Wracamy na Enterprise. Na SkyShowtime udostępniono czwarty sezon najnowszej produkcji kultowego uniwersum science fiction. Sprawdzamy, jakie tym razem rejony galaktyki dane nam było zwiedzić.
Jeśli popatrzymy na kondycję serii Star Trek, wspierając się porównaniem do tego, co dzieje się u konkurencji – w świecie Gwiezdnych wojen – wydaje się, że Kurtzman i Goldsman nie mają się jeszcze czego wstydzić. W Star Treku jest podobnie, czyli zmiennie. Obie marki wpadły do kosmicznej czarnej dziury. To oznacza, że fani nie mogą już być pewni tego, czego spodziewać się po twórcach i jaki będzie ich kolejny ruch. Przebłyski geniuszu i świeżości mieszają się z partactwem, udowadniając tym samym, że tyle, ile gwiazd na nocnym niebie, tyle kolejnych pomysłów na to, by przywrócić świeżość danej marce.
Na początku roku marka Star Treka zaliczyła wizerunkowe trzęsienie ziemi za sprawą premiery Akademii Gwiezdnej Floty. To miała być nowa jakość. Nie udało się. Serial zebrał fatalne opinie, a jego negatywny oddźwięk rozpoczął się jeszcze przed premierą – fani wieszali psy już na zwiastunach, nie chcąc Star Treka w stylu Beverly Hills 90210. Na tym tle Nieznane nowe światy wypadały korzystnie, a powrót serialu w czwartym sezonie miał stanowić powrót do jakościowej, kosmicznej przygody, czyli tego, za co Star Trek jest od tylu lat uwielbiany.
Star Trek: Nieznane nowe światy
Prequel głównej serii. Już drugi
To miał być pewniak. Wszak recenzje na Rotten Tomatoes z czterech sezonów zgodnie sugerują, że Nieznane nowe światy to najlepszy Star Trek od lat. Jestem właśnie po seansie czterech sezonów ciągiem. Zgodzę się ze stwierdzeniem, że dwa pierwsze sezony są wyjątkowe i dają sporo satysfakcji. Przy trzecim i czwartym sezonie stawiam jednak znak zapytania, wyrażający zmieszanie. Co tu się właściwie wydarzyło?
Przypomnijmy tym, którzy zgubili się w czasoprzestrzeni Star Treka. Nieznane nowe światy to prequel głównej, oryginalnej serii, w której śledziliśmy losy załogi Enterprise, dowodzonej przez Jamesa T. Kirka o twarzy Williama Shatnera i sekundującego mu Spocka w wykonaniu Leonarda Nimoya. Nim Kirk przejął stery w Enterprise, kapitanem był Christopher Pike. Tak się składa, że ci, którym umknął fakt przekazania pałeczki w oryginalnej serii, bo ma to miejsce już na samym jej początku, mogli poznać Pike’a w innym, prequelowym serialu – Star Trek: Discovery. Tamten serial, który okazał się wprowadzeniem nie tyle do głównej serii, co do serii poprzedzającej główną serię (wiem, można się pogubić), po początkowym wyrzucie pozytywnej energii z każdym kolejnym sezonem obniżał loty, po czym wylądował po pięciu sezonach, pozostawiając po sobie potworka w postaci pełnometrażowego spin-offu Star Trek: Sekcja 31.
Star Trek: Nieznane nowe światy
Mogło być gorzej?
Ale w Discovery był Pike, o twarzy Ansona Mounta, i twórcy słusznie uznali, że to element warty poprowadzenia w osobnej serii. Decyzja o powołaniu Nieznanych nowych światów była więc trafna – dostaliśmy w końcu coś esencjonalnego w obrębie marki, coś, co mocno utożsamia się z tym, co powołał Gene Roddenberry, a co da się już odczuć na etapie kapitalnej czołówki. A dalej jest jeszcze lepiej. Stylistycznie co prawda mamy ponownie zastosowany przepych utorowany przez Discovery, będący konsekwencją rebootu J.J. Abramsa, bo da się wyczuć, że twórcy niespecjalnie chcieli downgrade’ować technologię w imię retrospektywy, co akurat w przypadku tej serii wydaje się trafnym posunięciem. Scenografia i efekty specjalne tworzą wrażenie czegoś ponad to, co w nieco kiczowatym już kształcie zachowało się z lat 60. Nieznane nowe światy są więc miłe dla oka, wyraziste, sterylne – mniej kartonowe.
GramTV przedstawia:
Najwięcej dobrego zadziało się jednak w castingu. Pike i grający go Mount to lider z prawdziwego zdarzenia, za którym Star Trek wyraźnie tęsknił. Ale strzały w dziesiątke zaliczyli także Spock, Uhura, Scotty, La’an, M’Benga, Chapel czy pierwszy oficer – szczerze mówiąc, nie ma tu słabego ogniwa. Obsada zgrała się perfekcyjnie. Od pierwszego do ostatniego odcinka da się wyczuć, że niezależnie od tego, czy Enterprise wpada do scenariuszowej czarnej dziury, czy mija Obłok Magellana, lub niebezpiecznie zbliży się ku wrogiej planecie, zawsze da się wyczuć jedność, braterstwo i ewidentną radość gry. Chemia między postaciami, jaka udzieliła się dzięki zaangażowaniu aktorów, jest unikalna i daje tej produkcji spory atut. Celowo nie wyróżniam pochwał żadnego z aktorów z osobna – mam wrażenie, że wynik tego meczu zależał od gry drużyny, a nie pojedynczego napastnika.
Star Trek: Nieznane nowe światy
Pike to lider, za jakim Star Trek tęsknił
Trzeba jednak przyznać, że twórcy dali aktorom wyjątkowo trudne zadanie do wykonania w ostatnim sezonie. A i tak uważam, że wyszli z tego z twarzą. Jak już wspomniałem, czwarty sezon ma podobny ton do trzeciego, a wiąże się to z nagromadzeniem eksperymentów formalnych. Nieznane nowe światy, w zgodzie z duchem oryginalnej serii, dają nam odcinki w formie epizodycznej, czyli takie, które co do zasady mają zamknięte, odrębne historie, ale czasami niektóre łączą się w pary, przez co twórcy wracają do wybranych wątków. W Nieznanych nowych światach mamy więc kilka linii narracyjnych, do których twórcy powracają w czwartym sezonie. Obserwujemy więc kolejne etapy rozwoju relacji Spocka i Chapel, radzenie sobie La’an z genetycznym piętnem, a także drogę Uhury od kadetki do liderki oraz dążenie Pike’a do nieuchronnej przyszłości znanej z oryginalnej serii. Co ciekawe, ten ostatni wątek w czwartym sezonie niejako ustępuje miejsca historii Uhury, która wydaje się najważniejszą bohaterką tej odsłony. To jej poświęcony jest zresztą odcinek finałowy, który przywodzi na myśl nieco zapomniany już film science fiction Częstotliwość, z racji tego, że bohaterka nawiązuje łączność ze swoją przyszłą „sobą”.
Problemem, od którego wzroku odwracać się nie da, są jednak odcinki przeplatające się z tymi istotnymi fabularnie. Twórcy Nieznanych nowych światów musieli dosłownie zrozumieć tytuł serialu, uznając, że jest on po prawdzie zachętą do eksperymentów formalnych. Serial składa się z dziesięciu odcinków, a kilka z nich zdobyło wynik poniżej średniej 5,0 na IMDb, a kilka innych niewiele ponad tę średnią się wzniosło. To tylko pokazuje, że widzowie kompletnie nie kupili pomysłu, jakoby podróż przez kosmos była tu pretekstem do podróży przez gatunki. Dość powiedzieć, że jeden z najniżej ocenianych odcinków nakręcony został w melodramatycznej tonacji odpowiedniej dla telenoweli – z nagłymi najazdami kamery na twarze bohaterów wyrażającymi smutek lub zdziwienie. Inną „rewelacją” czwartego sezonu, którą osobiście z trudem udało mi się przełknąć, był odcinek ze Spockiem śniącym o Muppetach, jak żywo wyjętych z gabinetu Franka Oza. Trzeba dodać, że komedia wchodzi na plan tuż po tym, jak otrzymujemy od twórców jeden z najbardziej horrorowych odcinków w całej serii. Rozumiem potrzebę zabawy konwencją – diagnoza była dobra, ale zastosowana terapia jest jednak, delikatnie mówiąc, kontrowersyjna.
Star Trek: Nieznane nowe światy
Przyszłość, która nadejdzie
Jednym z tematów, który przewija się przez te dziesięć odcinków, jest przyszłość, która nadejdzie, nieuchronność przeznaczenia, relacja między tym, co było, a tym, co będzie. Mniej przy udziale naukowego żargonu, bardziej z wrażliwością bohaterów borykających się z dylematami jutra. Uhura uczy się przeżywania chwili obecnej, traktując ją jako tę jedną, na którą ma wpływ. Pike nie walczy już ze stratą, która go spotkała, coraz mniej rozmyśla o fatum, którego jest więźniem. W innym odcinku załoga po raz pierwszy cofa się do ery dinozaurów, jeszcze bardziej dając do zrozumienia, że człowiek jest częścią większego planu, wymykającego się czasem zasadom logiki, tak ważnym dla Spocka.
Tak się składa, że przyszłość Nieznanych nowych światów jest już znana. Serial zakończy się po piątym sezonie, który ma zadebiutować w przyszłym roku. Co dalej? Kolejny serial, tym razem z Kirkiem w roli głównej? Nie wykluczałbym takiej możliwości. Potencjału jest tu wciąż sporo, ale pytanie o tożsamość serii mimo wszystko powinno zostać ponownie postawione, bo mam wrażenie, że trochę się ten ostatni sezon rozlał – brakuje mu zwartej struktury, a twórców poniosła wyobraźnia. Nie zmienia to jednak faktu, że w Enterprise silnik jest na swoim miejscu i jest w dobrym stanie. Życzę sobie i innym fanom, by ta chwila turbulencji przerodziła się w finał, na jaki ta seria zasługuje.
5,5
Czwarty sezon ma swoje problemy, stąd taka, a nie inna ocena. Natomiast jeśli miałbym oceniać całość, to Nieznane nowe światy wciąż są dobrem dla uniwersum Star Treka
Plusy
Świetny casting, a praca aktorów, chemia między postaciami, jest wyborna
Oprawa wizualna - czysta, sterylna, bardzo „trekowa”
Plus za odcinek z dinozaurami…
i jeszcze większy plus za odcinek z Kirkiem podważającym decyzje admirała
Pomysł na rozwój postaci Uhury, która staje się łącznikiem starej i nowej serii - ciekawy
Minusy
Minus za odcinek z Muppetami
Minus za odcinek telenowelowy i inne żarty
Twórców ewidentnie poniosła wyobraźnia w tym sezonie. W końcu kosmos nie ma granic, prawda?
Jest też odcinek horrorowy, który, jakkolwiek ciekawy, także wydaje się zaburzać proporcje
Dziennikarz filmowy, krytyk. Lubi otwarte podejście do kina i popkultury. Fantastykę w każdej postaci przeplata seansami klasyki. Gdy akurat nie gra w Diablo 4, nie pogardzi dobrym komiksem i książką.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!