InformacjeFelieton

Grinch, Ebenezer Scrooge, gry wideo? Czy branża nie lubi Bożego Narodzenia?

... Piotr Bajda

Szeroko rozumiany "okres świąteczny" jest dla gier wideo kluczowy. Tradycyjne zakupowe szaleństwo końcówki roku to El Dorado każdego wydawcy. Samo Boże Narodzenie już tak istotne dla twórców gier nie jest.

Przemysły filmowy i muzyczny już dawno, dawno temu odkryły, że na świątecznej gorączce (której pierwszy symptomy pojawiają zazwyczaj już z początkiem listopada) można dobrze zarobić. Co roku do kin trafiają filmy nakręcone z myślą o żerowaniu na pachnącym igłami choinki oraz bigosem okresie. Od tych robiących te bezpośrednio (kolejna historia o problemach w warsztacie Świętego Mikołaja), przez te korzystające ze świątecznej atmosfery jako budulca fabuły (znaleziona w wigilię miłość życia i pocałunki pod jemiołą lub zawieruszone dzieciaki), aż po te sięgające po symbolikę w ramach kontrastu (źli ludzie przerywają firmową wigilię w przeszklonym wieżowcu). Sklepy muzyczne natomiast regularnie zalewają płyty z kolędami autorstwa muzyków, którzy kilka lat temu uświadomili sobie, że najlepsze lata mają za sobą, a willa z basenem sama się nie spłaci. Najbardziej dochodowe medium w świecie rozrywki jednak się po te łatwe pieniądze nie schyla. Czemu?

W skrócie: to gra nie warta świeczki. Między grami a filmami i muzyką jest wiele różnic, ale dwie wybijają się na czoło stawki - ceny i przeznaczenie. Za film - a właściwie możliwość posiedzenia w dużym pomieszczeniu, gdzie jest wyświetlany - płacimy raz (DVD i Blu-raye to inna bajka), zależnie od szerokości geograficznej od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych. Płytę z pastorałkami też kupimy za podobną kwotę, posłuchamy pod koniec grudnia, a potem na rok/na zawsze o niej zapomnimy. Z grami jest trochę inaczej. Są znacznie droższe, mają dłuższy cykl życia na półce (kto kupi grę z Rudolfem na okładce w marcu?) i - wbrew temu co chcieliby najwięksi wydawcy - zazwyczaj nie rzucamy ich w kąt po trzech dniach, by pobiec do klepu po kolejną. Wydawanie drogiego (i dla klienta, i dla producenta) produktu z tak krótkim terminem przydatności to zatem kiepska inwestycja.

Stworzenie trafiającej do szerokiej publiczności gry najwyższej próby to zabawa dla najbogatszych. W świecie, gdzie budżety gier wideo przekraczają magiczną barierę stu milionów dolarów (plus co najmniej drugie tyle na promocję i marketing) ryzyko jest najgłębszym tabu. Gracze lubią strzelać, wysadzać wszystko w powietrze, nie przepadają za morałami i nie przeszkadza im rozjeżdżanie prostytutek. Nie zgadzacie się? Spójrzcie na listy najpopularniejszych gier ostatnich lat. Zbudowanie wokół takich aktywności gry z nutką świątecznej magii byłoby - delikatnie mówiąc - sporym wyzwaniem. Szczytu rankingu NPD za listopad czy grudzień nie zdobędzie się grą o zakleszczonym w kominie Mikołaju lub znajdowaniu sensu życia przy pierwszym od dekad opadzie śniegu w Kalifornii.

Zresztą, po co brać się za barki z grową adaptacją Opowieści wigilijnej (matryca każdego świątecznego dzieła popkultury) skoro mamy Call of Duty? Dickens przetłumaczony na zera i jedynki a) nie przyniesie takich zysków, b) znaleziony pod choinką nie ucieszy tylu nastolatków.

Filmowcy sięgają po Boże Narodzenie także dlatego, że pozwala na rozmaite skróty w scenariuszu. Tania dramaturgia? Święta! Wygodnie opustoszałe miasto? Święta! Opieszałe służby mundurowe? Święta! Niespodziewane akty dobroci czy stopniałe serca? Święta! To, na co wszyscy podświadomie czekamy - bożonarodzeniowy cud? Święta! Gry również mogą z tego korzystać. Nie tylko do opowiadania historii, ale także z powodów technologicznych (łatwiej zrobić puste ulice niż tętniące życiem). Nie robią tego jednak nader często. Najświeższy przykład to Batman: Arkham Origins, gdzie osadzenie akcji w najszczęśliwszym okresie roku okazało się świetnym zagraniem. Porównań Batmana (jak i każdego super herosa) do Jezusa pojawiło się przez lata mnóstwo, więc w nie zagłębiać się nie będziemy. Przeprawa nieopierzonego pogromcy niegodziwości przez małe piekło nabiera symboliki zaczynając się akurat 24 grudnia z innej przyczyny. To w końcu najbardziej rodzinna ze wszystkich uroczystości, a prywatnej sytuacji Bruce'a Wayne'a nikomu przybliżać przecież nie trzeba.

W ostatniej dekadzie o Boże Narodzenie zahaczyło też między innymi Rockstar przy okazji Bully, sprowadzając je do wstydliwego swetra z reniferem czy IO Interactive w Hitman: Blood Money (choć osadzili je w lipcu), gdzie na rózgę (eufemizm, chodzi o garotę) załapał się sam Mikołaj, a jego miejsce zajął łysy zabójca. To zresztą nie jedyny przypadek sięgnięcia duńskich ojców 47 po świąteczną otoczkę - Hitman 2: Silent Assassin promowała prosta, flashowa gra o mordowaniu elfów (zagracie w nią tutaj).

Jeden z najgorszych możliwych scenariuszy na trzy wolne od pracy, świąteczne dni przedstawiła katastroficzna produkcja Raw Danger od japońskiego studia Irem. Odporną według założeń na psikusy natury metropolię nawiedza potężne trzęsienie ziemi, dzięki któremu jedynym trafionym prezentem tego roku było utrzymanie się przy życiu. Zwiastun z odpowiednią zawartością świątecznego szlagieru (nie jest to Last Christmas) wyjaśni Wam sytuację.

Dzięki wbudowanemu w GameCube'a zegarowi świąteczną gorączkę (tym razem akurat tę pożądaną, nie na skutek gangreny) mogliśmy poczuć także w Animal Crossing, a Boże Narodzenie na okres akcji jednej ze swoich gier wybrał także sam Hideo Kojima. Nie, Solid Snake nie uratował Mikołaja, ale jednego z jego sobowtórów przesłuchiwał bohater Snatchera, Gillian Seed.

Nasz przemysł nie pochyla się już chętnie nad stricte świątecznymi tytułami, ale w prostszych czasach (czytaj: gdy grano o mniejsze pieniądze) robił to z uśmiechem na ustach. W przeciwieństwie do graczy, którym nie było do śmiechu przy "zabawie" z (w przeważającej większości) słabiutkimi produkcjami. W pędzie za łatwym, świątecznym dolarem łapano się filmowych licencji (Santa Clause, rzecz oczywista: Kevin sam w domu, Grinch, Miasteczko Halloween), ratowania Mikołaja (James Pond 2: Codename: Robocod, Sam & Max: Ice Station Santa) czy wcielania się w samego brodacza (Santa's Christmas Caper, Daze Before Christmas, Santa Claus Saves the Earth oraz Santa's Xmas Caper, gdzie - uwaga - Mikusia znarkotyzowały elfy).

Z gier trudnych do zakwalifikowania warto wspomnieć Christmas Lemmings z samobójczymi stworkami w czerwonych kubraczkach oraz Elf Bowling (niewykluczone, że w kręgle grają elfy zamieszane w podanie narkotyków Mikołajowi). Nad tematem pochylały się też oczywiście popularne w czasach NES-a i SNES-a Bible Games, lecz robiły to w sposób, jakiego należy oczekiwać po grach nazwanych Bible Games. Tak, to zdecydowanie były prostsze czasy.

Na bożonarodzeniowe gry z krwi i kości nie mamy już zatem co liczyć, ale twórcy starają się przeszczepić świątecznego ducha do swoich dzieł. W tym magicznym okresie z pomocą przychodzi im DLC, które zaczyna mówić ludzkim głosem. Na okazjonalne dodatki zdecydowali się w 2013 między innymi autorzy Viscera Cleanup Detail, Borderlands 2, Payday 2 oraz Saints Row IV. Oczywiście nie tylko z dobroci serca. To prostsze i tańsze niż zbudowanie specjalnie w tym celu gry, a pozwala zachęcić do sięgnięcia po dany tytuł w dniach, gdy czasu na granie jest zazwyczaj pod dostatkiem. Oddany za darmo dodatek to także pewna forma prezentu, a przeciez lubimy obdarowujących nas podarkami.

Warto przy okazji wspomnieć o prawdopodobnie pierwszy świątecznym DLC. W grudniu 1996 roku przy zakupie wybranych gier na Segę Saturn lub branżowych magazynów można było liczyć na prezent - Christmas Nights, czyli złożone z dwóch poziomów rozszerzenie do platformówki Night into Dreams.

Prezent z okazji Bożego Narodzenia może też być drobiazgiem, w końcu liczy się pamięć. Hideo Kojima i spółka zgodnie z tą zasadą podarowali fanom Metal Gear Solid 3: Snake Eater dodatkowy kostium, dzięki czemu Big Boss śmigał po dżungli w czerwonym wdzianku Świętego Mikołaja.

Wspominałem, że te kilka dni w roku to zazwyczaj sporo czasu na granie. Jaki gatunek jest największym złodziejem godzin w królestwie gier? Tak, MMO, wskazujemy na ciebie palcami. Twórcy masówek stosują zatem różnorakie wybiegi mające oderwać rzesze graczy od suto zastawionych stołów. Większość liczących się tytułów zmienia w grudniu dekoracje, upychając gdzie się da choinki, prezenty oraz mocno zakorzenione w amerykańskich obchodach Bożego Narodzenia biało-czerwone laseczki. To pójście na łatwiznę. Niektórzy wysilają się ciut mocniej. Autorzy Dust 514 przyszykowali w tym roku szereg atrakcji, wśród których znajdziemy wspólne partyjki z użytkownikami czy szanse zgarnięcia prototypowych pukawek. Miło. W końcu chodzi o to, by święta spędzać razem, prawda?

Czy potrzebujemy w ogóle gier, które powiedzą nam w zamian za niemałe pieniądze "hej, zaraz będą święta" lub "hej, już są święta"? Zdecydowanie nie, bo a) i tak o tym wiemy, b) jeśli nie wiemy, przypomni nam o tym cała reszta, c) większość świątecznych gier przyprawiała o ból zębów, d) (uwaga, nadchodzi komunał) są w tym okresie rzeczy ważniejsze. Najwyraźniej nie potrzebuje ich też branża, skoro radzi sobie doskonale bez Call of Christmas 4 czy Grand Theft Rudolph V. Brak gier stworzonych z myślą o kapitalizowaniu miększych niż przez cały rok serc nie oznacza na szczęście, że dowolnej części tych wyjątkowych dni nie możemy poświęcić naszemu hobby. Mam nadzieję, że w tym roku znaleźliście na dobrą zabawę dokładnie tyle czasu, ile sobie życzycie.

Najnowsze
Lubisz nas?