Mistrzostwa Europy w Pro Evolution Soccer 6
Tak też było podczas tegorocznych Mistrzostw Europy w Pro Evolution Soccer 6. Organizowany przez producenta i wydawcę serii, firmę Konami, turniej zgromadził najlepszych graczy ze Starego Kontynentu. Po raz trzeci zaś do tego zaszczytnego grona zaproszono reprezentantów naszego kraju i ich udział bynajmniej nie pozostał niezauważony.
Głośne España, España!
Przyznane Polsce dwa miejsca na zawodach trafiły do Tomasza "Radomiaka" Bieniasa i Sebastiana Płócienniczaka. Ta, wyłoniona na drodze krajowych eliminacji, dwójka dokładnie 11 października zameldowała się w Sewilli, która to decyzją organizatorów została wybrana na tegoroczną arenę zmagań. Jako że turniej główny przeprowadzono dopiero dwa dni później, po zameldowaniu się we wpisanym w architekturę Stadionu Olimpijskiego hotelu, czas można było spożytkować na treningi. I takie rozwiązanie wybrała znakomita większość graczy, w tym także nasi reprezentanci. Ulokowani w drugim hotelu przedstawiciele mediów i szeroko pojętej branży od pierwszych godzin nie mieli lekko. Otwierająca cały event konferencja prasowa była jedynie preludium do przewidzianych na kolejne dni atrakcji. Klasycznie już Mistrzostwa Europy poprzedzał turniej dla dziennikarzy. Biało-czerwonych barw broniła trójka przygotowanych na najgorsze entuzjastów wirtualnej piłki nożnej, w tym niżej (a właściwie - wyżej) podpisany. Zgodnie z tradycją - boje toczone były na najnowszej, debiutującej dopiero na rynku edycji gry. Tym razem trafiło na PES-a 2008. Mimo posiadanych wcześniej informacji, na temat platformy, przy której przyjdzie nam kruszyć kopie (Xbox 360), nie byliśmy przygotowani na jedno - wybitnie nikczemnych rozmiarów panele LCD w formacie 4:3. De facto przeskalowany obraz nie wyglądał najlepiej i jakkolwiek ciężko mówić tutaj o przesadnym komforcie grania, to prawdziwy problem stanowił sam system rozgrywek. Ale nic to, wszak Media Cup ma charakter (przynajmniej w teorii) czysto rozrywkowy. Nie oznacza to jednak, że emocji nie brakowało.Świat w kanarkowych barwach
Zgoła odmiennie wyglądało to podczas kulminacyjnego punktu całej imprezy. Spośród reprezentantów szesnastu krajów biorących udział w Mistrzostwach Europy, niemal wszyscy postawili na Brazylię. Bodaj tylko dwie osoby zdecydowały się na wybór innych teamów. Nie ma się zresztą czemu dziwić - skoro gra toczy się o najwyższą stawkę, nie warto jeszcze przed rozpoczęciem meczu stwarzać przewagi i ułatwiać zadania rywalowi. W sytuacji, kiedy wszyscy wybierają tę samą drużynę liczą się tylko umiejętności. Podobno. Podczas gdy pogoda w Warszawie podczas naszego wyjazdu raczej średnio motywowała do jakichkolwiek przejawów aktywności, tak hiszpańskie słońce po prostu przywracało energię i chęć do życia. Tę zaś mieliśmy okazję spożytkować podczas turnieju zorganizowanego na płycie Stadionu Olimpijskiego. Co ciekawe, obiekt ten nie jest systematycznie użytkowany, gdyż powstał jako arena igrzysk, o których przeprowadzenie starała się Sewilla. Organizacja przypadła w udziale innemu miastu, natomiast sam stadion pozostał. Zupełnie odwrotnie niż u nas... W każdym razie po podziale na kilka drużyn przystąpiliśmy do walki o każdy centymetr murawy. Walka była zacięta (momentami nieporadna), ale jedno przyznać trzeba - entuzjazmu nie brakowało w zasadzie nikomu. Dało się jednak zauważyć pewną prawidłowość. Liczebniejsze grupy, z naciskiem na Anglików, grają wspólnie systematycznie (do tego co najmniej dwóch z nich dysponowało całkiem konkretnym uderzeniem), co widać było na boisku (zgranie robi swoje) i to oni ostatecznie okazali się tego dnia najlepsi. Całkiem nieźle, szczególnie od strony technicznej, zaprezentowali się Japończycy i nawet Seabassowi parokrotnie udało się wpakować piłkę do siatki. Ze względu na brak możliwości utworzenia zespołu składającego się tylko z Polaków (mimo wszystko w trójkę raczej nie dalibyśmy rady), dołączyliśmy do innych ekip. Bardzo optymistycznie założyłem, że zbratanie się z Portugalczykami może przynieść nam wiele pożytku. Jednakowoż w żadnym z nich nie obudził się ani Figo, ani inny Cristiano Ronaldo. Bywa.Jeśli nie dziś, to kiedy? Jeśli nie tu, to gdzie?
Po rozlosowaniu grup przystąpiono do walki. Jako pierwszy z Polaków do konsoli (tym razem - rzecz jasna - PlayStation 2) zasiadł Sebastian. Zaczęło się nienajlepiej, od porażki z Irlandczykiem. Dalej było tylko lepiej i ostatecznie nasz zaledwie dwunastoletni reprezentant zajął drugie, premiowane awansem, miejsce w swojej grupie. Co prawda przez chwilę powiało niepewnością, bowiem o kontynuowaniu udziału w turnieju zadecydowała nie liczba punktów, ale bilans bramek. W zasadzie to tę nerwówkę sobie i nam (chyba jednak przede wszystkim nam) zafundował Sebastian na własne życzenie. W meczu z Francuzem wicemistrz Polski prowadził 2-0, a kiedy jego Roberto Carlos zobaczył czerwoną kartkę, Seba nie dokonał żadnych korekt ustawienia (właściwie to w ogóle niewiele zmieniał na przestrzeni całych zawodów), co w niedługim czasie zemściło się, gdyż jego przeciwnik z premedytacją wykorzystywał powstałą w obronie lukę. Mecz zakończył się rezultatem 2-2. Gdyby nie to, młody gracz znad Wisły zająłby pierwsze miejsce w swojej grupie. Ale spokojnie, doświadczenie ma to do siebie, że przychodzi z czasem. Przez pierwszą turę nie przebrnął niestety Radomiak. Chociaż przy odrobinie szczęścia mogło być zupełnie inaczej (osiągane przez niego rezultaty były skrajne - od zwycięstwa 5-1 do porażki 0-5). W ćwierćfinale na jedynego pozostałego w stawce Polaka czekał nie kto inny jak El_Matador. W zasadzie "młodego" wszyscy spisywali na straty, co zresztą zdawał się potwierdzać przebieg spotkania. Niemiec ciągle atakował, już na początku wypracował sobie kilka dogodnych sytuacji (nie oddawał jednak strzałów - wyraźnie czekał na stuprocentową sytuację). Sebastian całkiem odważnie poczynał sobie w defensywie, wielokrotnie grając na pograniczu faulu (ach te wślizgi w polu karnym), momentami groźnie kontrując. Jedna z takich akcji przyniosła mu prowadzenie ku ogólnej uciesze zgromadzonych widzów. Zahartowany na wielu turniejach Niemiec zdołał jednak wyrównać. Po regulaminowym czasie gry nie doczekaliśmy się rozstrzygnięcia.Cudze chwalicie...
Później (a było już wyraźnie po północy) nastąpiło wręczenie nagród, przy czym wyróżniono również Sebastiana (zgarnął smycz i PES-a 2008 na PS2), który okrzyknięty został rewelacją imprezy. Zresztą ten chłopak urzekł wszystkich. W odróżnieniu od większości zawodników, bawił się grą, z każdego meczu czerpiąc satysfakcję, a uśmiech nie schodził z jego twarzy. Poza tym miejsce w pierwszej czwórce (meczu o trzecie miejsce nie rozgrywano) tak prestiżowych zawodów to naprawdę olbrzymi sukces. I za to zdecydowanie należy mu się szacunek.
Zresztą nie tylko jemu, bo i mistrz Polski - Tomek - spisał się naprawdę dobrze, chociaż podczas samego turnieju, jak to w sporcie bywa, najzwyczajniej w świecie zabrakło mu odrobiny szczęścia. Dość powiedzieć, że w trakcie jednego z rozgrywanych tytułem przygotowań sparingów strzelił McLeanowi trzy bramki w zaledwie 30 minut. Ale właśnie taka jest piłka nożna. Grecja najlepszą drużyną Starego Kontynentu. Mistrzostwa Europy w Polsce. Kto by pomyślał.Tak zakończył się najważniejszy turniej w historii Pro Evolution Soccer 6. Właśnie teraz wszyscy przesiadają się na nową część gry i za rok znów walczyć będą o tytuł tego najlepszego. Niewykluczone więc, że to Wy za rok pojedziecie na mistrzostwa, aby na powrót sprowadzić utracony w 2006 roku tytuł do Polski. Jak tego dokonać? Trening, trening i jeszcze raz trening!