Recenzja - PC

Radosny żywot złomiarza - recenzja Deep Sky Derelicts: Na rubieżach kosmosu

LM, 24 września 2018 22:00 3

Wyprawa do brudnej, dystopijnej rzeczywistości z pewnością pochłonie fanów karcianek, papierowych RPG i klimatów sci-fi.

Gdy rok temu fińskie studio Snowhound Games zapowiedziało taktyczne RPG w realiach science-fiction - Deep Sky Derelicts - branżowe media okrzyknęły je ciekawym klonem gry Darkest Dungeon. Jako entuzjasta gier trudnych i zarazem wspomnianego już dzieła kanadyjskiego Red Hook Studios wybrałem się w podróż do mrocznego, dystopijnego i przesyconego brudem świata kosmicznych rubieży. Szybko odkryłem, że pierwsze skojarzenia były całkowicie trafione, ale obok tego Deep Sky Derelicts ma własną świadomość, wie czym jest. I jest w tym bardzo dobre. Zapraszam na rejs liniami Deep Sky Express.

Takich dwóch, jak nas trzech

Zabawę w kampanii dla pojedynczego gracza rozpoczynamy od wykreowania grupy śmiałków, która będzie nam towarzyszyć w kosmicznych podróżach. Do dyspozycji mamy jedynie trzy sloty, które wypełnimy reprezentantami sześciu dostępnych w grze klas: przywódcą, złomiarzem, tropicielem, mięśniakiem, technikiem lub medykiem. Każda z nich opisana jest zestawem pięciu głównych statystyk, które określają skuteczność poszczególnych ról w wybranych obszarach. Tak przywódca lepiej poradzi sobie w konfrontacjach z postaciami niezależnymi czy wynegocjuje większą zapłatę za zrealizowane zadania poboczne, podczas gdy mięśniak potrafi zadać spore obrażenia, ale do światłych osób raczej nie należy. Obok statystyk i klas możemy wybrać także jedną z kilku dostępnych cech osobowości dla każdego z bohaterów. Ta pozwoli dodatkowo wzmocnić wybrany współczynnik, dzięki czemu możemy uczynić członków załogi bardziej wszechstronnymi lub spotęgować jego główne atuty. Kreator postaci umożliwia także personalizację wyświetlanego portretu, awatara i imienia. Warto już na tym etapie dokładnie zapoznać się z poszczególnymi statystykami i parametrami, by dostosować drużynę do preferowanego przez siebie stylu rozgrywki. W ostateczności możemy zdecydować się na losowanie jednej z predefiniowanych przez twórców kompozycji, rozegranie nią kilku potyczek dla poznania podstawowych mechanik i utworzenie drużyny ponownie, ale już z większą świadomością podejmowanych przez siebie wyborów. Te ostatnie w Deep Sky Derelicts mają ogromne znaczenie, ale o tym za chwilę.

Chłopiec na posyłki

Chwilę później lądujemy na dywaniku u lokalnego arystokraty. Jako reprezentant ostatniego ogniwa w łańcuchu pokarmowym kosmicznej cywilizacji — znany z zamiłowania do bitki i gotowy na wszystko złomiarz — otrzymujemy od podgubernatora lukratywną propozycję. W zamian za odnalezienie legendarnego, wypełnionego zdobyczami technologicznymi Statku Matki mamy otrzymać społeczny awans i kosmiczne obywatelstwo a wraz z nim liczne przywileje. Rzeczonego wraku nie widziano jednak o stuleci, a jego dokładne położenie pozostaje nieznane. Tym samym nasze zadanie sprowadza się do eksplorowania rozrzuconych w przestrzeni kosmicznej wraków i pobieranie z ich komputerów pokładowych danych, które pomogą nam zlokalizować legendarną jednostkę. Sęk w tym, że dla zwiększenia efektów poszukiwań wspomniany już arystokrata wysunął podobną propozycję także w kierunku konkurencyjnych grup złomiarzy, a pozornie opuszczone wraki roją się od najróżniejszych nieszczególnie przyjaznych nam istot. Wizja życia w luksusie okazuje się jednak wystarczającą motywacją dla pozbawionego skrupułów i nadziei na lepsze jutra indywiduów.

Po krótkim wprowadzeniu do celów wyznaczonych przez główną linię fabularną tytułu przenosimy się do hangaru, który stanowi naszą bazę wypadową pomiędzy kolejnymi wyprawami. Tu możemy uzupełnić zapasy energii, pozbyć się niepotrzebnego złomu, wyleczyć rany czy nieco zmodernizować nasz sprzęt. Obok tego warto zaglądać do miejscowej kantyny, gdzie czekają żądni przygód najemnicy i rozmaici zleceniodawcy oferujący wynagrodzenie za zrealizowanie celów określonych w kontraktach. Te ostatnie nie są niczym innym, jak bogatą pulą zadań pobocznych, które być może uda nam się wykonać przy okazji gwiezdnych wypraw. O ile wątek główny koncentruje się na zdobywaniu danych, które dostarczamy podgubernatorowi w zamian za dostęp do kolejnych wraków, to misje poboczne charakteryzują się sporą różnorodnością, a przy tym są niezwykle opłacalne. Ostatecznie jak na porządne RPG przystało, nasza ekipa jest tylko podrzędną zgrają wyrzutków, której rola często sprowadza się do chłopców na posyłki na usługach możnych tego świata i szybko okazuje się, że nasz status społeczny nie pozostawia nam dużego wyboru. Warto przy tym podkreślić, że zadania poboczne nieźle budują klimat tytułu, często są podszyte różnymi smaczkami fabularnymi i mogą istnieć sobie w tle bez rygoru wykonalności w określonym czasie, więc ich warunki nierzadko spełniamy zupełnie bez dodatkowego wysiłku. Jeśli do tego dorzucimy fakt, że otrzymane za nie wynagrodzenie jest niemal jedyną szansą na zarobek, a ich cele nierzadko korespondują z celem głównym gry, to mamy tutaj mieszankę doskonałą.

Deep Sky Express

Odłóżmy jednak na bok wszelką biurokrację i skupmy się na najważniejszym — właściwej rozgrywce. Zadania zaczynamy na pokładzie statku, który na zlecenie arystokraty dostarczy nam do odblokowanych wraków. Tam nie pozostaje nam nic innego, jak przemierzać kolejne pomieszczenia w poszukiwaniu głównego mostka, rozmaitych punktów zainteresowań i okazjonalnych interakcji z bohaterami niezależnymi i mniej lub częściej występujących konfrontacji z adwersarzami. Brzmi prosto? Cóż, wcale takie nie jest.

Po lądowaniu na pokładzie wraku przenosimy się na ekran eksploracji. Każdy z wraków wypełniają dziesiątki czy setki pomieszczeń, które wyrażone są w postaci pojedynczego kwadratu na mapie jednostki. Od początku nie dysponujemy dokładną mapą obszaru, więc czeka nas długa wycieczka zupełnie na oślep — podczas niej nasza załoga może kolejno przemierzać połączone ze sobą pokoje lub skorzystać ze skanera, który wyśle sygnał i odkryje zawartość sąsiadujących z nami lokacji. O ile wydaje się to banalne, to podczas eksploracji musimy brać pod uwagę jeden niezwykle istotny czynnik — zapas energii. Ta odpowiada za systemy podtrzymywania życia naszej załogi, więc po wyczerpaniu jej zapasów nasi śmiałkowie nie mogą korzystać z tarcz energetycznych podczas walki, a przemierzenie nawet kilku sąsiadujących ze sobą pomieszczeń ich zabije.

Dlaczego to takie istotne? Każde z działań podczas eksploracji uszczupla zapasy życiowej energii, jest ona zużywana także podczas walki. Tym samym, jeśli zabłądzimy, wdamy się w zbyt wiele bójek czy zwyczajnie oddalimy się zbyt daleko od statku, to jest po nas. Oczywiście zarówno zadania poboczne, jak i główne nie narzucają nam określonego czasu na ich wykonanie, więc w ostateczności możemy wykonać kilka rejsów, ale… warto mieć na uwadze, że nie tylko my polujemy na dane lokalizacyjne i szybko może się okazać, że cała nasza wyprawa była na próżno. Dodatkowo zapasy energii dla systemu podtrzymywania życia uzupełniamy za lokalną walutę, więc czcze wyprawy bez żadnych konkretnych zdobyczy szybko wykończą nas finansowo. Aparaturę odpowiedzialną za eksplorację i szereg innych parametrów możemy jednak ulepszyć w hubie, co oczywiście nie daje nam gwarancji, że kiedyś nam jej nie zabraknie — z każdym poziomem zaawansowania wraki są coraz większe a ich ścieżki coraz niebezpieczniejsze.

Podły bóg RNG

Podczas eksploracji czeka nas przede wszystkim przemierzanie całkowicie pustych i kompletnie nieinteresujących nas pomieszczeń. Obok nich możemy okazjonalnie trafić na ciekawego, czasami powiązanego z zadaniem, ale zawsze świetnie napisanego i zaprojektowanego NPC lub skrytki ze skarbami (głównie złomem). To oczywiście ten pozytywny scenariusz, gdyż znacznie częściej napotykamy rozmaitych adwersarzy. Wejście do pokoju z przeciwnikami przenosi nas z trybu eksploracji na ekran mającego zaważyć na losie naszej wyprawy starcia.

Podczas konfrontacji obie strony konfliktu ustawione są wertykalnie na dostępnej przestrzeni, przez co ich szyk nie ma dużego znaczenia, a możliwość ataków zarówno w bliskim dystansie, jak i z wykorzystaniem broni palnej sprawia, że każdy z oponentów niemal cały czas pozostaje w naszym zasięgu. Tutaj szczególnie uwidacznia się kolejny z przymiotów Deep Sky Derelicts — spory udział mechanik karcianki i idącego za tym współczynnika losowości. Każdy z bohaterów dysponuje talią kart reprezentujących poszczególne umiejętności. Skład talii określają odblokowane podczas awansów umiejętności oraz wyekwipowany sprzęt i jego późniejsze modyfikacje. Cały potencjał naszej uzbrojonej po zęby i na maksa napakowanej ekipy może jednak całkowicie pogrzebać współczynnik RNG, który odda w nasze ręce zupełnie niewłaściwe karty.

Jeśli zdarzało Wam się grać w karcianki, to zapewne doskonale kojarzycie sytuację, gdy przeciwnik jest już niemal na wykończeniu, ale nie możecie go dobić, bo na rękę trafiają niewłaściwe karty. W grze studia Snowhound Games takie sytuacje są na porządku dziennym, ale co ważne — najczęściej uwarunkowane są naszymi wyborami. To my decydujemy o poszczególnych elementach składowych talii każdego z bohaterów i jeśli nie zadbamy o odpowiedni stosunek kart ofensywnych, defensywnych i użytkowych, to marny nasz los. Deep Sky Derelicts mówi: dziel i rządź, ale ponoś także tego konsekwencje.

Starcia rozgrywane są w turach, a o kolejności wykonywanych przez postacie akcji decyduje współczynnik inicjatywy, który często zmienia się pod wpływem wykonywanych przez nas działań. Docelowo na każdą kolejkę w turze jeden bohater może użyć jednej karty bez względu na jej cel czy zastosowanie. Zakres kart i powiązanych z nimi efektów jest niezwykle bogaty i trudno oszacować czy w czasie pojedynczej kampanii jesteśmy w stanie, zapoznać się ze wszystkim, co w tej materii przygotowali twórcy.

To ostatnie tyczy się również oponentów, którzy z każdym poziomem zaawansowania zyskują na sile, a nierzadko dysponują także przewagą liczebną. Oczywiście w krytycznych sytuacjach możemy ulotnić się z pola walki po odczekaniu odpowiedniej liczby kolejek od wydania rozkazu, mając nadzieję, że chociaż jednemu ze śmiałków uda się ujść z życiem i wrócić na statek. Jeśli nie, to niestety czeka nas powrót do wcześniejszego zapisu stanu gry.

Nie ma ludzi niezastąpionych

Podczas gdy wygrane potyczki wiążą się z zastrzykiem punktów doświadczenia, szansą na dodatkowe łupy i ogólnym prestiżem na dzielnicy, to ich negatywne skutki są doprawdy dotkliwe. Deep Sky Derelicts obok elementów RPG i karcianki korzysta także z mechanik roguelike, z naciskiem w stronę rogue-lite. Pokonanych podczas walki bohaterów możemy za spory pakiet gotówki przywrócić do życia po powrocie do hangaru. Niestety samo “wskrzeszenie” nie wystarczy. Zanim powracający zza światów złomiarz będzie gotów do kolejnej wyprawy, to musimy wydać kolejne kredyty na kosztowny zabieg, który uzupełni jego pasek życia. Ostatecznie możemy wypełnić lukę w zespole jednym z najemników, co jest rozwiązaniem zdecydowanie tańszym, o ile jesteśmy gotowi zrezygnować z poczynionych przez bohatera postępów. Jak już wspomniałem — dziel i rządź. Wybór zawsze pozostaje w naszych rękach i to my odczujemy jego skutki w dalszym etapie zabawy.

Deep Sky Derelicts potrafi nieźle dokopać. Są chwile, gdy zachwycamy się skutecznością stworzonej przez nas drużyny, by po chwili ratować się ucieczką z okrętu, w zalewie łez wydając ostatnie kredyty na przywrócenie poległych w boju śmiałków. Dzieło studia Snowhoud Games oferuje dwa poziomy trudności — normalny, który umożliwia nam zapisywanie stanu gry, by w razie potknięcia powrócić do wcześniejszego stanu i tryb hardcore gdzie nasze postępy są na bieżąco nadpisywane, a utrata całego zespołu na dowolnym etapie rozgrywki kończy się koniecznością rozpoczynania zabawy od zera. Gra kładzie bardzo duży nacisk na podejmowane przez nas wybory i nie oferuje żadnej możliwości na odbicie się od dna, gdy już na nim wylądujemy. Tym samym albo każda z naszych decyzji jest skrupulatnie przemyślana, albo szybko kończymy w rynsztoku.

W tej materii omawiany tytuł jest znacznie trudniejszy od choćby Darkest Dungeon — gra Red Hook Studios niemal w każdym momencie oferuje dostęp do niskopoziomowych lochów, gdzie mamy szansę wziąć rozbieg, wyszkolić nowych śmiałków, podreperować budżet i wrócić do trudniejszych wyzwań z pełną siłą. W Deep Sky Derelicts kolejne wraki odblokowujemy dzięki pozyskanym danym lokalizacyjnym, a w pełni przeczesane przez nas statki nie zapewnią nam już żadnych nowych atrakcji, starć z przeciwnikami czy opcji na dodatkowy zarobek. Tym samym próg wejścia do gry jest stosunkowo wysoki nawet na podstawowym poziomie trudności, co w połączeniu ze sporym udziałem czynnika losowego może szybko pogrzebać marzenia wielu niedzielnych taktyków.

Ciekawym rozwiązaniem jest oddanie w nasze ręce dostępnego z głównego menu gry trybu areny, czyli zestawu kilkudziesięciu następujących po sobie potyczek z coraz trudniejszymi przeciwnikami, które doskonale odda skuteczność poszczególnych kompozycji w konfrontacjach z określonymi rodzajami przeciwników. Sam moduł jednak do najłatwiejszych nie należy, ale jeśli uda Wam się dobrnąć do połowy z 22 przewidzianych walk, to raczej nie będziecie mieć problemów z odnalezieniem się we właściwej kampanii.

Komiksowy retrofuturyzm

Dwuwymiarowa oprawa wizualna utrzymana w surowej, komiksowej stylistyce doskonale koresponduje z formułą rozgrywki i nieźle buduje klimat. Podczas zabawy obserwujemy przeważnie statyczne modele, a poszczególne ataki zobrazowane są w formie komiksowych okienek. Sporą różnorodnością charakteryzują się także tła poszczególnych pomieszczeń, dzięki czemu podczas walki nie wieje nudą. Obok oprawy wizualnej, klimat galaktycznej pustki doskonale buduje skomponowana przez Simo Sixusa Kovanena ścieżka dźwiękowa Deep Sky Derelicts. Ta rozbrzmiewa gdzieś w tle skrycie akompaniując naszym działaniom, zmieniając się przy tym dynamiczne w zależności od wagi naszych poczynań. Mając na uwadze fakt, jak dużą rolę w budowaniu klimatu gry Darkest Dungeon miał Wayne June ze swoją ponurą narracją moglibyśmy zajrzeć twórcom w kieszeń i poszukać środków na voice acting, ale przyznam szczerze, że brak wypowiedzi głosowych wcale nie psuje wrażeń z rozgrywki.

Pod względem technicznym omawiana produkcja prezentuje się całkiem poprawnie. Momentami obserwujemy małe przycięcia interfejsu użytkownika, a niektóre poziomy potrafią ładować się bardzo długo nawet na mocnym sprzęcie. Ostatecznie wszystko działa bez większych problemów, aplikacja jest stabilna, a błędów, które skutkowałyby uniemożliwieniem realizacji zadań nie napotkałem.

Bardzo ważnym punktem technikaliów Deep Sky Derelicts jest także polska wersja językowa. Spolszczenie wykonano poprawnie, z zachowaniem kontekstu i najdrobniejszych smaczków, a przy tym jest wolne jest od błędów. O ile udostępnioną w ramach Wczesnego Dostępu wersję grę można było bez większego problemu ukończyć po angielsku, to wprowadzone w jej finalnej wersji łamigłówki logiczne mogłyby stanowić wyzwanie. gdyby zostały podane w obcym języku.

Szachy dla wymagających

Nie da się ukryć, że Deep Sky Derelicts nie jest grą dla każdego. Duży udział czynnika losowego może budzić poczucie niesprawiedliwości, a stosunkowo wysoki próg wejścia mimo pozornie czytelnych i prostych mechanik może odrzucać. Nie znajdziecie tu wartkiej akcji czy dynamiki, a zamiast tego ujętą w komiksowej stylistyce i rządzącą się własnymi prawami rozgrywkę szachową. Ta jednak okraszona jest pozornie sztampową, ale ciekawą fabułą, głównie za sprawą napotykanych podczas misji postaci i stawianych przed nami wyzwań. Sam złapałem się na tym, że podczas zabawy stopniowo ulegałem syndromowi "jeszcze jednej tury", która w na gruncie omawianego tytułu sprowadzała się do kolejnej wyprawy w nieznane.

Warto przy tym zaznaczyć, że produkcja studia Snowhound Games nie zamierza konkurować z tytułem pokroju Darkest Dungeon, ale jeśli gra studia Red Hook przypadła Wam do gustu, to z pewnością w Deep Sky Derelicts znajdziecie coś dla siebie. Połączenie mechanik turowej gry taktycznej, papierowego RPG-a, nastawionej na RNG karcianki z elementami rogue-like zaowocowało ciekawą mieszanką, idealną na mroźne, ciemne wieczory z kubkiem herbaty pod ręką.

Deep Sky Derelicts PC

  • złożoność pozornie prostych mechanik rozgrywki
  • mroczne, brudne science-fiction
  • ciekawa oprawa audiowizualna
  • zadania poboczne doskonale wpisują się w klimat gry
  • ciekawie napisane postaci niezależne
  • świetne połączenie karcianki z papierowym RPG
  • wciągająca rozgrywka
  • dopracowane spolszczenie
  • wymagające a przy tym bardzo satysfakcjonujące
  • momentami długie ekrany ładowania
  • drobne przycinki interfejsu
  • wysoki próg wejścia dla nowych graczy
  • czasami zbyt duży udział czynnika losowego
  • niektórym może przeszkadzać brak wypowiedzi głosowych
Trudna, wymagająca i niezwykle satysfakcjonująca 8.9
Chwała Wodzowi! - recenzja Beholder 2
Śmierć autentyczności - recenzja filmu Narodziny gwiazdy
Gris - recenzja - pochwała karmi sztukę
Kosmiczni piraci kontra cały świat - recenzja Ancient Frontier: Steel Shadows
najnowsze

Chwała Wodzowi! - recenzja Beholder 2

W Beholder 2 przenosimy się do totalitarnego państwa i zaczynamy karierę w Ministerstwie na samym dole urzędniczej drabiny - dokąd zajdziemy?