InformacjeFelieton

Potężna dawka pozytywnej energii: recenzja filmu Sing

... Piotr Nowacki

Czy rozśpiewane zwierzaki zdobędą serca widzów?

Teatr to życiowa miłość Bustera Moona. Ten miś koala pokochał scenę od pierwszego wejrzenia, gdy jego ojciec go zabrał wiele lat temu na spektakl. Z czasem, dzięki pomocy taty, stał się właścicielem swojego własnego przybytku. Niestety, jego miłość do teatru zdaje się być nieodwzajemniona - każde przedstawienie to spektakularna klapa, wierzyciele ciągle pukają do jego drzwi, a pracowniczka banku wiecznie wydzwania z pogróżkami.

Kiedy tradycyjne spektakle nie przynoszą dochodu, Buster wpada na pomysł - sprawdzony w świecie ludzkim, ale dla zwierzaków zupełnie szalony - zorganizuje talent show, na podobę znanych nam Idola czy X Factora. Niestety, od samego początku pojawiają się problemy: Buster jest w stanie zaoferować zwycięzcy nagrodę w wysokości jedynie 1000 dolarów, jednak jego sekretarka, podstarzała kameleonica, omyłkowo na ulotkach wpisuje 100 tysięcy dolarów…

Sing to kolejna produkcja Illumination Entertainment, znanego najlepiej z Minionków i recenzowanego przeze mnie kilka miesięcy temu Sekretnego życia zwierzaków domowych. Tym razem, w przerwie od odcinania kuponów od małych pomagierów złoczynców, wychodzą do widzów z kolejną nową marką. Czy też ma zadatki na hit?

Główna siła Sing to bogata galeria postaci. Główny bohater, Buster, zdaje się być inspirowany postacią Maksa Bialystocka z filmu Producenci w reżyserii Mela Brooksa. Podobnie jak Bialystock, Buster również ucieka się do metod co najmniej dwuznacznych moralnie. Na szczęście metody misia koala są mniej ekstremalne - Buster ogranicza się do podprowadzania prądu swoim sąsiadom oraz ukrycia przed uczestnikami konkursu faktu, że tak naprawdę nie ma nagrody stu tysięcy dolarów. Z kolei skomplikowany plan Bialystocka opierał się na m.in. wystawieniu musicalu będącego hymnem na cześć Adolfa Hitlera… Obu producentów łączy jednak skłonność do szukania funduszy poprzez bałamucenie starszych pań.

Na szczęście Buster nie jest totalną kanalią, dzięki czemu możemy mu kibicować. Do wątpliwych etycznie zagrań popycha go przede wszystkim desperacja oraz strach przed tym, że zawiedzie nadzieje swojego nieżyjącego już ojca, który w pocie czoła harował, aby Buster mógł stanąć na czele własnego teatru. Również każdy z uczestników konkursu ma własne ambicje i motywacje, które wykraczają poza “chcę być sławny/sławna”. Dla świnki Rosity muzyka to odskocznia od życia kury domowej i codziennej rutyny zajmowania się dwudziestoma pięcioma prosiętami i mężem pracoholikiem. Ash to jeżozwierzyca, która dopiero co wyszła z toksycznego związku z chłopakiem, który traktował ją jak popychadło i negował jej umiejętności. Johnny jest gorylem, który próbuje się wyrwać z rodzinnego, gangsterskiego biznesu dzięki śpiewaniu. Jedyny (prawie) niereformowalny drań o niskich pobudkach to mysz Mike, który uwielbia muzykę Sinatry, a w konkursie bierze udział tylko dla kasy.

Zawsze przy filmach dla dzieci zwracam uwagę na to, jaki jest przekaz danej animacji. Biorąc pod uwagę, że Sing opiera się na formule talent show, obawiałem się, że film będzie karmił manię sławy i celebryctwa, co za wielką wodą przyniosło takie patologie, jak konkursy piękności dla kilkuletnich dziewczynek. Na szczęście moje obawy okazały się bezpodstawne: dla większości bohaterów nagroda finansowa miała drugorzędne znaczenie, najważniejsza była radość ze śpiewania.

Żaden wątek - ani główny, ani poboczne - nie jest sam w sobie porywający. Jednak dzięki naturalności i wiarygodności bohaterów te proste historie potrafią przykuć widza do ekranu. Ponadto wszystkie wątki ciągle się przeplatają, co sprawia, że widza zmęczy zbyt długi czas skupiony na pojedynczej postaci. Jest to też ważne w wypadku filmu dla dzieci, który ma aż 110 minut - myślę, że pięciolatek mógłby mieć problem z wysiedzeniem na tak długim filmie, który by się skupiał tylko na jednym wątku. Jest to spory krok do przodu w porównaniu z Sekretnym życiem zwierzaków domowych, gdzie bohaterowie drugoplanowi oraz ich historie zostały potraktowane po macoszemu. Przy wtórnym wątku głównym i niedopracowanych historiach pobocznych na Sekretnym życiu… momentami się nudziłem i spoglądałem na zegarek, czekając na koniec seansu. Na Sing z kolei nie ma niebezpieczeństwa, że rodzice będą przysypiać, a dzieci z nudów zaczną rzucać popcornem w innych widzów.

Mieszane uczucia wzbudza we mnie dubbing. Disney przyzwyczaił nas do tego, że piosenki w animacjach są śpiewane w po polsku. W Sing jednak zwierzaki nie mogą się zdecydować, którego języka mają używać - część utworów jest wykonywana po polsku, część zaś pozostaje w oryginale. Nie spodziewałem się oczywiście, że wszystkie zostaną przetłumaczone - w filmie pojawia się aż 80 (sic!) utworów, z czego wiele przez tylko kilka sekund. Sądzę, że dobrym kompromisem byłoby, aby przetłumaczono przynajmniej piosenki wykonywane przez głównych bohaterów.

Być może jest to jednak tylko czepialstwo z mojej strony. Dzieci na sali nie wydawały się być w najmniejszych stopniu rozczarowane pojawieniem się w filmie obcego języka. Wręcz przeciwnie - najmłodsi widzowie wychodząc z kina byli dosłownie roztańczeni. Sing skutecznie zaraża pozytywną energią, co szczególnie się przyda, kiedy na zewnątrz straszy chłód i smog. Nie jest to film z wielkimi ambicjami, ale z zadania dostarczenia bezpretensjonalnej rozrywki dla widzów w każdym wieku wywiązuje się na piątkę z plusem.

Najnowsze
Lubisz nas?