InformacjeFelieton

Pyrkon 2018, czyli dwa do przodu, trzy do tyłu...

... Michał Grabowski

Trochę czasu od tegorocznego Pyrkonu minęło, więc można na spokojnie podsumować tegoroczną edycję festiwalu.

Podsumowanie tegorocznego Pyrkonu wylądowało dziś z dwóch powodów. Pierwszy, to Dzień Dziecka… a tak właściwie trochę dłuższy niż zazwyczaj weekend majowo-czerwcowy. Drugi, nieco bardziej poważny to ten związany z uporządkowaniem pewnych myśli.

Jak co roku poznański festiwal fantastyki to świetna okazja na spotkanie ze znajomymi, obkupieniu się w przeróżne gadżety czy spędzenia kilku dłuższych chwil w kolejkach na prelekcje. To jeden z tych momentów w roku, gdy idąc po ulicach miasta widzisz innych ludzi z kolorowymi plakietkami, którzy poubierani są w ulubione postacie z gier, anime czy inne fantastyczne stroje. Stężenie geekozy i nerdozy na metr kwadratowy poważnie wzrasta. Trzeba pochwalić organizatorów za to, że sprawnie udało się ten cały tłum obsłużyć i wprowadzić na teren Międzynarodowych Targów Poznańskich. Jeszcze dwa lata temu długie wyczekiwanie przed głównym wejściem tylko po to, aby odebrać wejściówkę było normą. W tym roku rozładowanie tłumu odbywało się nadzwyczaj sprawnie. Podobnie sprawa wyglądała w przypadku hali wystawców czy gier elektronicznych. Niby ludzi było sporo, ale w ostatecznym rozrachunku nie było czuć większego ścisku.

43 034 osób odwiedziło hale MTP w ciągu trzech dni. Z pewnością mogłoby być więcej gdyby nie wydarzenia, które akurat w tym czasie również miały miejsce w innych miejscach w Polsce. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdemu się dogodzi w kwestii terminu, ale lepszym wyborem byłaby końcówka kwietnia. Dłuższy weekend majowy z Pyrkonem? Wchodzę w to! Może i aura będzie nieco bardziej przyjazna, a skwar nie będzie lał się z nieba. Innym plusem był fakt, że wejściówka uprawniała do darmowych przejazdów komunikacją miejską na czas trwania konwentu. Świetny pomysł dla tych, którzy swój nocleg zaplanowali nieco dalej niż centrum miasta, gdzie ceny na czas Pyrkonu wskakują czasami na poziom absurdu. Dobrym pomysłem było również transmitowanie niektórych kluczowych wydarzeń i prelekcji na telebimach oraz w internecie. Dla tych, którzy nie dostali się na nie, zawsze mogli ratować się tymi dwoma sposobami.

Byli znani autorzy (m.in. Robin Hobb, Graham Masterton, Orson Scott Card), pojawili się również Felicia Day, Jon Bailey czy Jessie Cox oraz wielu, wielu innych. Szkoda tylko, że jak co roku, aby dostać się na te najbardziej interesujące panele oraz prelekcje, trzeba było swoje w kolejkach odstać. Niektóre z nich zaczynały się wcześniej, inne – kończyły się szybciej. Ostatecznie, kto miał możliwość zapisania się na wydarzenia z biletów wcześniejszego dostępu, to właściwie nie musiał się obawiać o brak miejsca. Reszta niestety… musiała brać udział w „Kolejkonie”.

Szkoda również, że w przypadku hali gier elektronicznych próżno było szukać czegoś więcej niż tylko kilku stoisk producentów sprzętu, wielkiej (i imponującej) karczmy Hearthstone czy stanowiska Nintendo. Wydawało mi się, że w ubiegłym roku było o wiele więcej atrakcji i stoisk dla graczy. Nawet, jeśli byli to wystawcy niezależni. Cieszy natomiast to, że niektórzy wystawcy wracają do Poznania. To zawsze dobry sposób na to, aby przepuścić trochę pieniędzy na książki, komiksy czy inne gadżety.

Cały czas jednak miałem wrażenie, że mimo tego całego rodzinnego klimatu, wielu uśmiechniętych twarzy uczestników oraz dziesiątek różnych cosplayów… czegoś tej imprezie zabrakło.

Zabrało duszy, która towarzyszyła jeszcze w ubiegłym roku. Wydaje mi się, że promocyjnie Pyrkon trochę popłynął próbując zainteresować wszystkich wydarzeniem na wręcz nieprawdopodobną skalę. Nawet Jon Bailey wystąpił w jednym ze zwiastunów i trzeba przyznać – był on naprawdę świetny. Tylko nadal wydaje mi się, że to wszystko trochę zbyt wysoko mierzy lub mierzy odbiorcę nastawionego na trochę inne atrakcje. Być może to wynikowa zmieniających się trendów? Tego nie wiem. Tak czy inaczej, trochę tej „swojskości” na Pyrkonie ewidentnie zabrakło. Podobnie, jak w przypadku cen wejściówek. O ile trzydniowe karnety były nieco droższe i dało się to przełknąć, tak gdy ktoś chciał wejść tylko i wyłącznie w sobotę, to musiał przygotować się na wydatek rzędu 70 zł. Ostatecznie wykupienie wejściówki na piątek i sobotę równało się z ceną karnetu na weekend. Jeden powie, że to dobrze. Drugi, że osobom, które chciały wpaść w sobotę, zupełnie może się ten wypad nie opłacać.

Mam wrażenie, że gdyby tegoroczny Pyrkon nie był reklamowany z takim rozmachem, to być może mógłbym więcej wybaczyć. I te kolejki, i te ceny w food courcie. Nawet ceny biletów mogłyby być do przełknięcia, bo nadal wiele osób jeździ na konwenty dla niesamowitej, rodzinnej atmosfery i ludzi, których można tam spotkać. Tylko ostatecznie wraz z każdą kolejną edycją rosną też oczekiwania. W tym roku z pewnością Pyrkon ich nie spełnił. Było dobrze, co w tym przypadku niektórzy mogliby powiedzieć, że „tylko dobrze”. Zobaczymy, jak będzie za rok.

Najnowsze
Lubisz nas?