InformacjeRecenzja - PC

Piractwo bezcelowe. Recenzja Sea of Thieves

... Sławek Serafin

Chciało by się ruszyć na morze, by grabić, łupić, plądrować i wołać Arrrrrrr!

Głupio mi. Głupio mi, że okazałem się być tym starym piratem, który już nie pływa, tylko siedzi w portowej tawernie i sieje defetyzm wśród młodszych psów morskich. Oni planują nową wyprawę, która ma im przynieść nieprzebrane bogactwa oraz sławę na całych Karaibach, a on wytyka błędne założenia, luki w tymże planie i ogólnie jest bardzo pesymistycznie nastawiony do całego przedsięwzięcia. I to jeszcze nie jest takie złe, bo można tego typu marudzenie podciągnąć pod konstruktywną krytykę, nie? Gorzej, gdy się okazuje, że miał rację. A ja miałem.

Kilka tygodni temu we wrażeniach z bety Sea of Thieves dość jasno stawiałem sprawę, że dość pochmurno, żeby nie rzec nawet, że sztormowo, z dodatkowymi szkwałami albo może i rafami, których nie było na mapie, widzę przyszłość pełnej wersji tej gry, jeśli zostanie ona wydana mniej więcej w takiej postaci, jaka się zapowiadała w becie właśnie. Chciałem, żeby to było tylko takie czarnowidztwo, które nie będzie miało pokrycia w rzeczywistości. Serio, naprawdę chciałem, bo Sea of Thieves ma w sobie mnóstwo uroku i świetnych rozwiązań, które zasługują na sukces. Miałem nadzieję, że jakoś zrównoważą one inne, już nie tak fortunnie zaprojektowane aspekty gry. Nadzieja jednak matką… bezbronnych, czy jakoś tak. Po kilku wieczorach spędzonych na żeglowaniu, skarbów szukaniu i szkieletów dekonstruowaniu w pełnej wersji gry, niestety muszę potwierdzić, że moje obawy były słuszne. Szkoda. No naprawdę wielka szkoda.

Sea of Thieves potrafi na wejściu zachwycić. Jesteśmy piratem. W takim trochę kreskówkowym, infantylnym odrobinę świecie, ale całkiem niebrzydkim i do tego mocno radosnym, więc nie ma co narzekać. Zwłaszcza, gdy się okazuje, że tutaj możemy być piratem tak, jak jeszcze nigdzie i nigdy. Sporo było gier o tej tematyce, ale żadna nie pozwalała aż tak mocno poczuć wiatru w żaglach i słonej piany na twarzy. Świat w Sea of Thieves jest przerysowany i umowny, jasne, ale doznania, gdy już się stanie na pokładzie naszej krypy, jak najbardziej prawdziwe. Zwłaszcza, jeśli staniemy tam z kimś, a nie sami. Można w Sea of Thieves grać solo. Ale się nie powinno. Ta gra jest zespołowa. I tylko razem, choćby i we dwójkę tylko, się w nią gra, tak jak Neptun przykazał.

Sea of Thieves oferuje kooperację znakomicie, odkrywczo pomyślaną. Otóż, mamy tę naszą łajbę, prawda? No mamy. Jak każdy porządny żaglowiec posiada ster, maszty, żagle i takie tam. I trzeba się nimi zajmować. Chcemy zmienić kurs? Trzeba pokręcić kołem sterowym. Chcemy wiedzieć, jak mamy zmienić kurs? Trzeba stanąć nad mapą i popatrzeć na kompas. Chcemy rozwinąć lub zrefować żagle? Łapcie się za liny, moi drodzy. A rozejrzeć się mamy ochotę? Cóż, droga na bocianie gniazdo tudzież na bukszpryt jest otwarta. To jest statek, taki prawdziwy. I potrzebuje prawdziwej załogi. Zwłaszcza, jeśli to nie będzie mały slup, którym od biedy może się zająć jedna osoba, biegając po pokładzie jak szalona, tylko solidny galeon, w którym po rozwinięciu żagli biedny sternik za żadne pirackie skarby nie zobaczy już, dokąd płynie i czy aby nie prosto na jakieś skały.

Sea of Thieves narzuca nam współpracę w cudownie naturalny sposób. I to działa, nawet gdy nie gramy z przyjaciółmi, tylko z kompletnie obcymi ludźmi. Tutaj po prostu trzeba działać razem. Ktoś musi spojrzeć na mapę i wyznaczyć kurs, a potem go pilnować. Ktoś musi być za sterem. Ktoś musi baczyć na żagle. A gdyby się coś przydarzyło, na przykład jakieś wejście na mieliznę, to wszyscy muszą rzucić się do łatania dziur i wylewania wody za burtę. Nie mamy żadnych podpowiedzi, żadnych elementów interfejsu, które nam jakieś informacje oferują. Musimy polegać na sobie nawzajem i na komunikacji, najlepiej głosowej. I polegamy. Nie wiem, czy grałem kiedyś w jakąś grę, w której tyle satysfakcji czerpie się z takiej niby zwyczajniej rzeczy, jak pływanie z punktu A do punktu B. Zwykła operacja zakotwiczenia w odpowiednim miejscu wymaga sporo współdziałania. I daje mnóstwo radochy, zwłaszcza jeśli uda się to zrobić z fantazyjnym wirażem, który nam ustawi dziób na kursie do następnej wyspy ze skarbami. A to jest taki chleb powszedni przecież. Można robić rzeczy o wiele bardziej emocjonujące i gwarantujące mocniejsze doznania, takie jak chociażby uciekanie przed piratami. Lub też gonienie tych, którzy przed nami uciekają. Fantastyczna zabawa. Serio, nie tylko pierwsza liga, ale też najwyższe miejsce w tabeli, jeśli chodzi o pomysł na organiczną, naturalną, niewymuszoną, strasznie satysfakcjonującą kooperację.

Tyle, że to jest zasadniczo wszystko, co Sea of Thieves oferuje w kwestii fajnych doświadczeń. Pływa się razem fenomenalnie, to fakt. Czy to z obcymi, czy ze znajomymi, którzy wygłupiają się i pokrzykują jak jacyś pomyleńcy. Szkoda, że wszystko inne w tej grze nie jest nawet w połowie takie zabawne. W jednej czwartej też nie. Cała reszta Sea of Thieves to morze… a trzeba wam wiedzieć, że akurat morskie fale oddano tutaj cudnie po prostu… ale jednak morze nudy. Każde zejście z pokładu to powrót do świata czynności powtarzalnych jak diabli i mało ekscytujących już po pierwszych kilku godzinach. Trzy frakcje poszukiwaczy skarbów, eksterminatorów nieumarłych piratów oraz handlowców/zaopatrzeniowców zlecają nam różne zadania. Każde z nich jest prostym jak konstrukcja kotwicy „udaj się stąd tam, zrób tam tę jedną rzecz, którą robisz zawsze dla nas, a potem wróć, a dostaniesz złoto”.

Odnalezienie pierwszej skrzyni ze skarbem cieszy bardzo. Pokonanie pierwszego szkieletowego kapitana też daje radochę. Złapanie do skrzyni pierwszego kurczaka dla handlowców… no nie, ta jedna rzecz od razu jest do niczego. A i tamte dwie pierwsze bardzo, bardzo szybko powszednieją. Jasne, mapy skarbów robią się coraz bardziej skomplikowane, a zagadki z nimi związane coraz bardziej piętrowe. Szkieletów trzeba szukać i wywoływać je na określone sposoby. I można też się w sumie bawić w eksplorację wraków czy też wykonywanie zadań na podstawie wiadomości znalezionych w butelkach. Tylko to wszystko jest… cały czas takie samo. Każda jedna misja, taka sama. Prędko się orientujemy, że Sea of Thieves to gra pełna nudnych, losowo generowanych zadań pobocznych, pozbawiona głównego wątku fabularnego. Tudzież w ogóle jakiejś fabuły. Jest jednym, wielkim, bezlitosnym grindem. Nudnym jak rybie flaki w wielorybim oleju. Na ościach.

I to jeszcze nie byłoby takie denne, gdyby nie jeden dość istotny szczegół. W Sea of Thieves nie ma czego grindować. Serio. Wydaje się to niepojęte, ale tak właśnie jest. Za wykonywanie zadań typu „przynieś, wynieś, pozamiataj” otrzymujemy złoto. I reputację u frakcji też, ale ona nie ma znaczenia tak naprawdę żadnego, bo pozwala nam tylko uzyskać dostęp do dalszych misji i większych ilości złota. Które to złoto, wbrew swoim oczywistym właściwościom, jest bezwartościowe. Możemy za nie kupować tylko kosmetykę. Pasy, kurtki, fryzury, przepaski na oko, drewniane nogi, inaczej wyglądające żagle, kordelasy, wiadra czy też kompasy. W tej grze nie ma postępu. Nie ma rozwoju postaci. Są tylko skórki. I ja nie mówię, że skórki są do niczego. Fani Counter-Strike czy League of Legends tudzież Overwatch za nimi szaleją, prawda? Jasne. Tylko, że w tamtych grach one są poboczne. Dodatkowe. Bez nich grałoby się tak samo świetnie, bo rdzeń zabawy jest sam w sobie atrakcyjny. A w Sea of Thieves nie. Tutaj rdzeń jest nudny. A element poboczny we wszystkich innych grach, tu jest wyprowadzony na pierwszy plan. I to w ogóle, ale to zupełnie nie działa. Ani odrobinę.

Jedyna rzecz natomiast, która mogłaby tej grze nadać jakiegokolwiek sensu, czyli rychtowanie dział i zasypywanie kulami z nich wystrzelonymi łajb innych graczy jest… bezcelowy. Można to robić, ba, cała masa graczy to robi. Tylko nie wiadomo po co. Nie ma z tego prawie nic. Nawet jeśli zdarzy się, że zdobędziemy czyjąś krypę i się okaże, że tam były jakieś skrzynie ze skarbami czy też czaszki ubitych truposzy, to zyskamy wyłącznie złoto, które, jak już wspomniałem, jest bezwartościowe. To miłe, gdy nasza postać fajnie wygląda, oczywiście, że tak. Sam godzinami stroiłem się w The Division na przykład. Ale to nie może być sednem gry, jej jedynym celem. A żadnych innych tu nie ma. Żadnych takich, które by nie były męczącą rutyną już po kilku podejściach. Tylko starcia z innymi graczami miały potencjał jakiś, ale twórcy Sea of Thieves postanowili, że nie będzie żadnego systemu PvP, nie będzie żadnych zasad, nie będzie niczego oprócz dozwolenia na takie zachowanie. Także wobec graczy, którzy z jakiegoś powodu jeszcze się nie znudzili i chcą sobie po prostu popływać i porobić misje. To trochę dziwne, że jedyną czynnością, która ma w tej grze sens jest trollowanie innych, nie?

I naprawdę nie miałbym problemu z tym, żeby Sea of Thieves potraktować jak zaśmierdłego, spleśniałego szprota, którym niestety jest, gdyby nie to, o czym pisałem na początku. Ta radość wspólnego pływania, ta euforia czucia się po raz pierwszy jak prawdziwy członek pirackiej załogi na prawdziwym okręcie pod czarną banderą. To się udało autorom uchwycić genialnie wręcz. Jak to się stało, że całą resztę tak koncertowo posłali na dno? Nie mam pojęcia. Ale atrakcyjność tego jednego fajnego elementu szybko mija w zestawieniu z płycizną i mielizną całej reszty. I odechciewa nam się grać w Sea of Thieves jeszcze szybciej, niż nam się zachciało. No fatalnie. Naprawdę fatalnie. Duże, duże rozczarowanie.

PCSea of Thieves

  • fantastyczny pomysł na kooperację
  • świetnie oddane morze i pogoda
  • przyjemna oprawa graficzna i dźwiękowa
  • granie samemu boli najbardziej
  • gra nudnych, losowych side-questów
  • brak jakiegokolwiek rozwoju postaci
  • zły pomysł na PvP bez ograniczeń
  • żadnej naprawdę ciekawej zawartości

... nudny, smętny, kiepski koniec morskich opowieści

Najnowsze
Lubisz nas?