InformacjeBez prądu - film

Geneza morderczej lalki - recenzja filmu Annabelle: Narodziny zła

... Joanna Kułakowska

Kolejny film z uniwersum paranormalnych śledztw małżeństwa Warrenów, tym razem prequel horroru Annabelle z 2014 r., traktujący o znanej nam już lalce.

Niniejszy obraz w reżyserii Davida F. Sandberga cofa nas w przeszłość, byśmy poznali korzenie zła przedstawionego uprzednio w filmie Annabelle. Dowiadujemy się, jak powstała upiorna lalka i jak stała się bramą dla piekielnej istoty, która powróciła lata później (zdaje się aktywować co dwanaście lat), omal nie niszcząc życia małżeństwa Gordonów. Najpierw obserwujemy nieomal idylliczne życie Samuela i Esther Mullinsów (Anthony LaPaglia i Miranda Otto), wychowujących swoją ukochaną córeczkę (Samara Lee), mających też wielki, wspaniały dom dzięki zarobkom osiąganym z produkcji unikatowych lalek. Znacznie później towarzyszymy siostrze Charlotte (Stephanie Sigman) oraz grupie dziewcząt z zamkniętego sierocińca, które to przygarnięte zostały przez wspomniane wyżej małżeństwo Mullinsów. Za każdym razem początkowa sielanka pryska jak brutalnie przerwany sen.

Centralny punkt filmu Annabelle: Narodziny zła stanowi głęboka relacja dwóch przyjaciółek, Janice i Lindy, niezbyt popularnych w gronie swych towarzyszek z sierocińca. Od razu rzuca się w oczy punkt zapalny przyszłych wydarzeń – Janice (Talitha Bateman) porusza się o kulach wskutek przebycia polio. Siłą rzeczy zastanawiamy się więc, jak niepełnosprawne dziecko poradzi sobie w obliczu grozy, która niebawem nadejdzie. Niczym modlitwa powtarzane przez Lindę (Lulu Wilson) pragnienie, by zostały razem adoptowane i stały się siostrami, pogłębia oczekiwanie. Dobrym zabiegiem twórców jest tu igranie z niepokojem widza za pośrednictwem lalek należących do dziewczynek, które wciąż im towarzyszą i którymi się wymieniają. Przez cały ten czas nowoprzybyłe wyrażają zachwyt pięknym domem, ale beztroski nastrój powoli zaburza rosnący lęk – spowodowany pełnym rezerwy zachowaniem pana domu, ukrywaniem się przez jego małżonkę oraz dziwnymi zjawiskami, które stają się coraz częstsze i coraz bardziej niebezpieczne – po to, by w końcu ustąpić panice wobec terroru ze strony sił nadprzyrodzonych.

Akcja płynie spokojnie, z początku niemal sennie, tempo narasta niespiesznie, lecz od punktu kulminacyjnego gna już na złamanie karku, choć i wtedy pojawiają się swego rodzaju oazy spokoju (co bardziej niecierpliwi być może uznają je za „studnie bezruchu”), mające za zadanie eksplorować relacje pomiędzy bohaterami. Oczywiście wszystko przybiera zły obrót, gdy złamane zostaną zasady ustanowione przez Samuela Mullinsa. Film Annabelle: Narodziny zła składa się ze sprawdzonych elementów typowych dla horroru, począwszy od subtelnych – jak sugerowanie czegoś czającego się w gęstej ciemności za pomocą odpowiedniego ukierunkowania kamery, tajemnicza postać majacząca na drugim planie, a następnie zbliżająca się do nieświadomych niczego osób, manifestacje sił nadprzyrodzonych w postaci trzaskających lub otwierających się drzwi, zapalających się świateł i poruszanych przedmiotów – przez generowanie strachu bohaterek poprzez bardzo wyraźne fizyczne manifestacje na ich oczach, aż po brutalne ataki na osoby dramatu. Prym wiedzie lalka, który to szkaradny rekwizyt straszył nas już podczas poprzednich seansów dotyczących spraw Warrenów – Obecności i Annabelle. Potworne paskudztwo (naprawdę ciężko zrozumieć, jakim poczuciem estetyki kierował się jej twórca i kto w ogóle chciałby toto posiadać) epatuje grozą. Genialny wręcz efekt stanowi gra światła i cienia na jej twarzy, spojrzenie wielkich oczu, które wydaje się być utkwione w patrzącym (także w samym widzu), i sytuacja, gdy w kolejnym kadrze widzimy wyraźnie zmianę pozycji, a wzrok ukrytej weń obecności śledzi bohatera lub bohaterkę.

Efekty specjalne prezentują się nieźle (zapewne jak w poprzedniej odsłonie sprawy morderczej lalki odpowiada za nie firma KNB) – w przeciwieństwie do obrazu wcześniejszego, w którym apogeum w postaci głównego źródła zła rozczarowywało kiczowatością. Widzimy tu właściwie tę samą istotę, ale udało się ją lepiej wkomponować wizualnie w poszczególne sceny, miga nam tylko, co wywołuje lepszy skutek. Ogólnie trzeba przyznać, że choć próżno tu szukać czegoś oryginalnego i nowatorskiego pod względem technicznym lub samego doboru składników horroru, to produkcja Annabelle: Narodziny zła autentycznie straszy i gra na nerwach (choć są i nieliczne chwile, gdy eskalowane napięcie, zapewne wbrew intencjom twórców, pryska i widz ma ochotę się roześmiać). Sporo scen jest wysmakowanych artystycznie, w pamięć wryje się zapewne odwracający się krzyż, który stopniowo przechodzi w głęboką studnię. Akcja ma miejsce w latach 60./70. – pastelowa kolorystyka, szczegółowa scenografia i kostiumy dobrze oddają klimat i zarazem dobitnie pokazują, jak okropna była ówczesna moda. Na pochwałę zasługuje gra aktorska, zwłaszcza w wydaniu młodziutkich Bateman i Wilson, a muzyka dobrze spełnia zadanie ilustrowania obrazu.

Poprzednia Annabelle (w reżyserii Johna Leonettiego) nawiązywała do ambitnych horrorów na temat opętania i zakusów diabła, budząc pewne skojarzenia z filmem Dziecko Rosemary – obserwowaliśmy kobietę uwikłaną w demoniczne plany, przez większość czasu samotnie mierzącą się z problemami macierzyństwa, zdecydowaną do końca walczyć o dziecko. Pełno w niej było jednak banalnych stwierdzeń na temat istoty zła, ludzkich lęków, matczynej miłości, poświęcenia dla przyjaciół i problematyki przyciągającej uwagę Boga ofiary. Oba filmy mają tego samego scenarzystę – Gary’ego Daubermana – ale scenariusz do produkcji Annabelle: Narodziny zła jest o wiele lepszy. Opowieść koncentruje się na dzieciach, a jeśli dopatrywać się tu metafory, będą to przemiany, jakim ulegamy w trakcie dorastania, i to, że przegrywamy przede wszystkim z demonami własnej duszy (inne zaś mogą to wykorzystać). Tu również znajdziemy trochę banałów i pompatycznych tekstów, jednak przeszkadzają one o wiele mniej. Dziwi trochę (delikatnie rzecz ujmując) scena, w której siostra zakonna spowiada swą podopieczną – z drugiej strony nie wygląda to na prawdziwy sakrament z zachowaniem całego rytuału. Poza tym momentem nie ma ewidentnych, krzyczących do odbiorcy błędów czy luk logicznych. Film wieńczy klamra spajającą z początkiem Annabelle, włącznie z sekwencją wtargnięcia pary okultystów, od której zaczyna się koszmar Gordonów. Oczywiście pojawia się i easter egg, czyli autentyczna lalka ze zbiorów Warrenów.

Podsumowując: niezły, rzeczywiście jeżący włos na głowie obraz, o niebo lepszy od poprzedniej odsłony lalczynej historii, ale mniej intrygujący od innego filmu o paranormalnych manifestacjach, związanych ze słynnymi sprawami Warrenów – Obecności 2, której recenzję można przeczytać tutaj .

Najnowsze
Lubisz nas?