Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma – recenzja filmu. Czy slasher wciąż może być oryginalny?

Radosław Krajewski
2026/09/04 18:00
0
0

W kinach pojawił się nowy, oryginalny horror. Oceniamy, czy to nudna powtórka z rozgrywki, czy jest w tym jednak coś świeżego.

Coś więcej niż Krzyk

Obecny rok jest jednym z najlepszych pod względem horrorów. Otrzymaliśmy świetną Obsesję, intrygujące Backrooms, a nawet kolejna część Naznaczonego okazała się czymś lepszym, niż niemal wszystkie poprzednie odsłony. Fani kina grozy mają więc w czym wybierać i bogata oferta horrorów nie kończy się wyłącznie na tych najgłośniejszych produkcjach. Najlepszym tego przykładem jest Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma, czyli nowy film w reżyserii Jane Schoenbrun, która dwa lata temu zachwyciła niezależną scenę swoją produkcją zatytułowaną W blasku ekranu. Tym razem reżyserka proponuje nietypowy horror psychologiczny połączony z romansem i czarną komedią w konwencji slashera. Jeżeli więc nie macie uczulenia na kicz, tandetność, przesadę i nadmierną egzaltację, to warto wybrać się na tę podróż do Camp Miasma i zobaczyć, że nawet w takim podgatunku jak slasher można wciąż odkryć coś nowego i fascynującego.

Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma
Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma

Historia opowiada o Kris (Hannah Einbinder), młodej, queerowej reżyserce, która otrzymuje zadanie reaktywowania podupadłej serii horrorów zatytułowanej Camp Miasma. Oryginalny film z 1980 roku był tandetnym slasherem o tajemniczym mordercy, który powraca i zabija młodych uczestników obozu. Z biegiem lat franczyza doczekała się kolejnych części, a także licznych gadżetów, czy gier, aż w końcu wszyscy o niej zapomnieli. Kris jest jednak osobiście związana z pierwszą częścią, a to ze względu na jej ogromne wrażenia podczas oglądania filmu w dzieciństwie, przez które postanowiła kręcić filmy. Aby przygotować się do nowej wersji, kobieta odnajduje Billy Presley (Gillian Anderson), dawną gwiazdą oryginału i tzw. „final girl”, która od dawna żyje poza blaskiem fleszy. Reżyserka odwiedza Presley na terenie dawnego obozu, gdzie kręcono Camp Miasmę. Ich spotkanie szybko przestaje być zwykłą rozmową o remake’u, a granice między filmem a rzeczywistością zaczynają się zacierać. Na domiar złego pojawia się tajemniczy morderca, który ma własne plany wobec kobiet.

Najciekawsze w Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma jest to, że reżyserkę nie interesują mechanizmy i schematy doskonale znane ze slasherów. Film stawia w głównej mierze nie na horror, ale na emocje, które zostają dodatkowo podbite i miejscami rozładowane czarnym humorem. Dobrze to koresponduje z samą fikcyjną produkcją, która tam bardzo kocha główna bohaterka. Kris zdaje sobie sprawę, że Camp Miasma nie jest dobrym filmem, a że powstał ponad czterdzieści lat temu, nie brakuje w nim seksizmu, transfobii i innych nie do końca poprawnych politycznie treści. Jednocześnie to produkcja, która wyzwala w niej silne emocje, przez co traktuje ją osobiście. Właśnie dlatego tak świetnie działa pomysł filmu w filmie. Schoenbrun buduje fikcyjną historię horroru w tak przekonujący sposób, że łatwo jest uwierzyć, że Camp Miasma rzeczywiście istnieje. Duża w tym zasługa intra, które szczegółowo przedstawia historię martwej franczyzy. Jest w tym coś więcej niż żart z Piątku Trzynastego, czy kolejny metakomentarz do serii Krzyk.

Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma
Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma

W tym tkwi ogromna siła filmu, który nie próbuje być po prostu nowym Krzykiem, w którym bohaterowie komentują zasady rządzące horrorami i wyśmiewają wszelkie absurdy. Tutaj slasher nadal pozostaje kiczowaty, ale jednocześnie fascynujący. Nie brakuje więc brutalnych scen, które celowo są przesadzone, a miejscami nawet groteskowe i komiczne. To tutaj objawia się najlepszy humor, który nie zostaje sprowadzony do najprostszych żartów. Mimo wszystko sporo tu również intymności, a Schoenbrun zdaje się próbować zrozumieć, dlaczego ten gatunek od wielu lat zachwyca widzów i ma na nich tak silny wpływ, że nawet jego kiepscy przedstawiciele, mogą stać się kultowymi klasykami.

Definicja horrorowego szaleństwa

W filmie nie brakuje też wspomnianej miłości, a konkretniej sfery erotycznej. W swoim filmie reżyserka wyraźnie zaznacza, że klasyczne slashery od zawsze były związane z pożądaniem. Nie tylko ze względu na nastoletnią miłość bohaterów, ale również nagość i samą postać głównego antagonisty. Dlatego też w Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma duże znaczenie ma relacja Kris i Billy, która staje się ważniejsza od samego mordercy. Z jednej strony mamy więc legendę, która obecnie inaczej patrzy na swoją przeszłość, a z drugiej zafascynowaną młodą kobietę, która nie radzi sobie z własną seksualnością i emocjami. Ich wspólne rozmowy szybko przechodzą z tego, czym ma stać się remake horroru, do istotniejszych rzeczy, czyli próby odtworzenia tamtych emocji, dzięki którym Camp Miasma stała się tak istotnym dziełem dla obu bohaterek. Co istotne, reżyserka nie podaje tego w zwyczajny sposób, ale z każdą kolejną sceną rzeczywistość coraz mocniej się rozpada. Retrospekcje mieszają się z fragmentami fikcyjnego filmu, wyobrażenia ze wspomnieniami. Są tu więc echa filmów Davida Lyncha, czy Davida Cronenberga. Schoenbrun ich jednak nie cytuje, ale próbuje zbudować na znanych motywach coś własnego. W efekcie nie brakuje scen, które są zabawne, przerażające, erotyczne, ale i niepokojące. Filmowi udaje się zachować odpowiednią równowagę żonglowania tak różnymi tonami i stylami aż do samego końca.

Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma
Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma

GramTV przedstawia:

Niestety przez to wszystko Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma cierpi na nadmiar wątków, pomysłów i podejmowanych tematów. Nie każdy motyw, czy żart ma na tyle dużo miejsca, aby móc odpowiednio wybrzmieć i zaznaczyć się w tej historii. Tym bardziej że jest tu sporo metakomentarzy dotyczących branży filmowej i przede wszystkim horrorów, że można szybko poczuć przesyt tym wszystkim. Problemem może być też sama warstwa kina grozy, która ustępuje czarnej komedii. Chociaż jest tu sporo ze slasherów, trupów nie brakuje, podobnie jak krwi, ale filmowi brakuje właściwej akcji. To nie jest komediowy horror w stylu Krzyku, w którym wciąż na końcu chodzi o rozwiązanie zagadki kto zabija i dlaczego. Reżyserka świadomie tworzy historię bardziej refleksyjną niż rozrywkową, która wciąż jest atrakcyjna dla widza, ze względu na te wszystkie odniesienia, metafory i zabawne komentarze.

Film potrafi oczarować również wizualnie. Schoenbrun wykorzystała filtr niczym ze starego, zużytego VHS-u, nadając całości odpowiedniej estetyki, a w połączeniu z campową scenografią, może się to podobać. Rzecz jasna nie ma w tym nic unikatowego i podobne filmy już w przeszłości powstawałby, ba, nawet jej poprzedni film, czyli W blasku ekranu wykorzystywało podobną stylistykę. Mimo wszystko w najnowszym dziele zostało to jeszcze bardziej dopracowane i kolory są intensywne, scenografie sztuczne, a całość miejscami przypomina plan filmowy niż plenery. W tej sztuczności jest jednak metoda, która działa, nadając odpowiedniej atmosfery.

Produkcja nie zawodzi również aktorsko. Hannah Einbinder świetnie wykorzystuje nerwowość i zagubienie swojej postaci, tworząc bohaterkę, która jednocześnie jest inteligentna, ale i zdystansowana od własnych emocji. Jeszcze lepiej wypada Gillian Anderson jako Billy, która często przesadza w swojej roli, ale to pasuje do charakteru tej postaci. To bohaterka, która potrafi w jednej scenie rozbawić, aby w następnej wzruszyć, czy wytworzyć atmosferę zaniepokojenia strachu. Co istotne, czuć chemię między tymi aktorkami, na czym film jedynie zyskuje.

Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma to film, który dalece wykracza poza ramy slashera, czy horroru jako takiego. Jest w tym sporo świeżości i oryginalności, nawet jeżeli pewne odwołania są jasne, a w zasadzie główny punkt wyjścia to nieco inaczej ujęty motyw znany z serii Krzyk. Reżyserka wiedziała jednak jak wyróżnić swoją produkcję i jest w tym równie dużo humoru, co horroru, ale przede wszystkim romansu i przyjemnej melancholii. To odważny, eksperymentalny ruch, który się opłacił i dostaliśmy jeden z najlepszych horrorów tego roku obok Obsesji.

8,0
Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma to pomysłowy, pełen czarnego humoru, ale i niezłych scen gore hołd dla slasherów, który pomimo kiczu i surrealizmu, potrafi zaskoczyć szczerą historią o tożsamości i wpływie kina na nasze życie.
Plusy
  • Oryginalne i świeże podejście do gatunku
  • Dobrze wykorzystuje schematy znane z serii Krzyk
  • Inteligentny komentarz dotyczący horrorów i branży filmowej
  • Odważna, często surrealistyczna forma i stylistyka
  • Udane połączenie kina grozy i humoru ze szczyptą erotyki
  • Świetna chemia między głównymi aktorkami
Minusy
  • Momentami bywa zbyt rozwleczony
  • Ma na siebie za dużo pomysłów, przez co niektóre gubią się w tym natłoku
  • Część dialogów brzmi sztucznie
  • To zdecydowanie nie jest typowy slasher, więc część widzów może się od filmu szybko odbić
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!