Felieton

Intel Extreme Masters staje się piknikiem gamingowym

Kamil Ostrowski, 03.03.2019 19:00 2

Na dobre czy złe, Intel Extreme Masters ewoluuje. Ciężko nie odnieść wrażenia, że w ostatnich latach środek ciężkości imprezy się przemieszcza.

Intel Extreme Masters się zmienia. Katowicka impreza zaczyna przeradzać się w sposób naturalny w wydarzenie o charakterze, które najlepiej nazwać będzie chyba “ogólnogamingowym”. Śląski Spodek, a od pewnego czasu również sale targowe MCK odwiedzam co roku od czasów gdy tylko IEM zagościło w naszym kraju (opuściłem to wydarzenie jedynie w 2018 roku) i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coraz mniej miejsca jest na e-sport, a coraz więcej jest szeroko pojętej celebracji bycia graczem. Nie mówię, że to koniecznie musi być coś złego.

Pierwsze Intel Extreme Masters w Polsce to było coś niesamowitego. Wydarzenie o ogromnej skali, nie tylko jak na warunki naszego kraju, ale w skali światowej w ogóle. Pamiętam, że byłem pod ogromnym wrażeniem tego, że relatywnie niewielkiej ekipie ESL Polska udało się przekonać wszystkie zainteresowane strony, włącznie z włodarzami miasta, ogarnąć to logistycznie, organizacyjnie i rozpromować w taki sposób, aby ściśle zapełnić niemałą przecież przestrzeń katowickiego Spodka. Ba, zdjęcia kolejek spod wejścia krążyły jeszcze długo po sieci. Już wtedy pisałem o tym, że to impreza która spadła nam z nieba, bo przecież nad Wisłą od zawsze brakowało wydarzenia o podobnej skali. Do dziś zresztą IEM nie ma konkurencji jeżeli chodzi o wydarzenia związane z szeroko pojętą wirtualną rozrywką.

Z biegiem lat impreza stawała się lepsza i lepsza. Organizatorzy eliminowali kolejne problemy, a teren Spodka stawał się miejscem, w którym można było spędzić ciekawie nawet kilka dni. Sporym krokiem do przodu okazało się wybudowanie i otwarcie hal targowych przylegających do wielkiego obiektu widowiskowo-sportowego. Tym samym Intel Extreme Masters zaczęło się przepoczwarzać. Transformacja ta szybko nabrała tempa.

Wraz z dodatkową przestrzenią którą można było wykorzystać, szybko pojawiły się atrakcje poboczne. W dużej hali znalazło się miejsce na całkiem przyzwoitej wielkości targi. Wśród wystawców obok dystrybutorów i producentów sprzętu zaczęli się pojawiać twórcy gier. W dalszym ciągu jednak w centrum uwagi pozostawały turnieje esportowe. Królowały Starcraft, League of Legends i Counter-Strike, chociaż nie brakowało zmagań w turniejach w inne produkcje.

Nie minęło dużo czasu i okazało się, że w Katowicach chcą i muszą być wszyscy, nie tylko kibice chcący dopingować swoje ulubione drużyny esportowe. Katowicki Spodek stał się wydarzeniem, na którym wypada się pokazać. Zaczęli pojawiać się youtuberzy, za którymi sznurem dreptali ich wierni fani. Bardziej i mniej znani dziennikarze uznawali za punkt honoru opublikowanie selfie i wyrażenie swojego zachwytu nad zjawiskiem esportu, nawet jeżeli jednym tchem przyznawali, że to nie dla nich. Zaczęli pojawiać się nawet politycy, jednym z pionierów był Janusz Korwin Mikke, ale w tym roku swoje odfajkowali nawet Jerzy Buzek i premier Mateusz Morawicki. W roku wyborczym głosy młodego elektoratu są widocznie wyjątkowo potrzebne.

W tym roku sporo uwagi zwróciłem na wystawców wśród których pojawiło się paru zupełnie nie związanych z gamingiem. Swoje stanowisko, a do tego parę punktów ma na przykład Wedel, który sprzedaje na terenie całej imprezy gorącą czekoladę. Zdziwiło mnie też, że tylu kibiców wcina Pringelsy, dopóki nie zobaczyłem ich stanowiska, na którym do gry na rozstawionych komputerach zachęcał znany youtuber (wierzę na słowo pani prowadzącej, ja go nie kojarzyłem w ogóle). Znów podkreślam, ja nie mówię jednoznacznie, że to jest źle. Ale jest inaczej, esportowy charakter wydarzenia zdaje się rozmywać.

Pisząc ten tekst czekam na wielki finał w Counter-Strike’a. Niczego nie omijam, bo zawody w Stacrafta II skończyły się cztery godziny temu i od tego czasu… nie dzieje się nic. Jestem tym absolutnie zaskoczony, bo jeszcze dwa lata temu grafik był tak ściśle zapełniony, że praktycznie cały czas coś się działo, a organizatorzy wyraźnie dążyli do skracania przerw pomiędzy grami, aby wyrobić się przed późnymi godzinami nocnymi. Dostaliśmy za to pokazowe gry w tryb battle royale w Counter-Strike’a i grę w Deluxe Ski Jump na głównej scenie. Nie mówię, że to ostatnie nie było zabawne, aczkolwiek biorąc pod uwagę wszystkie pozostałe kwestie tym bardziej odciska się to na mojej percepcji tegorocznego Intel Extreme Masters.

Może tak musi być. Może wielkie, gigantyczne jak na polską skalę, wydarzenie gamingowe musi przybrać swego rodzaju piknikowy charakter. Może po prostu trzeba pogodzić się z tym, że czasy gdy Intel Extreme Masters było stricte e-sportowym wydarzeniem, już minęły. Może powinienem przestać narzekać i zająć dobre miejsce przed rozpoczęciem się wielkiego finału. Bo pomimo całego mojego gderania, widownia na pewno będzie zapełniona miłośnikami “kantera” skandującymi nazwy drużyn którym kibicują. I może właściwie to jest w tym wszystkim najważniejsze.

najnowsze