Recenzja - konsole

Przystępne Dark Souls - recenzja gry Ashen

Adam Berlik, 08 stycznia 2019 10:30 0

W końcu jest! Ashen, czyli gra, która nawiązuje do popularnych Soulsów, dając od siebie sporo dobrego (i trochę złego).

Jeśli spodobała wam się idea stojąca za Dark Souls, ale gra studia From Software odrzuciła was ze względu na hardkorowe rozwiązania w mechanice zabawy, to powinniście sięgnąć po Ashen. Nie jest to może souls-like pełną gębą, ale znacznie łatwiejsza produkcja, która wciągnie miłośników gier akcji z elementami RPG na co najmniej 20 godzin. Nie musicie się obawiać krążenia bez celu i szukania dalszej ścieżki. Nie powinniście się również martwić, że w toku rozgrywki popsujecie swoją postać, a napotkani wrogowie staną się przeszkodzą nie do pokonania.

We wstępie nie bez powodu użyłem słowa „przystępność”, gdyż Ashen bardzo często wyciąga pomocną dłoń w kierunku gracza. Najważniejsze cechy bohatera, czyli zdrowie oraz wytrzymałość, zwiększają się w pewnym sensie automatycznie, bo po zaliczeniu określonych misji. Naszą postać opisują także inne statystyki, czyli obrona i obrażenia, które modyfikujemy poprzez skorzystanie z nowych elementów wyposażenia, takich jak rodzaje broni, tarcze i zbroje. Oczywiście musimy pamiętać o ulepszaniu bądź wymianie posiadanego oręża (dostępne są m. in. włócznie, pałki i topory). Autorzy zastosowali także ciekawy pomysł, umożliwiając wyposażenie protagonisty w relikwie i talizmany. Mamy tutaj do czynienia z modyfikatorami, które wpływają na rozmaite statystyki postaci (np. zwiększają zadawane obrażenia, zmniejszają użycie wytrzymałości podczas sprintu czy zwiększają szansę na wypadnięcie przedmiotów do craftingu).

Jeśli chodzi o system walki, to fani Soulsów poczują się tutaj jak w domu. W Ashen mamy lekkie i ciężkie ataki, możemy blokować ciosy za pomocą tarczy, a także wykonywać przewroty, by uniknąć obrażeń zadawanych przez napotkanych przeciwników. Poszczególne starcia z wrogami wymagają jednak umiejętnego obserwowania ruchów nieprzyjaciela i wyczucia momentu zarówno na atak, jak i na obronę. Ten, kto zdecyduje się wciskać tylko przycisk odpowiedzialny za wyprowadzanie ciosów, natychmiast zginie. Co prawda wrogowie nie biją tak mocno, jak w Dark Souls, mimo wszystko jednak trzeba uważać. Oprócz szeregowych oponentów Ashen zawiera także starcia z mini-bossami i „szefami”.

Kampania zrealizowana jest w formie zadań głównych i pobocznych, więc na mapie świata pojawia się cel danej misji, który możemy śledzić przy użyciu kompasu widocznego u góry ekranu (jak np. w nowej części Assassin’s Creed). Co ciekawe, podczas zaliczania questów nie jesteśmy osamotnieni. Towarzyszy nam postać innego gracza lub kompan SI, więc zawsze możemy liczyć na pomoc. Zwłaszcza, że bohaterowie niezależni zachowują się bardzo racjonalnie. Niekiedy nawet bardziej od prawdziwych kompanów, co może skutkować tym, że są oni przydzielani losowo. Dlatego też najlepiej bawić się z kimś znajomym, a nie z „randomami”. Gra oferuje taką możliwość, co powinno zadowolić miłośników kooperacji.

Czytając powyższe akapity trudno odnieść wrażenie, że Ashen ma jakiekolwiek wspólne mianowniki z Soulsami. W grze odpalamy jednak kamienie ceremonialne, czyli de facto ogniska (po aktywowaniu go odradzamy wszystkich przeciwników), a za zabijanie poszczególnych wrogów na nasze konto wpada odpowiednia liczba skorii, które są odpowiednikiem dusz. Pełnią one jednak dużo mniej istotną rolę niż w grach studia From Software, ale… No właśnie. Po śmierci cała skoria, jaką zdobyliśmy, zostaje w miejscu naszego zgonu, a my mamy zaledwie jedną szansę na to, by odzyskać zgubę. Musimy dotrzeć tam, gdzie polegliśmy, nie dając się oczywiście po drodze zabić. Gdy zginiemy powtórnie, skoria przepadnie raz na zawsze.

Ashen, tak samo jak Dark Souls, kładzie nacisk na eksplorację lokacji. Owszem, tutaj doskonale wiemy, dokąd musimy pójść, ale w trakcie zwiedzania warto zajrzeć w każdy kąt, skacząc po rozmaitych obiektach otoczenia, oglądając wszystko przed sobą, nad sobą i pod sobą (trzeba mieć oczy dookoła głowy, żeby nic nie przegapić). Dlatego też niekiedy powinniśmy wrócić do miejsc, które zdążyliśmy wcześniej zbadać, bo niewykluczone, że coś, co mogłoby nam się przydać do ulepszenia broni czy też wytworzenia jakiegoś nowego przedmiotu, zwyczajnie umknęło naszej uwadze. Nie będziemy w tym celu organizować pieszych wędrówek (przynajmniej nie zawsze), bo twórcy pomyśleli o zaimplementowaniu funkcji szybkiej podróży.

Wady? Owszem, są. Niektóre bardziej uciążliwe, a inne nawet ciężko wpisać w ramkę z minusami, bo to kwestia preferencji. Nie odpowiada mi styl graficzny Ashen. Komiksowa oprawa niektórym z pewnością przypadnie do gustu, tak samo jak fakt, że bohaterowie nie mają twarzy. Na uwagę zasługuje jednak fakt, że wielokrotnie podczas rozgrywki będziemy podziwiać niesamowite krajobrazy. Tutaj duży plus dla twórców, którym udało się stworzyć niesamowity klimat. W grze zabrakło mi opcji testowania rodzajów broni w bezpiecznym miejscu. O tym, jakie ataki posiadany dany oręż, możemy przekonać się dopiero wtedy, gdy spotkamy wrogów. Inna sprawa to tryb współpracy. Gra mogłaby natychmiast informować nas, że zostaliśmy połączeni z prawdziwym graczem, który przejął rolę naszego towarzysza. Tak się jednak nie dzieje, więc czasem po prostu nie wiemy, czy bawimy się z kimś, czy też pomaga nam SI.

Podsumowując, Ashen nie jest klonem Soulsów. Nie jest to również pełnoprawny souls-like, ale produkcja, która posiada elementy charakterystyczne dla tego gatunku wymieszane z rozwiązaniami znanymi z innych gier akcji. Dzięki temu otrzymujemy ciekawą mieszankę, która powinna zadowolić miłośników twórczości From Software oraz pozostałych graczy szukających tytułu oferującego ciekawie zaprojektowany świat, dobrze zrealizowany system walki, różnorodne starcia z wrogami i sporo opcji w zakresie rozwoju postaci.

Ashen XONE

  • przystępność
  • świetna walka
  • klimatyczny świat
  • różnorodni wrogowie
  • zachowanie SI podczas rozgrywki
  • lokacje zachęcają do eksploracji
  • system rozwoju postaci
  • dla niektórych grafika
  • brak opcji testowania sprzętu w hubie
  • nieczytelny multiplayer
  • dla niektórych grafika
Dla miłośników Dark Souls i nie tylko 8.5
Piękna i monotonna metroidvania - recenzja gry Feudal Alloy
Japońskie przyłożenie - recenzja Travis Strikes Again: No More Heroes
Powtórka z rozrywki - recenzja New Super Mario Bros. Deluxe U
Co dwie korony, to nie jedna - recenzja gry Kingdom Two Crowns
najnowsze