Street Fighter – recenzja filmu. Nostalgia nokautuje logikę

Radosław Krajewski
2026/10/16 20:00
0
0

Ekranizacja kultowej serii bijatyk od Capcomu zadebiutowała w kinach. Oceniamy, czy to lepszy film od ostatniego Mortal Kombat.

Kolejny krwawy turniej

Dzisiaj już mało kto o tym tworze lat 90. pamięta, ale w 1994 roku Street Fighter doczekał się filmowej adaptacji. Produkcja z Jean-Claude Van Dammem luźno podchodziła do materiału źródłowego, częściej wykorzystując znane z serii Capcomu nazwy i postacie, niż próbując stworzyć historię wokół jakiegokolwiek motywu bijatyki. Gdzieś tam po drodze był jeszcze fatalny Street Fighter: Legenda Chun-Li, który przeszedł bez większego echa, zaliczając ogromną finansową porażkę. Najnowsza ekranizacja miała to zmienić i podobnie jak ostatnie dwie filmowe części Mortal Kombat, postawić na wierność kultowej marce. Street Fighter na tym polu wypada nie wypada aż tak tragicznie, o ile nie ma się zbyt wygórowanych oczekiwań. To banalnie prosta, kampowa produkcja, która jest równie głupia, jak i miejscami zabawna. Niestety twórcy popełnili sporo błędów, chcąc upchać do jednego filmu zbyt wiele, przez co czasami sama nostalgia i uwielbienie serii Capcomu może nie wystarczyć.

Street Fighter
Street Fighter

Historia rozpoczyna się w 1993 roku, kiedy Lord M. Bison (David Dastmalchian), bezwzględny przywódcza przestępczego państwa, organizuje kolejny światowy turniej dla wojowników. Jego prawdziwym celem nie jest wyłonienie najsilniejszych osób na planecie, ale zwabienie Ruy (Andrew Koji), niegdyś jednego z najlepszych fighterów. Po tragicznych wydarzeniach związanych z jego mistrzem Goukunem Ruy, porzucił rywalizację i próbuję nie dopuścić do uwolnienia swojej nadludzkiej energii, która mogłaby doprowadzić do prawdziwej zagłady. Tymczasem Ken Masters (Noah Centineo), jego dawny przyjaciel i sparingpartner, stał się wypaloną gwiazdą telewizyjnego reality show, desperacko próbując odzyskać dawną pozycję w świecie celebrytów. Kiedy drogi obu wojowników znów się przecinają, zostają wciągnięci w turniej, którego stawką jest znacznie więcej niż zwykłe zwycięstwo. Światowy Turniej Wojowników infiltruje również Chun-Li (Callina Liang), tajna agentka, pragnąca doprowadzić Bisona przed wymiar sprawiedliwości i ukarać go za śmierć swojego ojca. Wokół nich gromadzą się kolejni złaknieni zwycięstwa wojownicy, a każdy z nich posiada własne motywacje, aby wygrać turniej.

Nowa ekranizacja Street Fightera nie wstydzi się swojego rodowodu. Film nie próbuje sprowadzać świata znanego z serii bijatyk od Capcomu do realistycznych realiów, gdzie każdy przejaw nadnaturalnej mocy trzeba byłoby czymś wytłumaczyć. Wręcz przeciwnie i twórcy chętnie korzystają dobrodziejstwa marki, wykorzystując i prezentując jego elementy w aktorskiej wersji. Nikogo tutaj nie dziwi, że wojownicy potrafią wyprowadzać efektowne ataki, unikać zabójczych ciosów, czy też wykonywać niemożliwe akrobacje. Wszystko jest tutaj częścią widowiska i twórcy doskonale rozumieją, że odbieranie postaciom ich najważniejszych cech byłoby niewybaczalnym błędem. Street Fighter ma więc wiele wspólnego z anime, a nawet aktorskimi adaptacjami japońskich animacji, na czele z One Piece, gdzie nadprzyrodzone elementy wpisane są w konwencje filmu. Ten film wymaga więc zaakceptowanie takiej stylistyki, aby dobrze się na nim bawić. W zamian produkcja odwdzięcza się energią, której brakuje wielu innym ekranizacjom gier, które nadmiernie próbują komplikować przeniesienie wirtualnego świata do bardziej realistycznych realiów.

Wisienką na torcie nowego filmowego Street Fightera są rzecz jasna pojedynku. Kitao Sakurai potrafi wykorzystać przestrzeń, jak i dynamikę ruchu oraz charakterystyczne techniki bohaterów znane z gier, aby walki były efektowne i widowiskowe, a jednocześnie na tyle czytelne, że nie wywołują chaosu i można się nimi w pełni cieszyć. Nie brakuje w tym wszystkim spowolnionego tempa, czy podkręcania montażem, a przede wszystkim dźwiękiem i efektami specjalnymi siły ciosów, kopnięć, czy specjalnych ataków. Świetnie wypada choreografia walk, która wykorzystuje charakterystyczne style walk każdego z wojowników z serii Capcomu. Nawet po samych ruchach wiadomo, jakiego bohatera aktualnie oglądamy na ekranie.

Street Fighter
Street Fighter

Na osobne uznanie zasługują ręcznie animowane retrospekcje, które przedstawiają przeszłość Ryu i Kena. To prawdziwy hołd dla japońskiej klasycznej animacji, który nie tylko ładnie wygląda, ale również służy do jeszcze większej zabawy konwencją. Aż szkoda, że cały film nie powstał w tym stylu. Dzięki tym scenom Street Fighter zyskuje własną tożsamość, a sekwencje akcji potrafią przypominać oglądanie prawdziwego pojedynku na ekranie automatu, czy monitora. I właśnie wtedy film jest najlepszy, gdy koncentruje się na tym, co gracze znają i lubią. Dlatego twórcy regularnie puszczają oko w stronę fanów, aby mogli rozpoznać kolejną ukrytą niespodziankę, czy nawiązanie do gier lub historii poszczególnych postaci. Jest tego sporo, ale w żadnym momencie nie przysłania to właściwej historii, dzięki czemu nie ma się wrażenia fanserwisu dla samego zadowolenia graczy, jak ma to miejsce w wielu innych ekranizacjach.

Przesada nie służy nawet fighterom

Problem pojawia się jednak wtedy, gdy wszystkie te atrakcje trzeba połączyć w jedną, wspólną i co istotne spójną opowieść. Twórcy próbują w historii jednocześnie rozwijać relację Ryu i Kena, jak również pokazać zemstę Chun-Li, wprowadzić innych istotnych bohaterów, jak Akumę, a przy okazji prowadzić turniej. W rezultacie niektóre postacie nie otrzymają wystarczająco wiele czasu, aby jakkolwiek się zaznaczyć i dać poznać widzom. Wątki poboczne bywają więc urywane w najmniej odpowiednich momentach, a twórcom nie udaje się płynnie przechodzić między jedną częścią historii a drugą. Do tego historia jest mocno przewidywalna i brakuje w niej jakiegokolwiek zaskoczenia. Dodatkowo humor nie zawsze działa jak należy. Jest go sporo i część żartów trafia idealnie, inne są skierowane do grupy graczy, ale nie brakuje również bardziej żenujących. Jest tu dużo samoświadomego kiczu i przesady, ale niektóre gagi ciągną się w nieskończoność, aż zaczynają irytować. Kiepsko wypada również emocjonalny ciężar historii Ruy i Kena. Film próbuje opowiadać o przyjaźni, winie, odkupieniu, czy odnajdywaniu własnej drogi, ale rzadko kiedy daje tym motywom odpowiednio wybrzmieć.

Street Fighter
Street Fighter

GramTV przedstawia:

Twórcy nie do końca poradzili sobie również z zakończeniem. Street Fighter próbuje rozpocząć serię filmową, w czym nie ma nic złego, ale nie wszystkie istotne wątki zostały zamknięte już w tej historii. Finałowi brakuje odpowiedniej klamry, bo chociaż ostatni pojedynek jest widowiskowy, tak całość nie przynosi więkeszej satysfakcji. Niektóre konflikty i obecność ważniejszych postaci sugeruje znacznie większą i bardziej spektakularną historię, ale twórcy wolą już teraz przygotowywać grunt pod ewentualne kontynuacje. Otwarte zakończenie obiecuje więc wiele, ale nie ma pewności, że Sakuraiowi i reszcie będzie dane jeszcze raz poprowadzić tych bohaterów w kolejnych filmach.

Pod względem aktorskim Street Fighter ma do zaoferowania cały przekrój. Od naprawdę niezłej roli Noaha Centineo, który wciela się w Kena, po przeciętne role, jak Jason Momoa w roli Blanki, po te najmniej udane, jak Erica André jako Dona Sauvage’a. Nieźle spisuje się za to Andrew Koji jako Ryu, który buduje swoją postać na wewnętrznym rozdarciu, czy też Callina Lian, która świetna jest w roli Chun-Li. Fatalny jest za to David Dastmalchian, jako M.Bison, który tworzy przerysowaną, przeszarżowaną postać, jakby został wyjęty wprost z kina klasy C sprzed 30 albo nawet 40 kat. Warto pochwalić także Cody’ego Rhodesa jako Guile, który potrafi skraść niejedną scenę.

Street Fighter to mająca spore problemy ekranizacja, która chce spełnić marzenia fanów, jednocześnie zachęcić do serii nowe osoby, a przy okazji rozbudować uniwersum, kładąc podwaliny pod kontynuacje. Wychodzi to z mieszanym skutkiem, ale sercem filmu są świetnie zainscenizowane i efektowne walki, w których jest więcej energii i dynamiki, niż w tych z obu części Mortal Kombat. Jeżeli do Street Fightera podejdzie się bez większych oczekiwań, jako zwykły rozrywkowy popcorniak, jak najbardziej można się przy filmie dobrze bawić.

4,0
Street Fighter to przeciętna ekranizacja, choć niepozbawiona plusów, to jednak mająca tak wiele różnych mniejszych i większych problemów.
Plusy
  • Dynamiczne, widowiskowe sceny walk
  • Masa nawiązań do serii Capcomu, które na szczęście nie są prostym fanserwisem
  • Świetnie wyglądające animowane sceny retrospekcji
  • Dużo niezłego humoru
  • Andrew Koji, Noah Centineo i Callina Liang w głównych rolach
Minusy
  • Zbyt wielu bohaterów, przez co niektórzy zaliczają tylko krótkie epizody
  • Emocjonalna historia Ryu i Kena nie wybrzmiewa emocjonalnie
  • Spora część postaci jest niewykorzystana
  • Za dużo wątków
  • Niektóre żarty są żenujące
  • Kiepskie niektóre role, na czele z Eric'iem André
  • Finał pozostawia niedosyt
  • Fatalny David Dastmalchian
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!