy przypadnie do gustu – niekończące się respawny wrogów do czasu, aż zabijemy oficerów na danym terenie to rozwiązanie, do którego wciąż mam pewne zastrzeżenia.

Przygoda z Wolfesteinem II i dodatkami do niego było dla mnie jak słuchanie The Stooges. The New Colossus był jak ich pierwsze płyty nagrane w na przełomie lat 60. I 70. Może nie były nagrane w najlepszej jakości, może tu i ówdzie zdarzały się fałszywe nuty, a niektóre utwory graniczyły z prymitywnością – jak chociażby słynne I Wanna Be Your Dog, którego główny riff składa się dosłownie z trzech dźwięków. Jednak dzięki swojej ikrze i bezkompromisowości po dziś dzień te płyty są postrzegane jako absolutne klasyki gatunku. Z kolei seria DLC The Freedom Chronicles przywodzi mi na myśl ich albumy wydane w dwudziestym pierwszym wieku. Są one jedynie cieniem dawnych hitów, trudno się pozbyć wrażenia, że zostały nagrane tylko po to, żeby zapłacić rachunki za Geriavit. I tak jak nowe płyty The Stooges mogą zadowolić jedynie największych fanów Iggy’ego i spółki, tak DLC do Wolfensteina II trafią co najwyżej dla najbardziej zapalonych miłośników eksterminacji nazistów, którzy mają akurat wolne dwie godziny potrzebne na przejście tego dodatku.

PlayStation 4Wolfenstein II: The New Colossus - The Amazing Deeds of Captain Wilkins - DLC

  • Nie popełnia większości błędów poprzednich DLC
  • Humor
  • Zachowawczość i wtórność względem podstawki
  • Recykling lokacji
  • Brak jakichkolwiek nowości

Co najwyżej poprawne DLC do świetnej gry.

Najnowsze
Lubisz nas?