InformacjeRecenzja - PC

Bez prawa łaski: recenzja JYDGE

... Piotr Nowacki

JYDGE nie ma żadnych szans w starciu z polską grą Ruiner.

Recenzowane przeze mnie rok temu Neon Chrome, mimo swoich niedoskonałości, sprawiło mi dużo radości, szczególnie w wersji na PS Vitę. Dlatego też z dużym zainteresowaniem podszedłem do JYDGE, które jest swego rodzaju kontynuacją poprzedniej gry fińskiego 10tons LTD.

JYDGE nie kontynuuje fabuły Neon Chrome. Jednak jest zasugerowane, że obie gry rozgrywają się w tym samym, cyberpunkowym świecie. Ponadto rozgrywka obu gier jest bardzo zbliżona – twórcy na wstępie uczciwie informują, że JYDGE jest oparte na swoim poprzedniku. Da się to wyczuć od pierwszej chwili – formuła twin-stick shootera została zachowana, a styl graficzny jest bliźniaczo podobny.

Nie znaczy to jednak, że JYDGE to tylko zestaw nowych misji sprzedawanych jako nowa gra. Przede wszystkim, pomimo tego, że twórcy dowcipnie określają swoją nową grę jako roguehate, to porzucone zostały rogalikopodobne inspiracje znane z pierwowzoru. Dlatego też zamiast losowo generowanych poziomów i permadeath mamy klasyczny podział na etapy, do których możemy potem dowolnie wracać. Główny bohater nie jest zaś hakerem, tylko tytułowym sędzią, zauważalnie wzorowanym na kultowym Dreddzie.

Akcja rozgrywa się w mega-mieście Edynbyrgh (wygląda na to, że przyszłość nie obeszła się łaskawie z literką “u”), gdzie tytułowi sędziowie nie tylko wydają wyrok, ale i samodzielnie wymierzają sprawiedliwość – przede wszystkim z pomocą wielofunkcyjnego karabinu Gavel, który nazwą nawiązuje do sędziowskiego młotka. Na przestrzeni 18 misji naszym zadaniem będzie uwalnianie zakładników przetrzymywanych przez bandziorów, zbieranie dowodów oraz, przede wszystkim, eliminacja oprychów.

Zabawa przy wymierzaniu sprawiedliwości jest całkiem niezła, jednak zdecydowanie blednie w porównaniu z innym cyberpunkowym twin-stick shooterem – recenzowaną niedawno przez Matuesza polską grą Ruiner. Pierwsza w oczy rzuca się grafika. W zestawieniu z Neon Chrome, które krytykowałem za mdłą i nudną oprawę jest dużo lepiej, a to przede wszystkim za sprawą feerii barw zapewnianej przez naszą broń – plazmowe kule śmierci, którymi rozświetlamy ostatnie chwile życia zbirów po drugiej stronie lufy są po prostu piękne. Jednak Ruiner prezentuje się lepiej w każdym aspekcie: od samego projektu, przez wspaniałe ilustracje po lokacje i modele postaci. Podobnie jest z muzyką: teoretycznie jest całkiem niezła, ale do pięt nie dorasta nieokrzesanym bitom Zamilskiej, polskiej luminarki techno.

Najbardziej jednak odstaje sama rozgrywka. Chociaż Hotline Miami nie było wolne od wad, to pod wieloma względami pozostaje niedoścignionym ideałem w gatunku gier akcji obserwowanych z lotu ptaka. Kultowy tytuł Dennaton Games zmuszał gracza do błyskawicznych, instyktownych, pierwotnych wręcz działań. Wchodzimy do pokoju razem z drzwiami, szybkim uderzeniem pięści nokautujemy pierwszego oprycha, zabieramy mu kosę, między jednym a drugim uderzeniem serca sztyletujemy drugiego i trzeciego, czwartego unieszkodliwiamy precyzyjnym rzutem noża, by na końcu z zimną krwią dobić gołymi rękoma nieprzytomnego draba. Hotline Miami potrafiło sprawić, że czuliśmy się jak prawdziwe maszyny śmierci. Ruiner idzie podobną drogą, być może do przesady, bo rozgrywka gubi gdzieś tę morderczą precyzję, jednak czuć tam elementy, które rozsławiły grę od Dennaton. Z kolei JYDGE nie jest w stanie dostarczyć nawet ułamka tych emocji. Nasz sędzia jest dość ślamazarny nawet po zainstalowaniu ulepszenia zwiększającego szybkość jego ruchów o 20%, a gra nie powoduje szybszego bicia serca nawet wtedy, gdy przeciwnicy rzucają się na nas całymi hordami.

Sporym problemem jest brak szacunku dla czasu graczy. Doceniam opcje zwiększające replayability – dodatkowe wyzwania, osiągnięcia, new game plus, etc. W dobrych grach powracanie do raz pokonanych leveli jest opcjonalne. Tutaj gracze są do tego zmuszani. Do każdego poziomu przypisanych jest sześć medali: 3 na normalnym poziomie trudności, 3 w trybie hardcore. Jeden z tych medali jest przyznawany za wypełnienie podstawowego celu misji, dwa pozostałe zaś za specjalne osiągnięcia, jak na przykład przejście poziomu bez żadnych obrażeń lub będąc niezauważonym. Od odznaczeń uzależnione są postępy w grze: by odblokować nowe poziomy, trzeba zdobyć określoną ich liczbę, a limity są wyśrubowane. Z tego też powodu, aby przejść całą grę, z każdym poziomem trzeba będzie się zmierzyć kilka czy kilkanaście razy. Podejścia do wybranych wyzwań często nie przynoszą żadnej satysfakcji: podczas gdy JYDGE jest w miarę kompetentne jako strzelanka, to już zwyczajnie jest fatalną skradanką, więc konieczność przejścia etapów bez alarmowania wrogów to po prostu przykry obowiązek.

Mógłbym sporo wybaczyć tej grze. Być może grafika nie wykorzystuje tego, co technologia 2017 roku ma do zaoferowania, muzyka nie zapada na dłużej w ucho, a rozgrywki nic na dłuższą metę nie wyróżnia, ale mógłbym przymknąć na to oko, bo strzelanie sprawa odrobinę frajdy, mimo swojej przeciętności. Jednak nie ma miejsca na taryfę ulgową: po pierwsze ze względu na sposób progresji, który ewidentnie nie szanuje czasu gracza, a po drugie ze względu na niedawną premierę [b[Ruinera. Nie ma co się patyczkować z tą grą, skoro ledwie tydzień wcześniej wyszedł inny tytuł, który bije tę pozycję pod każdym możliwym względem. Prawda łaski nie będzie.

PCJYDGE

  • dużo broni i modyfikacji
  • niezła muzyka
  • ładne efekty świetlne
  • paskudna cała reszta grafiki
  • ślamazarna rozgrywka
  • konieczność wielokrotnego przechodzenia tych samych poziomów

Sędzia dzisiaj zasiada na ławie oskarżonych.

Najnowsze
Lubisz nas?