InformacjeRecenzja - PC

Jest dobrze, a nawet bardzo dobrze - recenzja gry Kingdom Come: Deliverance

... Adam Berlik

Co tu dużo mówić - w Kingdom Come: Deliverance po prostu trzeba zagrać!

Za scenariusz i reżyserię Kingdom Come: Deliverance odpowiada Daniel Vávra, szef Warhorse Studios. Zapewne właśnie dlatego fabułę śledzi się z ogromną przyjemnością. Ciekawy przebieg zdarzeń, dobrze wyreżyserowane przerywniki filmowe, świetnie napisane dialogi i udany voice-acting – wszystko to znajdziemy w recenzowanej produkcji. Akcja rozgrywa się na terenie średniowiecznych Czech, natomiast scenariusz oferuje tło fabularne przedstawiające wydarzenia znane z kart historii. Mimo wszystko sama opowieść jest fikcyjna, a jej główny bohater to syn kowala imieniem Henryk. Pewnego dnia wioska, którą zamieszkuje wraz z rodzicami, zostaje zrównana z ziemią przez nieznanych żołnierzy, a chłopak jest świadkiem morderstwa własnych rodziców. Jako że doskonale zapamiętał twarz zabójcy, postanawia pomścić matkę i ojca. Na tym oczywiście nie koniec, bo ogromne znaczenie ma również ostatni miecz wykuty przez tatę Henryka, a w pierwszych godzinach zabawy poznajemy wiele innych, naprawdę interesujących wątków.

Należy jednak powiedzieć, że w Kingdom Come: Deliverance nie będziemy ratować świata. Autorzy tego pierwszoosoobowego RPG-a postarali się to, by ich gra była jak najbardziej realistyczna niemalże w każdym aspekcie. Dotyczy to również scenariusza, którego bohater przeżywa swoją osobistą historię. Nic nie kręci się wokół niego, bo mieszkańcy mają swoje rzeczy do roboty. Warhorse Studios pokusiło się o cykl dobowy z opcją przyśpieszania czasu (rozwiązanie co najmniej dalekie od wspomnianego realizmu, ale kto chciałby czekać aż handlarz przyjdzie na 9:00 rano do pracy?), a także funkcję szybkiej podróży (nie jest to jednak teleportacja, bo czas płynie w trakcie wędrówki). Oba te rozwiązania pozwalają zauważyć, że każdy bohater niezależny ma swój harmonogram dnia i podchodząc do zleceniodawcy danej misji bladym świtem będziemy musieli spróbować go obudzić, poczekać aż się wyśpi lub przyjść później. Warto również zauważyć, że NPC nie stoją na mapie w tych samych miejscach, ale zmieniają swoją pozycję, bo idą spać albo na przykład mają jakąś sprawę do załatwienia.

Kingdom Come: Deliverance również stara się zrywać z tym, co oferują inni przedstawiciele gatunku, jednocześnie poniekąd naśladując Skyrima. W związku z powyższym zapomnijcie o inwestowaniu zdobytych punktów doświadczenia w statystyki postaci i odblokowywanie nowych zdolności na drzewku umiejętności. Bohater rozwija się w oparciu o działania gracza, a jego wartość punktów życia i energii jest stała przez cała grę. Możemy jedynie wybierać perki awansując na kolejne poziomy, dzięki czemu zyskamy liczne profity (m.in. zużyjemy mniej wytrzymałości przy blokowaniu, zwiększymy zasobność plecaka, a nawet skrócimy czas podróży, bo wierzchowiec będzie jeździł szybciej) Jeśli wykonujemy daną czynność regularnie, czyli np. rozmawiamy z bohaterami niezależnymi zamiast wyciągnąć od nich informację przy użyciu siły fizycznej, to rozwiną się nasze zdolności w zakresie retoryki. Analogicznie jeśli często będziemy przebywać w karczmie, statystyka o nazwie "picie" ulegnie zwiększeniu, i tak dalej, i tak dalej. Jest to naprawdę ciekawe, bo od samego początku gramy, jak chcemy, a gra na bieżąco dostosowuje styl rozgrywki do naszych preferencji.

Niczym w trzecim Wiedźminie , prawie każde zadanie poboczne w Kingdom Come: Deliverance oferuje możliwość poznania stosunkowo ciekawej, krótkiej historyjki – te dłuższe są oczywiście zarezerwowane dla misji powiązanych z głównym wątkiem fabularnym, które zrealizowano naprawdę dobrze. Szczególnie zapadła mi w pamięć jedna ze scen w stosunkowo początkowej fazie rozgrywki, kiedy to musieliśmy wyciągnąć cenne informacje od księdza zasłaniającego się tajemnicą spowiedzi. Recenzowana produkcja zawiera więcej takich fenomenalnych momentów, ale nie brakuje w niej zadań typu fedex polegających np. na dostarczeniu określonej liczby sztuk mięsa (możemy upolować zwierzynę lub kupić co trzeba u jednego ze sprzedawców). Takiej mniej angażujące zadania można oczywiście pominąć, ciesząc się znacznie ciekawszymi czynnościami do wykonania.

Chciałbym kiedyś zobaczyć, jak w projektach zadań rozpisano niektóre questy z Kingdom Come: Deliverance. Na przykład tego pierwszego, w którym musimy odebrać dług od jednego z klientów naszego ojca, a następnie pójść po zakupy. Możemy porozmawiać z delikwentem, ukraść mu potrzebne przedmioty ze skrzynki, pobić go, dać się pobić i wrócić z kolegami, którzy pomogą nam w walce, zostać przegnanym przez rozmówcę i wrócić do ojca, który powie, że sam się z nim rozprawi, a przy okazji da nam pieniądze, byśmy mogli udać się na rynek, gdzie od razu kupimy potrzebne rzeczy lub też wspólnie z kumplami obrzucimy gnojem dom awanturującego się w karczmie NPC-a, by wrócić do ojca na tyle późno, że zakupione przez nas chłodne piwo zdąży zrobić się ciepłe i będziemy musieli pójść po nie jeszcze raz... Co ciekawe, nie wszystkie cele misji są jasno oznaczone na mapie – czasem gra wskazuje jedynie obszar, na którym powinniśmy szukać wskazówek czy też zlokalizować rozmówcę. Warto również dodać, że podczas dialogów istotne znaczenie ma strój Henryka. Nikt mu nie uwierzy, że jest posłańcem szlachty, skoro jest ubrany jak chłop.

To tylko oczywiście przykład, bo gra co rusz serwuje nam naprawdę nieliniowe misje do wykonania, pozwalając na dotarcie do celu wieloma ścieżkami. Istotne jest również to, że questy można "zawalić" nie stawiając się w wyznaczonym miejscu o określonej porze. Nie zmienia to jednak faktu, że historia potoczy się dalej, a my będziemy musieli znaleźć alternatywne rozwiązanie. Wspomniałem już, że gracz nie jest tutaj pępkiem świata? Czasem jednak można zauważyć, że niektóre zadania w Kingdom Come: Deliverance są mocno oskryptowane, jak chociażby oblężenie pewnego zamku. Na początku walczymy w obozie przeciwników, a następnie staramy się przejąć kościół. Jeśli spróbujemy zacząć od tego drugiego, to gra automatycznie wyświetli komunikat o niepowodzeniu misji. Inna sprawa to fakt, że w niektórych misjach wybór ścieżki ma charakter iluzoryczny. Co byśmy nie robili, to ostatecznie i tak dojdziemy do tego samego punktu. To na szczęście rzadkość, bo w zdecydowanej większości przypadków gra zapewnia mnóstwo swobody.

Kingdom Come: Deliverance oferuje widok z perspektywy pierwszej osoby, który początkowo nie do końca przypadł mi do gustu, ale takie rozwiązanie idealnie sprawdza się nie tylko podczas zwiedzania wirtualnego świata, ale i w trakcie walki, której projektanci zrobili wszystko, by była ona jak najbardziej realistyczne. Poszczególne ciosy możemy wyprowadzać z pięciu różnych kątów, by zadawać obrażenia w określone części ciała. Do tego dochodzi możliwość unikania i blokowania ataków (zarówno tarczą, jak i mieczem), a nawet parowania. Pod tym względem gra okazuje się naprawdę wymagająca i zmusza do wielokrotnego powtarzania trudniejszych pojedynków, ale tylko i wyłącznie ze względu na popełnione przez nas błędy (poziom trudności jest wysoki, ale nieprzesadzony). Nie musimy jednak ograniczać się do walki wręcz, bo możemy również zrobić użytek z łuku, ale w tym aspekcie twórcy nieco przesadzili z realizmem. Co prawda na fakt, że gra nie oferuje żadnego celownika czy też wspomagania można przymknąć oko, ale mimo wszystko nawet po długich ćwiczeniach trafienie do celu graniczy z cudem (chyba że próbujemy ustrzelić zwierzynę z kilku metrów).

Pozostając przy temacie walki trzeba dodać, że każde draśnięcie może mieć tu poważne konsekwencje i – co istotne – wraz z paskiem życia, spada również pasek wytrzymałości (zarówo u naszego bohatera, jak i u jego przeciwnika, więc oboje z czasem stają się coraz słabsi), a o leczeniu w trakcie pojedynku można co najwyżej pomarzyć. Jeśli oberwiemy, to stracimy określoną liczbę punktów życia i z czasem zaczniemy nawet krwawić, co zmusi nas do skorzystania z bandaża – jeśli tego nie zrobimy, to bohater umrze. Zginąć można również poza walką, na przykład z głodu, dlatego sukcesywnie musimy karmić Henryka i pamiętać, by nie kupować zbyt wiele prowiantu na zapas, bo jadło w ekwipunku psuje się stosunkowo szybko (tak, zjadając kilkudniowe mięso można się zatruć!). Nie warto również przesadzać w drugą stronę, gdyż ikona świni u dołu ekranu poinformuje nas o przeżarciu w wyniku którego nasz bohater będzie poruszał się znacznie wolniej. Osobna statystyka to energia, którą regenerujemy poprzez spanie, a zużywamy wykonując rozmaite czynności (np. podróżując po świecie).

Nieodłącznym aspektem rozgrywki w Kingdom Come: Deliverance jest oczywiście zdobywanie kolejnych elementów wyposażenia. Z czasem musimy kupić lepszy miecz i tarczę, a także zadbać o pancerz, który będzie chronił nas podczas walki. Tutaj również autorzy postanowili zaszaleć, dlatego też ekran ekwipunku zawiera aż 20 okienek do wypełnienia, co oznacza, że nie musimy ograniczać się do hełmu, kolczugi, nogawic i butów, ale możemy również założyć dodatkowe przedmioty. Musimy pamiętać jednak, że miejsce w inwentarzu jest mocno ograniczone, a każda część pancerza swoje waży, a gdy spróbujemy przechowywać więcej rzeczy niż pozwalają nam na to statystyki, to będziemy chodzić w ślimaczym tempie.

O Kingdom Come: Deliverance można by pisać jeszcze naprawdę długo, wspominając o dodatkowych atrakcjach, takich jak jazda konno (z opcją automatycznego poruszania się wierzchowcem, jak w Assassin's Creed: Origins, włamywanie się do skrzyń, kradzież kieszonkowa, gra w kości, alchemia i wielu, naprawdę wielu innych elementach, ale wtedy tekst (i tak już przecież za długi) rozrósłby się do nieprzyzwoitych rozmiarów. Dlatego załatwmy jeszcze jedną kwestię i podsumujmy wszystko. Mowa o błędach. Bohaterowie wbiegający w ściany po jakimś czasie przestali mnie kompletnie dziwić i przywykłem do takiego stanu rzeczy. Zupełnie normalne stało się dla mnie także doczytywanie tekstur "w locie" i oglądanie przerywników filmowych, na których widać jedynie fragment twarzy naszego protagonisty czy też jego rozmówcy w słowiańskim przykucu (przecież to czeska gra). Takich niedociągnięć wymagających załatania przy najbliższej okazji jest oczywiście znacznie więcej, ale na szczęście twórcy nie próżnują. Przygotowując recenzję zdążyłem pobrać dwie aktualizację, które łącznie ważyły ok. 50 GB, a i tak nie wyeliminowały wspomnianych usterek technicznych.

Trudno mieć jakieś większe zastrzeżenia do Kingdom Come: Deliverance, ale są momenty, w których można ponarzekać. Niekiedy to dotyczy źle zbalansowanych pojedynczych fragmentów rozgrywki, gdzie teoretycznie powinniśmy szybko uporać się z zadaniem, ale pokonanie wroga graniczy z cudem (zwłaszcza przy użyciu klawiatury i myszy – bardzo, ale to bardzo polecam granie na padzie). Gdy przeciwnik zdoła powalić nas na ziemię, na ekranie zapanuje niepotrzebny choas, który sprawi, że przez dłuższą chwilę ciężko będzie nam się zorientować w sytuacji (wróg może wykorzystać ten moment, by zadać nam kolejne ciosy). Wspomniałem już, że świat tętni własnym życiem, ale mimo tej ogromnej zalety, na ulicach mogłoby się dziać niekiedy znacznie więcej, co nie zmuszałoby nas do zwiedzenia pustych przestrzeni. A może to i lepiej, że świat nie jest w stu procentach zagospodarowany? Mam na myśli wsie i miasteczka, a nie lasy. Może to i dobrze, że wykonując jednego questa nie otrzymujemy kilkunastu innych po drodze?

Osobny akapit muszę poświęcić optymalizacji. Na komputerze z AMD 8350, 16 GB RAM-u i GeForce 1050 Ti przy ustawieniach średnich i 1080p gra działała płynnie w 40-50 klatkach na sekundę (po przestawieniu na Ultra w 30 FPS-ach), ale momentami miałem pokaz slajdów (kilkanaście FPS-ów) z niewiadomych przyczyn (nie wynikało to z obecności wielu postaci na ekranie czy czegoś podobnego, bo do takich sytuacji dochodziło nawet w lesie). Z kolei na redakcyjnym pececie z GTX 1070 Ti mieliśmy pełne Full HD na ustawieniach Ultra. Przed rozpoczęciem zabawy warto oczywiście pobrać sterowniki do karty graficznej.

Zgodnie z obietnicą, czas na krótkie podsumowanie. Kingdom Come: Deliverance to jedna z tych gier, którą "żyje się" nawet po odejściu od komputera. Mam nadzieję, że wiecie, co mam na myśli. Debiutanckie dzieło czeskiego studia Warhorse nie jest oczywiście pozbawione wad, ale ciężko się od niego oderwać ze względu na świetną fabułę, niezwykle klimatyczny świat, angażujący i bardzo wymagający system walki oraz nietypowe rozwiązania w mechanice rozgrywki, które sprawiają, że recenzowana produkcja wprowadza sporo świeżości do gatunku komputerowych erpegów.

PCKingdom Come: Deliverance

  • świetnie napisana opowieść na tle wydarzeń historycznych
  • przekonująca postać głównego bohatera
  • wielki, otwarty świat, realistyczny i bardzo wymagający system walki
  • wiele opcji w zakresie rozwoju postaci
  • rozbudowane i wielowątkowe misje fabularne
  • ciekawie zrealizowane zadania poboczne (z małymi wyjątkami)
  • tętniący życiem świat (np. NPC podróżują po lokacjach i mają swój rytm dnia)
  • szybka podróż i przewijanie czasu nie zaburzają poczucia realizmu i idealnie komponują się z grą
  • sporo dodatkowych aktywności, jak np. walka na pięści czy gra w kości
  • konieczność jedzenia, spania, możliwość śmierci z głodu, wykrwawienia, itp.
  • klimatyczna oprawa audiowizualna
  • dużo błędów technicznych (niekiedy wręcz komicznych) mimo pojawienia się dwóch ogromnych aktualizacji
  • mimika postaci w trakcie cut-scenek pozostawia wiele do życzenia
  • lokacje mogły być bardziej zróżnicowane
  • czasem największym przeciwnikiem w walce jest chaos na ekranie
  • sporo niezagospodarowanych przestrzeni (a może to zaleta?)
  • niektóre questy pełnią rolę zapychaczy

Warto było czekać!

Najnowsze
Lubisz nas?