Digger - recenzja filmu. Czyli jak nie pokochano nowego Doktora Strangelove'a

Łukasz M. Wiśniewski
2026/10/16 17:25
0
0

Digger, który miał być Doktorem Strangelove’em na nasze czasy, zalicza właśnie niewiarygodną porażkę finansową. Niezbyt zasłużoną.

Digger - recenzja filmu. Czyli jak nie pokochano nowego Doktora Strangelove'a

Obraz Doktor Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę odnosił się do społecznych lęków i realnych zagrożeń z lat 50. i 60. XX wieku (powstał w 1964, ale bazował na powieści Two Hours to Doom z 1958, później wydawanej jako… Red Alert). Ta zjadliwa, inteligentna satyra jest dziś uznawana za arcydzieło, całkiem niedawno w Londynie podjęto się kolejnej scenicznej jej interpretacji, jeszcze bardziej surrealistycznej od pierwowzoru. Oglądając Diggera, trudno się oprzeć wrażeniu, że Alejandro González Iñárritu był na West Endzie i widział rzeczone przedstawienie, nim dopiął ostatecznie swój projekt… Być może w przyszłości jego film dorobi się statusu dzieła kultowego, ale na pewno teraz, dziś, kona w tabelkach Excela i na salach kinowych (acz jeśli chodzi o zdanie widzów w serwisie IMDB, to z każdym dniem poprawia wynik, w tej chwili jest to już 7,5 na próbce 36 tysięcy oceniających). Czasy są inne, temat wywołuje emocje, ale oparte o spolaryzowane opinie, wydrążone głęboko w mediach społecznościowych i podpalane u szczytu przez niefrasobliwych koniunkturalnych polityków. Prawdziwe społeczeństwo pęka zaś na drobne kawałki, jak lodowiec trafiony ładunkiem MOAB.

W czasach, gdy masowy odbiorca oczekuje jasnego przekazu i deklaracji w formie barw klubowych, Alejandro González Iñárritu zaryzykował i przegrał. Sprytnie oszukał widownię za pomocą powyższego zwiastuna, bo pokazał w nim jedynie to, co w filmie Digger stanowi opowieść zagnieżdżoną. Niewątpliwie był to zabieg przemyślany, lecz w dzisiejszych spolaryzowanych czasach osoby, które chciały zobaczyć utwór o zdeprawowanym nafciarzu zmuszonym do ratowania świata, siłą rzeczy się wściekły. Może i coś im w głowach po tym zostanie, ale na pewno nikomu seansu nie poleciły. Widownia, która mogłaby wyjść zadowolona, bo reżyser mówi ich głosem, film zaś zignorowała. Należy się domyślać, że docelowymi odbiorcami dla tego obrazu są w gruncie rzeczy osoby doceniające znaczenie opowieści, mogące się zgodzić, że to rzecz, której społeczeństwo potrzebuje i będzie potrzebowało. Tu w zasadzie jest miejsce również dla krytyków filmowych, ale ci albo nie stanęli na wysokości zadania, albo szybko poczuli się urażeni panicznymi działaniami wytwórni, której ziemia zaczęła uciekać spod nóg pod ciężarem budżetu.

Przepłacony arthosuse

Z całą sympatią dla najnowszego projektu Iñárritu nie sposób nie zgodzić się z Johnnym Oleksinskim z New York Post, który stwierdził, że przy tym budżecie nie mówimy już o kinie typu arthouse a o art-mansion. A przecież jest to arthouse pełną gębą: nieliczne, czysto studyjne, plany zdjęciowe wykorzystywane do wielu scen. Wpisana w DNA gatunku teatralność, tu mająca znacznie większe – przez jakiś czas ukryte przed odbiorcami – znaczenie. Nastawienie na maksymalne wykorzystanie talentu aktorów, z główną gwiazdą niemal nieschodzącą z ekranu. Nawet dobór twórcy oprawy muzycznej jest z tego menu: Cosmo Sheldrake to utalentowany, niezależny twórca ignorujący zwyczajowe szufladki, praktycznie niezwiązany z kinem (jeden dokument na koncie), ale jego wrażliwość idealnie pasowała do Diggera. Takie filmy zwykle żyją swoim festiwalowym życiem, kolejne nagrody łatają niepewną sytuację budżetową, aż wreszcie jakiś gigant streamingu decyduje się dodać je do swojej biblioteki. Tu zaś mamy do czynienia z budżetem blockbustera. Budżetem, który nie do końca widać na ekranie, acz za sprawą genialnej pracy kamery (Emmanuel Lubezki po raz kolejny udowadnia, że jest artystą wybitnym) i ambitnego projektowania scen przez Iñárritu jest to film zdecydowanie kinowy, na małym ekranie sporo straci.

Przepłacony arthosuse, Digger - recenzja filmu. Czyli jak nie pokochano nowego Doktora Strangelove'a

Na wszystkich bogów arkuszy kalkulacyjnych, co się tu wydarzyło? Porównywalny budżet miała Supergirl, naładowana po brzegi efektami specjalnymi! Inny przykład z tej samej półki cenowej: Czas krwawego księżyca (Killers of the Flower Moon) to trzy i pół godziny scenografii odtwarzającej świat sprzed stulecia, z plenerami i również bardzo drogimi, pierwszoligowymi aktorami, a do tego kosztowną nauką języka Osedżów. Oba obrazy są tu przywołane także dlatego, że nie odrobiły w kinach kosztów produkcji, żaden jednak nie był aż taką porażką finansową. Gdzieś po drodze budżet Diggera się ewidentnie rozszczelnił i doszło do niebezpiecznego wycieku, który eksplodował reżyserowi i wytwórni z siłą grenlandzkich złóż metanu. Jasne, pewne rzeczy musiały tu kosztować: scenografia to dzieło sztuki, charakteryzacja jest z najwyższej półki, animatroniczny kot, czy choćby gaża Toma Cruise’a… ale w tej chwili mówi się, że dotąd wspominane jako górna część widełek 180 milionów dolarów (bez marketingu) to dane zaniżone!

Wielkie ambicje

Tom Cruise ewidentnie w projekcie się zakochał, w swoją rolę (na obu poziomach) wchodzi całym sobą, tworząc sceny nieraz monumentalne. Od czasów występu w Jajach w tropikach (Tropic Thunder) w 2008 roku nie stworzył postaci równie odrażającej – a trzeba przyznać, że jego Les Grossman w porównaniu z Diggerem Rockwellem wygląda na całkiem sympatycznego gościa… Przyjęta przez Iñárritu konwencja pozwala mu się po prostu wyszaleć, bez martwienia się o wiarygodność postaci nafciarza. Swoją drogą, odgrywanie zdeprawowanego bogacza to przecież odważna decyzja dla kogoś o jego statusie… Podobną odwagą wykazał się swego czasu Leonardo DiCaprio, wcielając się w Celebrity Woody’ego Aleena z 1998 roku w parodię samego siebie z owych czasów (i był to moment zwrotny w jego karierze, powrót do ról wielkich). Czyżby Cruise zdecydował się na coś, co wygląda na misję niemożliwą, czyli odczarowanie wizerunku za pomocą autoironii? O ile był wstrzemięźliwy w ustalaniu gaży, może to się nawet częściowo udać.

Wielkie ambicje, Digger - recenzja filmu. Czyli jak nie pokochano nowego Doktora Strangelove'a

Oceniając ten film, nie sposób jednak nie zauważyć, że mimo całego tego publicystyczno-satyrycznego zacięcia Alejandro González Iñárritu dostarczył film nieco słabszy, niżbyśmy tego oczekiwali od kogoś, kto debiutował Amores Perros i potem zawsze uderzał mocno i głęboko w emocje. Opowieść o bogaczu nafciarzu (ewidentne odniesienia do dynastii naftowych odgrywajacych ważną rolę w tożsamości Amerykanów) mającym taki wpływ na światową politykę, że narady gabinetu prezydenta USA odbywają się w jego salonie, a decyzje kosztujące potencjalnie miliony istnień ludzkich pozostawiane są jego ocenie... To nie jest przecież jakiś dynamit, w zasadzie zaledwie spokojna obserwacja rzeczywistości, w jakiej przyszło nam żyć. Komentarz o tym, jak pogoń za doraźnym zyskiem dla korporacji i rządów, przy ignorowaniu opinii ekspertów z danych dziedzin, może doprowadzić do globalnej katastrofy i obniżenia jakości życia ogółu… No spóźnił się pan trochę, panie reżyserze. Tak, wiem, chciał pan to nam opowiedzieć już od dekady, a po drodze pierwowzór Diggera został wyrzucony do kosza przez platformę Netflix, ale efekt końcowy jest taki, że zamiast przestrzegać, mógł już tylko pan skomentować. Celnie, ale pierwotny efekt zaprzepaściła rzeczywistość niemalże równie absurdalna jak scenariusz.

GramTV przedstawia:

Przykład? Prezydent USA, bynajmniej nie filmowy Compson (John Goodman), zapowiedział własnie rozpoczęcie szeroko zakrojonych poszukiwań ropy i gazu na Grenlandii, podkreślając znaczenie wyspy dla bezpieczeństwa USA i Europy... Tymczasem rząd Grenlandii od 2021 roku nie wydaje nowych koncesji, a dysponująca już zezwoleniem na wydobycie ropy na wschodnim wybrzeżu wyspy amerykańska spółka Greenland Energy wciąż nie rozpoczęła odwiertów. Pierwsze prace są opóźnione z powodu braku ostatecznych zgód ze strony władz grenlandzkich. Zapowiedzi spotkały się ze sprzeciwem mieszkańców osady Ittoqqortoormiit, znajdującej się w pobliżu obszaru, gdzie ma działać Greenland Energy. I jak tu uważać, że satyra nie oddaje realiów świata? Oferuje nam śmiech przez łzy.

Wystawny spektakl

Co pozostało mocne i ważne, to element, o którym trudno pisać w recenzji, ale przecież już zostało wspomniane oszustwo reżysera, więc spróbujmy to ująć ostrożnie… Niezależnie od tego, co dzieje się z nami jako ludzkością i społeczeństwem, jak paskudnie nie zaliczymy mordą w trociny, będziemy potrzebować sztuki, czy to dramatu, czy to komedii, czy ich umiejętnego połączenia (a takie połączenie stanowi właśnie Digger). Odkąd zaczęliśmy tworzyć pierwsze społeczności, teatr towarzyszy nam nieprzerwanie. Technologiczne rewolucje dały nam filmy, ale deski teatrów od tego nie zbutwiały. Zresztą, by zobaczyć wspomniany wcześniej spektakl Dr Strangelove, nie trzeba było wcale jechać do Londynu – zobaczył go w kinach cały świat za sprawą inicjatywy National Theatre Live… Pewne jest, że nawet jeśli kino zostanie pogrzebane pod gruzami cywilizacji, teatr dalej będzie z nami. Alejandro González Iñárritu słusznie zauważa, że dla części widzów pozostanie plebejską rozrywką, dla innych metodą przepracowania traumy, a niektóre osoby mogą za jego sprawą przejść pełne katharsis.

Wystawny spektakl, Digger - recenzja filmu. Czyli jak nie pokochano nowego Doktora Strangelove'a

Może już trochę się domyślacie, na czym polega mistyfikacja o nazwie Digger, choć starałem się być bardzo ostrożny, formułując zdania tak, by osoby, które film widziały, mogły pokiwać ze zrozumieniem głową. Mam też nadzieję, że po przeczytaniu tej recenzji-rozprawki przynajmniej kilka osób pójdzie do kina, by sprawdzić, o co mi w zasadzie chodziło. Ponownie: Iñárritu miał mocniejsze chwile twórcze, ale to dalej film, po którym można toczyć dyskusje, bo warstwy meta jest tu naprawdę sporo. W sumie cały ten tekst powstał w wyniku takich rozmów i rozbijania dzieła na czynniki pierwsze… A dla osób, które twierdzą, że część przesłania jest odbiorcom serwowana za pomocą łopaty: hej, ta łopata jest na ekranie fizycznie obecna od pierwszych scen!

7,7
Świetne widowisko z nie do końca wytłumaczalnym budżetem i częściowo spóźnionym przesłaniem
Plusy
  • ambitny meta-projekt
  • dopieszczone detale
  • ważny głos o znaczeniu kultury, zwłaszcza teatru
  • Tom Cruise w najwyższej formie
  • groteska i satyra wysokiej próby
Minusy
  • serio: na co poszło aż tyle dolarów?
  • w kilku miejscach zabrakło nożyczek monterskich
  • niestety czas zdezaktualizował jedno z ostrzeżeń
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!