InformacjeInne

Brandon Sanderson o literaturze i grach wideo - pierwsza część wywiadu dla gram.pl

... Joanna Kułakowska i Łukasz M. Wiśniewski

Znacie go jako pisarza, ale jest również graczem. Przeorał Morrowind, uwielbia Dark Souls, maczał palce przy Infinity Blade. Przed wami Brandon Sanderson w wywiadzie dla gram.pl

Joanna Kułakowska: Na początek zapytamy o... początki. Utwory Brandona Sandersona powstały pośrednio dzięki pani Reader. Powiedz nam: co zapamiętałeś z powieści Dragonsbane? Czym tak bardzo cię zauroczyła, że aż zainteresowałeś się fantastyką?

Brandon Sanderson: W odróżnieniu od innych autorów ja, będąc dzieckiem, nie lubiłem czytać. Jakoś nie mogłem się do tego przekonać. Niektórzy twierdzą, że już jako trzylatki pożerali książki, a ze mną tak nie było. Ludzie cały czas dawali mi coś do czytania, mówiąc: O, to na pewno ci się spodoba, ale jakoś tak się składało, że były to same powieści w rodzaju: Jest chłopiec, który ma psa, i pies umiera... No straszne nudy... Dopiero, gdy byłem w ósmej klasie, moja nauczycielka dała mi książkę fantasy. To nie był mój pierwszy kontakt z literaturą fantasy – już wcześniej próbowałem czytać Tolkiena, jego książki były jednak dość trudne i jakoś mnie nie wciągały. Natomiast dokonała tego powieść Dragonsbane Barbary Hambly.

(foto: Łukasz M. Wiśniewski)

Łukasz M. Wiśniewski: A dlaczego akurat ta powieść wciągnęła cię tak bardzo? Miała jakieś specyficzne cechy? Może twoja odpowiedź stanie się pomocna, by wyłowić książki, które zachęcą dzieciaki do czytania...

B.S.: Tak na pierwszy rzut oka to ta książka w ogóle nie powinna mi się spodobać. Jest to powieść o kobiecie w średnim wieku, której niegdyś przepowiedziano, że będzie wielką czarodziejką, ona jednak nie może poświęcić się praktykowaniu magii – nie ma czasu się tym zajmować, ponieważ ma rodzinę na głowie. Można powiedzieć, że jest to tak naprawdę książka o wyborze pomiędzy karierą a rodziną, i teoretycznie nie ma tu nic, co mogłoby zainteresować czternastoletniego chłopaka... tymczasem bardzo mi się spodobała. Zwłaszcza to, do jakiego stopnia ta historia była nietypowa jak na fantasy. Mąż głównej bohaterki otrzymuje misję zabicia smoka, gdyż jest on jedyną żyjącą osobą, która zabiła smoka, tyle że zrobił to, kiedy był młody... Teraz jest już podtatusiałym pięćdziesięciolatkiem i zastanawia się, jak niby ma to zrobić!

Zafascynowała mnie opowieść, w jaki sposób rozgrywa się misja, i sam opis działania magii w tym świecie. W tej książce jest pełno magii i wspaniałych przygód, a jednocześnie bardzo przemawiała do mnie z osobistych względów. Moja mama studiowała i ukończyła księgowość, była najlepsza, przy czym była też jedną z nielicznych studiujących tam kobiet, a jednak zdecydowała się odłożyć karierę na bok, żeby mnie wychować. Jako nastoletniemu chłopcu wydawało mi się to naturalne – w końcu jestem zajebisty, czyż nie? (Śmiech) Tak więc nie ma się co dziwić, że została w domu. Aż tu nagle czytam książkę o kobiecie, która jest w podobnej sytuacji, a ja cały czas kibicuję, żeby zajęła się magią – Olej rodzinę, zajmij się magią! – i kiedy skończyłem tę powieść, to, oprócz faktu, że świetnie się bawiłem, poczułem, że już zupełnie inaczej patrzę na swoją mamę. To zupełnie zmieniło mój świat.

J.K.: Czyli ta lektura miała świetny, dydaktyczny wpływ – bawiła, ucząc.

B.S.: Właśnie to jest potęga literatury fantastycznej i powód, dla którego ją kochamy – możemy tworzyć opowieści, które są wspaniałe, niesamowite, pełne wymyślonych, niezwykłych rzeczy, ale jednocześnie opisywać istniejący świat i rzeczywiste problemy z perspektywy, której nie mamy w żadnym innym gatunku literackim. Uczy nas, jak zrozumieć innych ludzi. Sądzę, że to wielka moc fantastyki. Jako czytelnicy możemy udać się w fantastyczne miejsca i zobaczyć, jak ludzie żyją i jak się zachowują. Dzięki wyobraźni możemy zobaczyć, jak działają w wyjątkowych okolicznościach, w mitycznych misjach, ale również jak podchodzą do codziennych spraw i że są trochę tacy jak my. Pisząc książkę, nie chcę dawać jakichś lekcji. Sądzę, że zdecydowana większość pisarzy nie chce. Oczywiście, C.S. Lewis chciał, było trochę takich, którzy chcieli, ale większość z nas pragnie po prostu opowiedzieć wspaniałą historię, w której powiemy coś o byciu człowiekiem i przy okazji przemycimy jakieś spojrzenie na świat.

J.K.: Bardzo wcześnie zacząłeś tworzyć pierwsze szkice do swojego zamierzonego opus magnum – serii Archiwum Burzowego Światła. Mógłbyś pokrótce opowiedzieć, czym różniła się ta wizja od dzisiejszej? Czy kładłeś nacisk na coś innego niż teraz?

B.S.: Wizja zmieniła się diametralnie. Na początku nie bardzo wiedziałem, co robię. Przez to, że tak późno zacząłem czytać, tak późno wciągnąłem się w fantastykę, byłem naprawdę beznadziejny, gdy zaczynałem. Zanim sprzedałem pierwszą książkę, napisałem trzynaście innych – i w siódmej pojawiły się pewne pomysły, które wykorzystałem w Archiwum Burzowego Światła, w Drodze królów. W trzynastej było ich więcej. Tak naprawdę dopiero za czwartym podejściem napisałem tę książkę, którą chciałem napisać – dopiero w 2009 roku. Nie za czternastym razem, bo większość z tych tekstów w ogóle pomijam...

Ł.M.W.: Na co kładłeś nacisk przy kolejnych podejściach? Może nie tyle na przedstawienie wielkiej historii, co na konkretnych bohaterów i ich przeżycia?

B.S.: Pierwsza książka była całkowitą zrzynką z tego, co czytałem w tamtych czasach. W zasadzie można tak powiedzieć o większości tych podejść, ale podejmując kolejne próby, planowałem osiągnąć kilka celów. Po pierwsze, chciałem, żeby mój świat był wyjątkowy – zupełnie inny niż Ziemia – oczywiście, w tych wczesnych wersjach tego brakowało. Po drugie, chciałem mieć urozmaicony zestaw bohaterów – no i oczywiście w pierwszej książce bohaterem był szesnastoletni chłopiec, który miał ukrytą moc, przeznaczenie, do którego musiał dążyć, i z tego, co pamiętam, okazało się, że przy okazji był smokiem... No takie tam. (Śmiech) Tak naprawdę jedyną kwestią, która pozostała od początku do końca, jest postać Dalinara, a cała reszta doszła w trakcie.

J.K.: A czy już wtedy planowałeś stworzenie Cosmere?

B.S.: Na pomysł Cosmere, połączenie wszystkiego, wpadłem jeszcze jako nastolatek. Czytając różne książki, wymyślałem postacie, które w wyobraźni wplatałem w ich fabułę. Na przykład, gdy w Jeźdźcach smoków Anne McCaffrey w pewnym momencie pojawił się ktoś nienazwany, postać z tła, która rzuciła jedną kwestię, i niewiadomo było, kto to jest, ja od razu stwierdziłem: O nie... to jest ktoś, kto ma jakąś agendę, i stworzyłem całą historię. Potem tę samą postać wykorzystywałem w zupełnie innej książce i w jeszcze innej – i właśnie tak powstał Hoid. I kiedy sam zacząłem pisać książkę, naturalne było, że ta postać pojawiła się również tam – i w mojej opowieści także była to tajemnicza postać.

J.K.: Poszczególne powieści wydają się adresowane do nieco innych pod względem wieku czytelników i czytelniczek. Nie obawiasz się, że przez to niektóre osoby mogą nie poznać całego projektu?

B.S.: Nie każda książka jest dla każdego i jako autor chcę opowiadać ciekawe historie, które wciągną ludzi, których czytanie sprawi im przyjemność i które będą mogli wykorzystać tak, jak zechcą. Nie liczę na to, że każda książka, którą napisałem, będzie się podobała wszystkim. Nie oczekuję też, że komuś, komu się podobała jedna opowieść, będą się podobały wszystkie inne. W życiu tak nie jest. Ja sam zresztą lubię zróżnicowane rzeczy i raczej wszyscy tak mają. Czytać cały czas jeden typ książki to tak, jakby codziennie jeść to samo na obiad. OK, uwielbiam steki, ale jak raz na jakiś czas zjem ryż, to nic mi się nie stanie, nie przestanę przez to lubić steków.

J.K.: Jak najbardziej, lecz w pytaniu chodziło o to, że wszystkie książki z Cosmere zazębiają się o siebie. Nie muszą się w tym samym stopniu podobać, ale razem stanowią większy projekt – i może zaistnieć uzasadniona obawa, że wskutek zróżnicowania treści pod kątem wieku, ktoś nie pozna całego projektu.

B.S.: Ja boję się czegoś wręcz przeciwnego, nie chcę dopuścić, by któraś opowieść była przepełniona odnośnikami do innych i postaciami, które są lepiej opisane w innych utworach. Dlatego starałem się zachować całą ideę Cosmere w tle, tylko delikatnie zasugerować, żeby nowi czytelnicy nie czuli się przytłoczeni i wszystko rozumieli. Jest to smaczek, ale nie jest on niezbędny, by w pełni cieszyć się powieścią. W świecie wydawniczym jest takie powiedzonko: Zaczynając czytać, każdy czytelnik chce, żeby książka była samodzielną powieścią, i jeśli zrobisz dobrą robotę, to, kończąc czytać, każdy czytelnik chce, żeby była częścią serii. Chodzi o to, żeby uniknąć sytuacji, w której czytelnicy nie wiedzieliby do końca, o co chodzi w danej historii, i musieliby szukać, kto kim jest. Fajnie, jeżeli każda pozycja jest niezależna, każda historia stanowi całość samą w sobie i nie zawiera zbyt wielu elementów, które wymagają dodatkowego badania, a z drugiej strony, jeżeli osoby, które to wciągnęło, mają w czym głębiej kopać. I taki jest mój cel.

J.K.: Czy obecnie możesz wyobrazić sobie świat alternatywny, w którym zniechęcony Brandon Sanderson nie napisał trzydziestu książek, bo w 1994 roku, podczas konwentu Andromeda One, sędziowie konkursu literackiego nie zorientowali się, że czytają opowiadanie od tyłu? Co by wtedy robił?

B.S.: O rety, zrobiliście dobry research! (Śmiech) Dla tych, którzy nie wiedzą – w 1994 roku wziąłem udział w konkursie literackim dla uczniów i wysłałem opowiadanie, które niechcący spiąłem od końca do początku, ale i tak wygrałem. (Śmiech) Na szczęście sędziowie zorientowali się, że nie czytają we właściwej kolejności. Tak naprawdę, gdy spojrzę wstecz, widzę wiele takich newralgicznych punktów, że gdyby coś się troszeczkę zmieniło, to moja kariera mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. Co by się stało, gdyby moja nauczycielka nie dała mi tamtej książki? Co by się stało, gdybym nie znalazł wydawcy? I wszystkie te alternatywy są przygnębiające – te ścieżki prowadzą do bardzo mrocznej, dystopijnej przyszłości. Nie chodzi nawet o to, że bym nie publikował, bo to jest raczej odrębna sprawa, po prostu wyobrażenie sobie świata, w którym nie robię tego, co kocham, nie piszę książek, jest dla mnie naprawdę czymś strasznym. Nawet nie miałbym nic przeciwko temu, by zarabiać inaczej – gdybym musiał znaleźć sobie jakąś „prawdziwą” pracę, a książki pisałbym dla przyjemności. Ale jak sobie pomyślę, że mógłbym wykonywać jakąś nudną pracę i nawet nie wiedzieć, że mogę pisać książki... To jest najgorsze, co mogę sobie wyobrazić.

Ł.M.W.: Mamy zaprzyjaźnionych pisarzy, bardzo popularnych, którzy uważają, że między twórczością a życiem prywatnym powinna istnieć wyraźna granica – ich książki mają obronić się same. Nie korzystają z mediów społecznościowych, niczego nie wyjaśniają odbiorcom. Ty masz zupełnie inne podejście: dzielisz się pomysłami już w chwili, gdy przyjdą ci do głowy, a na twojej stronie internetowej istnieje cały dział Annotations, czyli behind-the-scenes. Wytłumaczysz naszym czytelnikom/czytelniczkom i naszym znajomym pisarzom, czemu uważasz, że taki ekshibicjonizm twórczy jest lepszy?

B.S.: Nie wiem, jak to jest z innymi, jak wygląda ich proces twórczy, i nie mogę się wypowiadać w ich imieniu. Nie ma czegoś takiego jak jeden jedyny prawidłowy sposób. Natomiast ja osobiście uważam, że jestem bardzo dużo winien czytelnikom. Dawniej, jeśli artysta chciał tworzyć, musiał znaleźć bogatego patrona, dzięki czemu mógł się całkiem poświęcić swojej sztuce – obecnie takim patronem są fani. I dlatego ja, niejako obnażając swój proces twórczy i utrzymując stały kontakt z czytelnikami, spłacam swój dług wobec nich. Dziękuję im za to, że dzięki nim mogę robić to, co kocham.

J.K.: Masz trójkę dzieci i mnóstwo utworów na koncie – w jaki sposób udaje ci się sprawnie łączyć życie rodzinne – na pewno intensywne – i intensywną pracę? Czy masz specjalny gabinet, do którego nie wolno wchodzić?

B.S.: To jest bardzo dobre pytanie, bo ogólnie rzecz biorąc, bycie pisarzem łączy się z tym, że pracuje się cały czas, mózg jest wciąż w procesie twórczym. Kiedy poślubiłem moją żonę, ona niezbyt rozumiała fakt, że czasami gdy z nią jestem, to w istocie nie do końca tak jest, bo w tle coś się u mnie przez cały czas dzieje. Nie doceniała tego, jak duży problem stanowi dla mnie wyrwanie się z procesu twórczego, oraz faktu, że kiedy jestem w pełni zanurzony w świecie, który tworzę, to nawet drobna komplikacja może mnie kosztować bardzo dużo. Nawet najmniejsza przerwa może utrudnić powrót do miejsca, w którym byłem. To jest niewątpliwie duży problem i potencjalny konflikt. Autor musi się nauczyć – a przynajmniej ja musiałem się nauczyć – że kiedy jest z rodziną, to musi być tylko z rodziną. I z drugiej strony – rodzina musi się nauczyć, że kiedy tworzę, to nie jest to czas dla rodziny. To stanowi sedno. Musiałem nauczyć się w pełni koncentrować na przebywaniu z rodziną, żeby nie miała mi za złe tego, że są takie momenty w życiu, kiedy zupełnie nie mam dla niej czasu.

Ł.M.W.: A jak wygląda twój dzień pracy?

B.S.: Wstaję koło południa, ponieważ jestem pisarzem. (Śmiech) Potem prysznic, ćwiczenia i od trzynastej do siedemnastej pracuję. Coś zjem i od siedemnastej trzydzieści, dopóki dzieci nie zasną, mam czas dla rodziny, przy czym dwa razy w tygodniu dzieci zostają w domu, a my z żoną wychodzimy i mamy czas tylko dla siebie. Moje dzieci idą spać około dwudziestej trzydzieści. Żona idzie spać około godziny dwudziestej drugiej ze względu na pracę. I po tej dwudziestej drugiej zaczynam znowu pracować, i pracuję tak mniej więcej do drugiej... A potem od drugiej do czwartej mam czas dla siebie. Gram w gry, słucham podcastów... Ogólnie tak spędzam czas. Idę spać, no i o dwunastej wstaję...

Słuchajcie, muszę spytać: grafika na waszych koszulkach to nawiązanie do Dark Souls, tak? Grałem w Demon's Souls, jak tylko gra wyszła. I bardzo mi się podobało, bo lubię gry w starym stylu, a ona miała w sobie właśnie coś takiego – nie rozpieszczała cię ani nic w tym rodzaju. Uwielbiam całą serię i grałem we wszystkie części, w tym Bloodborne.

Ł.M.W.: Tak, to koszulki Dark Souls, symbol ogniska. To już wiemy, jakie gry komputerowe lubisz. (Śmiech)

B.S.: O tak, Dark Souls! Poza tym lubię gry strategiczne w stylu Cywilizacji. Ostatnio podobało mi się Stellaris... Czy ty masz pierścień z Wiedźmina? Wygląda jak pierścień z Wiedźmina. Nie? To tylko zwyczajny pierścień z wilkiem?

L.M.W.: Raczej nordycki. Z Wiedźmina mamy wisiorki.

B.S.: No tak, raczej nordycki. W każdym razie miałem Atari, kiedy miałem osiem lat, i wszystkie inne systemy od tego czasu.

L.M.W.: No to pozostając przy grach: czy miałeś jakąś styczność z grą TES 3 Morrowind? Niektóre elementy świata Roshar bardzo ulotnie, ale jednak kojarzą się z wyspą Vvardenfell... Te chitynowe pancerze...

B.S.: Jeżeli mnie się bardzo przyciśnie, ale tak naprawdę mocno, to przyznam, że pod względem produkcyjnym Skyrim stanowi lepszą grę – jest bardziej dopracowany, pewne aspekty gameplayu są lepsze. Natomiast zdecydowanie wolę Morrowind, który jest dużo lepszą grą pod względem opowieści, konstruowania świata, i gdzie więcej rzeczy jest dopuszczalne, więcej można pokombinować... Brakuje mi tylko tego, żeby można było zrobić jeszcze więcej. Żeby można było stworzyć potężniejsze czary, jeszcze bardziej kombinować... Ale w końcu po to są mody. Moją ulubioną zagrywką w Morrowindzie było przejmowanie umysłów ważnych postaci, np. kupców, i wysyłanie ich do mojej bazy. I w pewnym momencie moja baza była pełna – siedzieli tam prawie wszyscy ważniejsi NPC, myśląc, że są u siebie w domu i robią to, co zwykle, ale to ja miałem nad nimi kontrolę... (Śmiech)

Ł.M.W.: Nie śpieszyło ci się, prawda?

B.S.: Nie, nie śpieszyło. Zmuszenie ludzi za pomocą kontroli umysłu, żeby podążali za tobą, jest trudne, ale ciągle jej używałem, bo w ten sposób można zapanować nawet nad najpotężniejszymi postaciami ze świata i przenieść je do swojej bazy. Było super!

(foto: Łukasz M. Wiśniewski)

Brandon Sanderson – amerykański pisarz fantastyki i powieści przygodowych dla młodzieży. Znany jest jako twórca oryginalnego uniwersum fantasy – Cosmere – i autor nietuzinkowych utworów o zróżnicowanej tematyce. Zadebiutował w 2005 roku powieścią Elantris, która ukazała się na polskim rynku nakładem wydawnictwa MAG w 2007 roku. Dwukrotny laureat nagrody Hugo w 2013 roku – m.in. w kategorii „Najlepsza powieść” za Duszę cesarza. Po śmierci Roberta Jordana, autora cyklu Koło Czasu, Sanderson został wybrany przez żonę zmarłego (Harriet Rigney), aby dokończył ostatni, dwunasty tom – jako że materiał okazał się niezwykle obszerny, ów tom rozrósł się do trzech. Obszerność dzieł to cecha charakterystyczna tego pisarza – obecnie jest on autorem ponad trzydziestu książek w kilku cyklach, jak na przykład: Z mgły zrodzony, Elantris, Mściciele, Rozjemca (w poprzednim wydaniu Siewca Wojny), Archiwum Burzowego Światła. Na ten ostatni składają się, liczące około tysiąca stron, tomiszcza: Droga królów (MAG, 2014), Słowa światłości (MAG, 2014), Dawca przysięgi – polskie wydanie zostało podzielone na dwie części, pierwsza ukazała się u nas w zeszłym roku, druga będzie miała premierę 18 kwietnia 2018 roku. W pracach nad tym olbrzymim wywiadem pomagała nam aż dwójka tłumaczy – Grzegorz Zieliński i Anna Studniarek, która jest autorką przekładu Archiwum Burzowego Światła i innych książek Sandersona.

Część drugą wywiadu można przeczytać, klikając w zdjęcie poniżej, zaś trzecią pod kolejnym obrazkiem.

Foto: Łukasz M. Wiśniewski

Foto: Lukasz M. Wi¶niewski

Najnowsze
Lubisz nas?