W 2017 roku wydawało się, że to koniec legendarnego Linkin Park, ale kilka lat później życie dało muzykom drugą szansę, którą w pełni wykorzystali.
Do kin trafił film dokumentalny Linkin Park: Unshatter, którego reżyserem jest DJ zespołu, Joe Hahn. Jako, że chciałem się w pełni zaskoczyć tym co zobaczę, poza samą zapowiedzią, kompletnie ignorowałem wszelkie informacje odnośnie tej produkcji. To co jednak zobaczyłem w kinie, bardzo mnie poruszyło i jednocześnie nieco zaskoczyło, bowiem poznanie krok po kroku całego procesu powrotu, potrafi dać do myślenia i spojrzeć na muzyków jak na ludzi, a nie tylko osoby, które dostarcząją fanom rozrywki.
Linkin Park: Unshatter
Film Linkin Park: Unshatter
Jako wieloletni fan zespołu, którego serce radowało się wraz z pierwszymi dźwiękami wydobywanymi przez Chestera Benningtona, powrót Linkin Park z nową wokalistką był dla mnie niezwykle ekscytujący. Przyznaję, że choć Emily Armstrong śpiewa fantastycznie, to jednak nie jestem w stanie poczuć dokładnie tych samych emocji, ale obecna twórczość nadal mnie porusza i jestem w stanie dobrze bawić się przy nowej muzyce. Po seansie patrzę na to wszystko jeszcze nieco inaczej, bowiem film Linkin Park: Unshatter bardzo dosadnie wyjaśnia dlaczego ten powrót był potrzebny nie tyle nam, fanom, co samym muzykom, kompletnie rozbitym po śmierci Chestera.
Oficjalnie nie potwierdzono czy film trafi kiedyś do szerszej dystrybucji, być może w formie DVD lub na jakąś platformę streamingową, ale mimo wszystko postaram się unikać jakiś mocnych spoilerów, choć pewnie o kilka momentów będę musiał zahaczyć. Niemniej fanom polecam zobaczyć ten film w przyszłości jeśli tylko pojawi się taka możliwość.
Linkin Park: Unshatter to obraz pełen różnych, często skrajnych emocji. Potrafi rozbawić, zachować powagę, przyciągnąć uwagę ciekawostkami, ale również wzruszyć i wywołać dziwne poczucie ciężaru oraz przygnębienia. To co jednak udało się osiągnąć reżyserowi to bardzo dobry balans między tym wszystkim. To nie jest film w którym najpierw opłakujemy Chestera, a później jest już tylko lepiej. Produkcja pokazała, że na przestrzeni tych kilku lat przerwy, życie muzyków było nieustanną sinusoidą, która przynosiła czasem lepsze, a czasem gorsze momenty – samo życie. Rzecz w tym, że materiał uderzał w różne tony emocjonalne w bardzo płynny sposób, zamiast przykładowo uderzać w widza nagłą zmianą sceny z radosnej do niesamowicie smutnej. Podobało mi się również, że zespół wyraźnie podkreślił, że Linkin Park z Emily i Colinem to po prostu nowy etap z DNA zespołu, a nie próba zastąpienia czegoś co fani kochali do tej pory. Stąd też brak zmiany nazwy. Mike stwierdził, że zarówno nagrywany materiał jak i atmosfera w zespole były tak zbliżone do tego co znali sprzed kilku lat, że byłoby zupełnie bezsensownym wyzbycie się tego dziedzictwa. To wciąż w nich było, w nowej, nieco odmienionej wersji, ale jednak.
Linkin Park
W tej sytuacji film skupił się głównie na tym co działo się z muzykami zaraz po śmierci Chestera, a następnie później gdy poczuli, że chcą wrócić do tego co kochali i zaczęli tworzyć nowy materiał (jednak nie wszyscy, bowiem perkusista Rob Bourdon wolał odpuścić, a z kolei gitarzysta Brad Delson powrócił połowicznie, tworząc jedynie nowy materiał w studiu, jednocześnie odpuszczając koncertowanie). Z filmu możemy się dowiedzieć, że cały proces trwał długo i wiele momentów było trudnych. Nie wszyscy byli od razu chętni do tworzenia nowej muzyki, nie do końca potrafili się za to zabrać, a nawet nie wiedzieli dokąd ich to zaprowadzi. To nie było coś na zasadzie: „spiknijmy się znowu razem i nagrajmy nowy album”. To były lata rozmów, rzucania pomysłami, próbami robienia czegoś bez konkretnego planu. Jak sami muzycy przyznali, wszystko zaczęło nabierać rumieńców z czasem, gdy okazywało się, że to co próbują robić przynosi jakieś efekty, że zaczynają tworzyć i jednocześnie znów czerpać z tego radość. Film dał mi do zrozumienia, że dla części starej ekipy był to pewien rodzaj terapii po ogromnej stracie, która jak dziś możemy przypuszczać, okazała się skuteczna.
Z czasem zespół się powiększał. Do ekipy dołączył Colin Brittain, który objął perkusję, Alex Feder, który dzierży gitarę na koncertach i oczywiście Emily Armstrong, która została nową wokalistką zespołu. Film bardzo mocno podkreślił przypadek Emily i chyba nie ma w tym nic dziwnego, bowiem jest on niezwykle ciekawy i jednocześnie wywołuje bardzo wiele emocji wśród fanów. Wejść w buty kogoś takiego jak Chester Bennington to nie łatwe zadanie, można by nawet powiedzieć, że niewykonalne. Gdyby Linkin Park zdecydowało się na mężczyznę, to pewnie ten nie miałby życia. W przypadku kobiecego głosu jest o tyle łatwiej, że jednak trudno je ze sobą zestawić na równi. To czego dokonała Emily jest jednak czymś godnym podziwu. Wokalistka wniosła do zespołu energię podobną do tej, która wnosił Chester, a której tak bardzo zespół potrzebował, o czym wspomniał Mike. Faktycznie, wiele ujęć filmu pokazuje ją jaką tą szaloną, zawsze gotową do robienia zwariowanych rzeczy, a jednocześnie bardzo profesjonalną, gdy wymaga tego sytuacja.
Linkin Park
GramTV przedstawia:
Sama wokalistka doskonale zdawała sobie sprawę z tego w jakiej sytuacji się znajduje. Wiedziała, że wyzwanie jakie przed nią stoi jest ogromne i do samego końca trudno było jej sobie z tym poradzić, czasem wręcz ją to przerażało. Co więcej, wcale nie było łatwo wstrzelić się jej w stary materiał Linkin Park. Z filmu dowiadujemy się, że Emily musiała włożyć naprawdę wiele pracy w to, aby dać radę śpiewać utwory z którymi bezproblemowo radził sobie Chester. Walka z tym tematem trwała miesiącami, a muzycy sprawdzali w jakich obszarach można jej pomóc choćby zmieniając jakieś detale lub kombinując z tempem i tonacją utworów. Dziś wiemy, że Emily świetnie radzi sobie ze starymi utworami, choć nadal można poczuć, że z tymi nowymi, napisanymi już pod jej wokal, radzi sobie jeszcze lepiej. To czuć i pewnie się to nie zmieni, ale szanuję ją za to, z resztą jak cały zespół, że nie odcięli się od swoich hitów sprzed lat, tylko wytrwale walczyli o to, aby całe dziedzictwo mogłoby być przekazywane dalej, ale także o to, aby zadowolić starych fanów jak i nowych, którzy pojawili się po premierze płyty „From Zero”.
Przez cały film zobaczyłem wyboistą drogę muzyków, którzy próbowali się pozbierać po śmierci ich przyjaciela i zawieszeniu działalności Linkin Park. Zobaczyłem perspektywę każdego z nich, mogłem zrozumieć co czuli, jak sobie z tym radzili i co ich motywowało do powrotu. Następnie pokazano wiele nowych fragmentów ze studia z pracy nad nowym materiałem, kulisy całego procesu twórczego, aż dotarliśmy do tego najważniejszego momentu, czyli oficjalnego powrotu w 2024 roku. W całym tym czasie, film zrobił pewną fajną rzecz. Nie wiem czy zadziałałaby ona na kimś, kto nie jest fanem Linkin Park, ale podejrzewam, że wielu oglądających fanów miało podobnie. Przez cały seans czułem i utożsamiałem się z emocjami muzyków, stale odczuwając narastające napięcie przed ich pierwszym występem. Teraz najlepsze – gdy to się już wydarzyło, gdy zespół Linkin Park powrócił, gdy film pokazał, że z muzyków zeszło jakiś ciśnienie, że to się już wydarzyło, że mogą odetchnąć… poczułem dokładnie to samo. Nagle przeszyła mnie jakaś dziwna ulga, jakbym był w tym wszystkim razem z nimi tam na miejscu. To może być subiektywne odczucie, ale jeśli zamysłem reżysera było wciągnięcie widza w te emocje i przygody zespołu, to wielkie brawa – udało się.
Linkin Park
Oczywiście film dokumentalny o zespole muzycznym nie mógłby być pozbawiony – no właśnie – muzyki. Cały soundtrack bazował na utworach Linkin Park i zachwyciły mnie tu dwie rzeczy. Pierwsza jest dość oczywista, czyli słuchanie nagrań czy to studyjnych, czy to koncertowych na porządnych głośnikach kinowych. Fantastyczne doświadczenie. Mniej oczywista rzecz, to umiejętne zarządzanie melodią przez Joe przy produkcji filmu. Nie mamy tu nagłych przebitek z rozmów na jakąś akcję koncertową. Całość przeszywa się bardzo płynnie. Utwory zostały zaczynały się pod koniec wypowiedzi, by następnie bez zgrzytu przejąć pałeczkę i dać oddech widzowi. Co więcej, muzyka została odpowiednio dobrana do emocji przedstawianych przez aktualne sceny. Gdy miało być melancholijnie, wówczas tak było, gdy miało być żywiołowo to dostaliśmy potężnego kopa wokalu i gitar. Nawet cytaty utworów, które pojawiały się między rozdziałami niejako odzwierciedlały to o czym była mowa w danym momencie. Widziałem różne filmy dokumentalne o Linkin Park, ale ten zdecydowanie jest najlepiej poprowadzonym i zmontowanym. Całość jest niezwykle spójna na wielu płaszczyznach i tyczy się to także obrazu. Niektóre kadry są bardzo statyczne, zwłaszcza przy wypowiedziach, ale widać, że Joe chciał dodać dynamiki w pewnych miejscach dlatego nawet podczas dywagacji w studiu można było dostrzec, że DJ Linkin Park bawi się kamerą i stosuje różne ciekawe ujęcia i kadry w taki sposób, abyśmy nie patrzyli na kilka rozmawiających głów niczym na jakimś wykładzie w szkole. O fantastycznych ujęciach z miast i koncertów nie wspomnę.
Linkin Park
Dziś Linkin Park kontynuuje swoją muzyczną przygodę, ale nie jako „nowe Linkin Park”, tylko jako Linkin Park odnowione po przejściach. Świetnie podsumowali to Joe (DJ i reżyser filmu) oraz Brad (gitarzysta) mówiąc, że Linkin Park otrzymało rzadko spotykaną szansę wrócić do robienia czegoś z taką samą energią i radością, jaką mieli lata temu i w pełni to wykorzystują, będąc jednocześnie wdzięcznymi za tę możliwość. Z kolei samo Linkin Park zostało porównane do azjatyckiej sztuki renowacji stłuczonej porcelany, gdzie miejsca pęknięć pokrywa się złotem. Wszyscy wiemy, że dana waza jest po przejściach, ale znów nadaje się do użytku i nadal prezentuje się bardzo dobrze. W tej sytuacji tytuł filmu chyba nie mógł być bardziej trafny. To jest właśnie dzisiejsze Linkin Park. DNA zespołu i cały dorobek wciąż jest filarem rock bandu, ale ten w odnowionej wersji stara się nadal cieszyć życiem i tworzeniem dobrej muzyki, a ja im w tym z całego serca kibicuję.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!