David Arquette – "Rzeź" - recenzja

mastermind
2008/03/16 21:30
6
0

O jedną rzeź za dużo...

O jedną rzeź za dużo...

O jedną rzeź za dużo..., David Arquette – "Rzeź" - recenzja

David Arquette to aktor znany i przez wielu widzów ceniony, choć rzecz jasna do klasy Jacka Nicholsona czy Ala Pacino sporo mu jeszcze brakuje. Jako reżyser jest zaś kompletnie nieznany, pewnie dlatego, że jego debiut sprzed sześciu lat, film Selling Air (nie był rozpowszechniany w Polsce) jest dziełem niezwykle tajemniczym. Niewielu go widziało, nie wiadomo nawet, czy został dokończony. Arquette, który szerszej publiczności dał się poznać jako Malcolm z serialu Przyjaciele, a potem szeryf Dwight "Dewey" Riley ze wszystkich części Krzyku, zdradza wyraźne tendencje do straszenia widzów, skoro wziął na warsztat horror o prostolinijnym tytule The Tripper, który w Polsce przetłumaczono na Rzeź. Najwyraźniej tłumacz zdecydował się nawiązać do klimatu, bowiem rzeź na ekranie jest niemała – dzieło Davida Arquette to slasher czystej wody, a farba udająca krew leje się z ekranu hektolitrami. Zresztą o tym, czego mamy się spodziewać, świadczą już pierwsze sceny, w których, jak można się domyślać, obserwujemy przyszłego bohatera w duecie z piłą mechaniczną. Tyle że w zasadzie wszystko to, co Arquette serwuje widowni, ona już doskonale zna z innych tego typu filmów. Jeśli zatem nie przeraża Was przewrotne przesłanie powiedzonka: "Znacie? To posłuchajcie", można się filmem na moment zainteresować.

Pomijając początkową sekwencję, rzecz dzieje się w pewniej niewielkiej mieścinie położonej nieopodal gęstych leśnych ostępów. Ba! Drzewa w tym filmie to istne baobaby, co akurat nadaje Rzezi atmosferę nadrzeczywistości i grozy. I właśnie tam, w gęstwinie, ma się odbyć młodzieżowy festiwal, coś na wzór lokalnego Woodstock. Wiadomo, impreza rockowa, więc alkohol lać się będzie strumieniami, a narkotyki wysypią się z plecaków dzieciaków całymi tonami. Młodzież nie zamierza też stronić od seksu, a reżyser nie ma oporów, by to pokazywać, jak to zresztą w slasherze bywa. Wszak horror i golizna łączą się nie od dziś.

Miejsce na festiwal jest jednak o tyle źle dobrane, że lokalni autochtoni doskonale wiedzą, że co jakiś czas w tychże lasach jakiś nieuważny turysta ginie bez śladu. Stąd opowieści o szaleńcu, seryjnym mordercy, który najwyraźniej upodobał sobie bogatą w tlen okolicę. Mrożące krew w żyłach historie nie przerażają jednak grupy przyjaciół, która błękitnym minivanem jedzie się zabawić, dawkując sobie przy okazji używki wszelkiego rodzaju w ilości ponadprzeciętnej. Jednym słowem zabawa na całego, a wyrobiony widz wie dokładnie, czego się spodziewać. Aby połatać jeszcze rozchodzącą się w szwach fabułę, scenarzyści wrzucili w nią protest obrońców przyrody, przekupnego burmistrza, któremu zależy na tym, by festiwal się odbył, podupadającego gwiazdora rocka, który za wszelką cenę chce wystąpić i kilku dziwacznych staruszków, co to młodych ludzi straszą.

Niestety, wygląda na to, że zbyt wiele grzybów wrzucono w ten barszcz i wyszła z tego strawa raczej ciężka do przełknięcia. Największą wadą filmu jest bowiem fragmentaryczny scenariusz, który stanowi raczej zlepek mniej lub bardziej udanych scen grozy niż jakieś przemyślane strukturalnie dzieło. Zważywszy na to, nie sposób nawet mówić o dobrym aktorstwie, bo ma się wrażenie, że spora część materiału mogła po prostu przepaść w montażu. Od mniej więcej pięćdziesiątej minuty akcja zdecydowanie przyspiesza, bowiem funkcjonariusze i uczestnicy zbliżającego się koncertu odkrywają w końcu, że tu i ówdzie wiszą/leżą sobie nadgryzione zębem czasu zwłoki. Końcowe sekwencje są nawet niezłe, ale to raczej niewiele daje na tle kiepściutkiej pierwszej części filmu.

Rzeź nie powali raczej na kolana miłośników kina gore, bowiem zastosowane przez autorów motywy są już mocno ograne. Ubrany w maskę z podobizną prezydenta Busha bestialski morderca lubuje się w rozwalaniu czaszek przy pomocy strażackiego topora, ale nie stroni również od zadawania ciosów nożem, szatkowania, cięcia i zwykłego bicia. Ponadto będziemy świadkami szycia skóry na głowie pewnego delikwenta na żywca, ataków psów na ludzi czy rozcinania piłą pewnego mężczyzny. Przyznacie, że ten sadystyczny instruktaż dla młodych psychopatów jest dość ograny...

Doprawdy w dziele Davida Arquette'a trudno doszukać się jakichś mocniejszych stron. W wielu momentach film jest zbyt chaotyczny, a wtedy, gdy wiadomo, o co biega, zbyt sztampowy i przewidywalny. Wielbiciele slasherów z pewnością nie mają czego w nim szukać, inni zaś – tym bardziej.

Plusy: + ciężko się czegoś doszukać... Minusy: - fragmentaryczność... - banalny scenariusz - ograne schematy

GramTV przedstawia:

Tytuł: Rzeź Reżyser: David Arquette Scenariusz: David Arquette, Joe Harris Zdjęcia: Bobby Bukowski Muzyka: Jimmy Haun, David Wittman Obsada: David Arquette, Richmond Arquette, Courteney Cox, Paz de la Huerta, Ben Gardiner, Balthazar Getty, Lukas Haas, Josh Hammond, Stephen Heath Produkcja: USA, 2006 Dystrybucja: Vision Cena: ? Strona WWW: tutaj

Komentarze
6
Usunięty
Usunięty
16/03/2008 23:32

Wyglada na to, ze kolejny "cudowny" filmik... nawet tytul jest wprost "genialny i nowatorski" ;-D

Usunięty
Usunięty
16/03/2008 22:54

Maksymalnie pusty slasher do wcinania popcornu. Jaka ja takie filmy niezdrowo lubię do odreagowania. ;)

Usunięty
Usunięty
16/03/2008 22:46

Po to się robi takie recenzje żebyś wiedział na co nie iść.




Trwa Wczytywanie