InformacjeRecenzja - konsole

Ośmiu wspaniałych - recenzja Octopath Traveler

... Jakub Zagalski

Niech was nie zmylą rozpikselowane tekstury. Nowe jRPG od Square Enix to wyjątkowy przykład podążania z duchem czasu.

Kiedy zobaczyłem pierwsze nieruchome obrazki z Octopath Traveler, nie byłem pod szczególnym wrażeniem. Ot, kolejne jRPG w retro stylistyce, które miało przenieść nostalgicznych graczy do ukochanej ery 16-bitów. Wspomnienie SNES-a, Final Fantasy VI i innych gatunkowych szlagierów z tamtej epoki miało pchnąć graczy do rzucenia się na nową produkcję Square Enix na Nintendo Switch. Tak mi się przynajmniej zdawało i potwornie się pomyliłem.

Wiadomo, że nie należy oceniać książki po okładce, a gry po warstwie wizualnej, bo choć grafika w Octopath Traveler jest – nie boję się tego powiedzieć – cudowna, to największa zaleta kryje się gdzie indziej. Ale po kolei.

Wbrew pozorom i moim obawom rozgrywka w Octopath Traveler nie polega na prostym wykorzystaniu schematów sprzed lat. Pod wieloma względami mamy tu do czynienia z nawiązaniem do 16-bitowej tradycji, ale na zasadzie ewolucji, pomysłowego rozwinięcia i wprowadzenia pomysłów, których ze świecą szukać w grach sprzed ponad dwóch dekad.

Najciekawszym, na pierwszy rzut oka, pomysłem, jest wprowadzenie ośmiu grywalnych postaci, z których każda ma oddzielną historię. Zaczynając grę zapoznajemy się z krótkim opisem wszystkich bohaterów i wybieramy tego, który nam najbardziej pasuje. A jest w kim wybierać, ponieważ każda postać reprezentuje inną klasę, charakter, miejsce startu czy zdolności (o których dowiemy się dopiero później). Mamy więc: Olberica, klasycznego rycerza idealnego dla początkujących graczy, Cyrusa, uczonego maga, który jest niezastąpiony w poznawaniu słabości przeciwników, Tressę, handlarkę potrafiącą np. targować z NPC-ami ceny przedmiotów czy znajdować niemałe pieniądze w różnych zakątkach świata. Ophilię każdy chce mieć w swojej drużynie, bo bez dobrej uzdrowicielki ani rusz, choć wybieranie jej na pierwszą postać jest sporym wyzwaniem. Tancerka Primrose buffuje zdolności członków drużyny, rekrutuje NPC-ów i robi dużo dobrej roboty, którą docenią doświadczeni gracze. Aptekarz Alfyn tworzy przydatne mieszanki przedmiotów i oferuje doraźną pomoc medyczną. Podstawowej umiejętności złodzieja Theriona nie trzeba tłumaczyć, zaś H'aanit może i wygląda na typową łuczniczkę, ale w rzeczywistości to bardzo złożona i wymagająca postać, potrafiąca łapać stwory i przywoływać je później do pomocy w walce.

Obecność tych ośmiorga wspaniałych i obietnica ośmiu różnych ścieżek fabularnych z pewnością działa na wyobraźnię graczy przyzwyczajonych do liniowych jRPG-ów z jednym możliwym scenariuszem. I choć sam pomysł brzmi świetnie, to realizacja wprowadza pewien zamęt. Cały patent polega na tym, że wybieramy sobie herosa, który po krótkim wprowadzeniu jest gotowy wyruszyć w świat. Kogo tam spotka? Oczywiście siedmiu pozostałych podróżników, których można (choć wcale nie trzeba) rekrutować do drużyny. To, w jakiej kolejności i czy w ogóle będziemy zapraszać do współpracy dzielnego wojownika, sprytnego złodzieja czy przydatną tancerkę, zależy wyłącznie od nas.

Każda postać ma własny scenariusz podzielony na rozdziały, które odblokowujemy w konkretnych miejscach na mapie. Wybierając na początku np. Alfyna nie oznacza to więc, że do końca kilkudziesięciogodzinnej przygody jesteśmy skazani tylko na jego wątek. Wręcz przeciwnie – jeżeli zdobędziemy wszystkich ośmiu bohaterów to można poznać wszystkie osiem wątków w jednej rozgrywce. Mając taki zamiar trzeba po prostu sukcesywnie odwiedzać kluczowe miejscówki i brać udział w wyznaczonych misjach dedykowanych danej postaci. Swobodę ogranicza konieczność zaliczania rozdziałów po kolei (zaliczając drugi rozdział Olberica nie przejdziemy np. do trzeciego rozdziału Primrose) i wymagany poziom doświadczenia. Grind to ważny składnik rozgrywki w Octopath Traveler, za którym nigdy nie przepadałem w jRPG-ach. Tutaj niestety nie da się czasem popchnąć fabuły do przodu bez żmudnego levelowania postaci. Jest to o tyle uciążliwe, że doświadczenie zdobywają wyłącznie czterej aktywni członkowie drużyny. Ludki z ławki rezerwowych nie dostają nic, więc żeby ukończyć wszystkie przygody, trzeba nabijać doświadczenie dwóm osobnym składom.

To, co mnie najbardziej zaskoczyło (a wręcz rozczarowało) w warstwie fabularnej, to znikome przenikanie się wątków poszczególnych bohaterów. Octopath Traveler przypomina osiem niezależnych opowiadań, w których bohaterowie są wspólni, ale niewiele ich łączy poza walką w jednym szeregu. Poszczególne historie są porządnie napisane, choć narracja bywa przegadana i po prostu nużąca, więc ukończenie gry chociażby jedną ulubioną postacią sprawia satysfakcję. Mimo to naprawdę brakowało mi jakiejś głębi, budowania wielowymiarowej historii, w której moi podróżnicy nie są niezależnymi jednostkami myślącymi tylko o zaliczeniu swoich rozdziałów. Bo do tego w dużej mierze sprowadzają się ich przygody. Wchodzimy do miasteczka, gdzie możemy pociągnąć wątek herosa X - jeżeli nie chcemy, możemy robić co innego i ewentualnie później wrócić do nieprzyjętej misji (gdy najdzie nas ochota albo zdobędziemy odpowiedni poziom doświadczenia). Krótko mówiąc, ciekawy koncept z bardzo niewykorzystanym potencjałem.

Zupełnie inne odczucia mam w stosunku do systemu walki, który (obok oprawy audiowizualnej) jest najmocniejszą stroną Octopath Traveler. Zgodnie z 16-bitową tradycją mamy tu do czynienia z systemem turowym, w którym cała zabawa opiera się na walce żywiołów, czy rozbudowanej wersji papier-nożyce-kamień. Brzmi archaicznie i do bólu konwencjonalnie, ale to tylko pozory. Klasyczne rozwiązania uzupełnia bowiem masa świetnych pomysłów, które przypadną do gustu wymagającym graczom ze smykałką do strategii. Najważniejsze w całej walce jest wykorzystywanie wrażliwości przeciwnika i zbijanie jego ochrony. Wróg może być podatny na dany żywioł, rodzaj broni etc., więc nie wystarczy walić mocno i jak najczęściej. Czasem stuknięcie niepozorną laską uzdrowicielki daje lepszy efekt niż potężny cios dwuręcznym mieczem. Do tego dochodzi cały system wykorzystywania BP, które można magazynować albo zużyć przy pierwszej okazji do zadania kilku ciosów na raz/wydłużenia czasu działania zaklęcia/zwiększenia obrażeń zadawanych przez umiejętność. Kluczowe są działania defensywne w oparciu o wskaźnik kolejności działań uczestników bitwy, niektóre postacie mają genialne umiejętności wspierające skuteczność pozostałych członków ekipy, ale potrafią błyskawicznie zużyć SP.

Patrząc na tradycyjne jRPG-i z lat 90., system walki w Octopath Traveler jest bardzo rozbudowany i daje ogromne możliwości strategiczne. Szczególnie, że każda postać reprezentuje inną klasę i zestaw umiejętności. I nawet kiedy już uznamy, że mamy wymarzoną ekipę i wypracowane taktyki, to na scenę wjeżdża system dodatkowych zawodów (jobs) otwierających zupełnie nowe warianty rozgrywania bitew. W menu można spędzić naprawdę długie godziny, eksperymentując ze skillami - a nawet trzeba, gdy chcemy odpicować ekipę przed najtrudniejszymi pojedynkami. Grind potrzebny do ukończenia niektórych rozdziałów to jedno, ale Octopath Traveler oferuje szereg dodatkowych wyzwań z potężnymi bossami na czele, na których możemy być za słabi nawet po 50-60 godzinach grania.

Kilkadziesiąt godzin w świecie Octopath Traveler umila cudowna oprawa audiowizualna, która w nietuzinkowy sposób wykorzystuje gusta starszych graczy. Ogromny plus należy się za podwójną ścieżkę dźwiękową - dialogi są nagrane i po angielsku, i po japońsku. Styl graficzny określany przez twórców mianem HD-2D to świetna mieszanka dwuwymiarowych sprite'ów, trójwymiarowego otoczenia i rozpikselowanych tekstur. Na obrazkach wygląda to bardzo ciekawie, ale w ruchu to zupełnie inna bajka, gdy zapatrzymy się w cienie przelatujących na niebie chmur, realistyczną wodę, efekty padającego śniegu czy deszczu, które nadają głębi pozornie płaskiej rzeczywistości. Czapki z głów przed wybitnym rozwinięciem retro stylistyki.

Octopath Travelr jest dla mnie sporą niespodzianką, bo nie sądziłem, że Square Enix wniesie aż tak dużo świeżości w pozornie archaiczną produkcję. Zamiast żerowania na nostalgii jest ewolucja. Zamiast archaizmów mamy świeże podejście do wielu elementów znanych z 16-bitowych jRPG-ów. Chociaż kilku rzeczy i tak bym się pozbył, np. grindu ośmiu postaci dzielonych na dwie drużyny czy losowych starć z niewidocznymi na mapie przeciwnikami. Nie do końca spodobał mi się też sposób narracji i naprawdę minimalna zależność poszczególnych opowieści. Jako oddzielne opowiadania są super, ale cały czas liczyłem na coś więcej. Z drugiej strony mam ogromny szacunek za zbudowanie prawdziwie żyjącego świata z mnóstwem ciekawych NPC-ów i systemem reputacji w oparciu o nasze działania.

Niezależnie, czy lubicie wracać do przeszłości, czy szukacie zupełnie nowych pomysłów w jRPG, Octopath Traveler to gra dla was.

Octopath Traveler (Switch)

  • Osiem niezależnych opowieści
  • system walki
  • rozwój postaci i mnóstwo strategii
  • oprawa audiowizualna
  • dodatkowe wyzwania dla twardzieli
  • Poszczególne historie się nie przeplatają
  • grind i losowe walki
  • momentami przegadana narracja

Przed wyruszeniem w podróż zbierz rozpikselowaną drużynę

Najnowsze
Lubisz nas?