Popkultura

Poprzez sztukę zmieniać świat – recenzja filmu Tolkien

Joanna Kułakowska, 06.06.2019 15:15 0

Filmowa biografia J.R.R. Tolkiena to poetycka wizja reżysera na temat młodości autora Hobbita i Władcy Pierścieni oraz wpływu przeżyć na jego twórczość.

Wielcy pisarze i pisarki nie urodzili się wielcy – byli „zwykłymi-niezwykłymi” dzieciakami, które charakteryzowały się wrażliwością i nietuzinkową wyobraźnią, chciały zajmować się tym, co kochają, chłonęły świat ze wszystkich sił i w pewnej chwili postanowiły odcisnąć w nim trwały ślad. Fiński reżyser Dome Karukoski uwypukla te kwestie, konstruując swój portret młodocianego Ronalda (jak zwał Tolkiena krąg najbliższych), a przy okazji również szkice jego przyjaciół i wybranki serca. Znamienne jest to, że Tolkien raczej dystansował się od pomysłów, że jego twórczość należy percypować przez pryzmat historii życia, Karukoski zaś otwarcie z tym polemizuje, a nawet forsuje tezę, że konkretne osobiste doświadczenia ukształtowały sporo motywów w dziełach późniejszego słynnego profesora. Na dobrą sprawę ciężko uwierzyć, że to, czego doświadczamy ze strony świata, i to, jak kształtuje on naszą osobowość i plany, nie gra roli w związku ze światem przedstawionym w utworach własnego autorstwa, dlatego artystyczna dyskusja odnośnie do wpływu przeżyć Tolkiena na jego twórczość jest godna uwagi. A bohater niniejszej biografii miał za sobą niemało pięknych tudzież traumatycznych wydarzeń...

 

 

Na pierwszy ogień skojarzeń idzie Wielka Wojna. I wojna światowa – zapewne pierwsza w dziejach świata bezduszna machina totalnej zagłady – wypaliła piętno na całych społeczeństwach, a co dopiero na duszach tych, którzy z niej wrócili. Dome Karukoski wybrał ten wątek na oś swojej opowieści. Oglądamy głównego bohatera (Nicholas Hoult) jako oficera fizylierów trawionego okopową gorączką, który nie bacząc na swój stan, kierowany złymi przeczuciami i obsesyjnym pragnieniem poznania prawdy, rusza w drogę, by odnaleźć swojego przyjaciela Geoffreya Bacha Smitha. Przedziera się przez istne piekło i prawdopodobnie przypłaciłby ową wyprawę śmiercią, gdyby nie pomoc zatroskanego szeregowego Sama Hodgesa (Craig Roberts), który upiera się mu towarzyszyć niczym Samwise Gamgee Frodowi. W trakcie wędrówki wojenna sceneria i gorączkowe zwidy układają się w oniryczne obrazy, które miłośnikom i miłośniczkom Śródziemia nasuną na myśl sceny z dzieł J.R.R. Tolkiena. Stanowią one pretekst, aby powróciły wspomnienia. Generalnie podążamy nielinearną, anachroniczną opowieścią-rzeką, która płynie nieśpiesznie, odsłaniając „wysepki” – uznane przez reżysera za punkty kluczowe dla ukształtowania fascynacji Tolkiena i motywów, które objawią się w książkach. Oczywiście nieraz da się zakwestionować wierność biograficznym szczegółom, ale też twórcy – Dome Karukoski oraz scenarzyści David Gleeson i Stephen Beresford – wyraźnie dają do zrozumienia, że to ich wizja oraz ich interpretacja.

 

 

I tak widownia obserwuje sielską wieś, która przypomina Shire, a potem wymuszoną sytuacją materialną przeprowadzkę do miasta, którego krajobraz budzi skojarzenia z Mordorem. Widzimy bliską relację z matką (Laura Donnelly), postacią barwną, kobietą jak na tamte czasy nader nietypową – kochającą baśnie i mity, która nie tylko własnymi siłami solidnie wykształciła synów, ale też opowiada małoletniemu Ronaldowi (Harry Gilby) i jego bratu (Guillermo Bedward) o bohaterach z mitologii nordyckiej, rozbudzając zainteresowanie legendami. Oglądamy borykanie się z problemami na studiach w Oxfordzie i symptomatyczne sceny, które nakierowały uwagę Tolkiena na aspekt znaczeniowy słów w języku jako ważnego nośnika historii i kultury – zarówno w rzeczywistości, jak i tworzonych światach – z udziałem profesora Wrighta (Derek Jacobi) i Edith Bratt (Lily Collins), czyli późniejszej pani Tolkien, przede wszystkim zaś niezwykle oddane sobie bractwo (fellowship), jakie stworzyło czterech chłopaków o artystycznych inklinacjach – co znamienne, nieakceptowanych przez ich opiekunów.

 

 

Najważniejsze, najbardziej nośne i obarczone znaczeniem elementy historii opowiadanej przez Karukoskiego to najeżona przeciwnościami i zakazana przez prawnego opiekuna, ojca Francisa (Colm Meaney), miłość pomiędzy Edith i Ronaldem oraz w zasadzie stanowiący bijące serce filmu o Tolkienie wątek TCBS. Tea Club, Barrovian Society (w skrócie TCBS) to nazwa „braterstwa” utworzonego przez przyjaciół – sprzymierzonych przeciwko wszystkim i wszystkiemu, co ogranicza ich aspiracje – których połączyło zamiłowanie do psot wszelakich, ale przede wszystkim do sztuki. I to właśnie poprzez sztukę górnolotnie postanowili „zmienić świat”. Należeli doń wspomniany już Geoffrey Bach Smith (Adam Bregman, później Anthony Boyle), który próbował swych sił jako poeta; Christopher Wiseman (Ty Tennant, później Tom Glynn-Carney), aspirujący kompozytor; Robert Gilson (Albie Marber, później Patrick Gibson), w tajemnicy szlifujący talent malarski; oraz oczywiście John Ronald Reuel Tolkien, kreujący zręby Śródziemia i innych opowieści fantasy. Przyjaciele i dziewczyna mieli w dużej mierze przyczynić się do idei i przekazu książek Tolkiena. Naturalnie w film wplecione zostały sceny stanowiące sugestię ogromu pracy natury filologicznej, historycznej, związanej z badaniem źródeł mitologicznych i religijnych, która w przyszłości zostanie włożona w Hobbita, Władcę Pierścieni i Silmarillion.

 

 

Wielkimi zaletami obrazu, jaki żywymi barwami odmalował Dome Karukoski, są klimatyczne, nieco oniryczne sekwencje ukazujące walczących rycerzy, demony, smoka czy elficką księżniczkę przenikające banalną egzystencję bohatera i podkreślająca atmosferę ścieżka dźwiękowa, w której słychać szum magicznych drzew, krople rozpryskujące się o taflę wody czy bicie serca na widok czarownej Lúthien (jak Tolkien postrzegał pannę Bratt). Dobrze ogląda się efekty pracy aktorskiej obsady, a szczególnie śliczną Lily Collins, która wyśmienicie ucieleśniła paradoks – subtelną, drobną, wręcz kruchą dziewczynę, która zarazem emanuje wewnętrznym ogniem, niespożytą witalną energią i wielkim głodem zaznania pełni życia, chwytania go garściami.

 

 

Tolkien w realizacji Karukoskiego to dobry, interesujący film, nie znaczy to jednak, że odbiorca/odbiorczyni opuści kino z pełną satysfakcją. Troszkę przeszkadza spłycające pracę tego pisarza, nazbyt mocno akcentowane przekonanie, jakoby jego teksty miały służyć pokrzepieniu serc ludzi, którzy pod wpływem bólu będą zwracać się ku przeszłości, w stronę legend i fantazji. Owszem, na pewno chciał stworzyć epos na nowe czasy – na miarę tych starożytnych, które wywarły ogromny wpływ na czytelników i czytelniczki i trwale wpisały się w kulturę. Lecz czy na pewno planował, że ma on służyć za formę eskapizmu (o co często oskarża się fantasy)? Przecież nie tylko do tego przeznaczone są utwory o pokonywaniu przeciwności, odważnych czynach (pomimo strachu, który się czuje) oraz miłości i przyjaźni, o które trzeba walczyć i które pomagają znaleźć drogę w „mroku”. To jednak kwestia dyskusyjna i rzecz interpretacji ze strony widzów. Szkoda natomiast, że twórcy praktycznie zatrzymali się na I wojnie światowej. Prawdziwym problemem recenzowanej produkcji okazał się jednak fakt, że tej naprawdę pięknej, klimatycznej, sennie toczącej swe metaforyczne „wody” opowieści brak scen, w których poczulibyśmy ostre szarpnięcie serca, prawdziwy podskórny niepokój. Brakuje smoczego pazura.

 


 

Ten film jest dla Ciebie, jeśli interesuje Cię osoba J.R.R. Tolkiena, jego twórczość i jej wpływ na popkulturę – w tym motywy w grach komputerowych.   

najnowsze