InformacjeRecenzja - konsole

Ach ci źli Rzymianie - recenzja dodatku Assassin's Creed Origins: The Hidden Ones

... Małgorzata Trzyna

The Hidden Ones oferuje nowy rozdział fabularny i region do zwiedzenia, natomiast pod względem mechaniki nie wprowadza niczego nowego.

Akcja dodatku The Hidden Ones toczy się kilka lat po wydarzeniach z podstawowej wersji gry. DLC zabiera nas do nowego regionu - na Półwysep Synaj - okupowanego przez Rzymian. Już na starcie dowiadujemy się, że sytuacja ludności jest bardzo nieciekawa, a za ich nędzny los odpowiada człowiek imieniem Rufio. Zanim dobierzemy mu się do skóry, musimy pokonać kilku jego podwładnych, okrutników znęcających się nad niewolnikami i dziećmi czy masakrujących mieszkańców. Mamy więc jasno wyznaczony cel i wiemy, z kim przyjdzie się nam zmierzyć. W skrócie - "on jest zły, więc idź go zabij". Brzmi nudnawo? Na szczęście fabuła ma coś więcej do zaoferowania.

Nowo założone Bractwo rozwija skrzydła, dołączają do niego co rusz nowi członkowie, werbowani są rebelianci gotowi stawić czoła rzymskim okupantom. Im słynniejsze staje się Bractwo, tym większą przykuwa uwagę, a w konsekwencji musi borykać się z coraz większymi problemami. Niektórzy świeżo wyszkoleni Ukryci giną podczas wykonywania misji, co bardzo negatywnie odbija się na przywódczyni, która czuje się odpowiedzialna za swych ludzi. Taki jednak już urok konfliktów - ofiary są nieuniknione.

Grając w podstawową wersję Assassin's Creed Origins, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że grze jest bardzo blisko do Wiedźmina 3 - z tą różnicą, że dialogi z postaciami czy znajdywane tu i ówdzie notatki brzmiały drętwo i nudnie. W dodatku The Hidden Ones wszystko wygląda podobnie. Nie poruszył mnie ani fakt, że zginęło paru członków Bractwa (nie zdążyłam się do nich przywiązać, więc ich śmierć potraktowałam wzruszeniem ramion), ani mordercze praktyki Rzymian (kiedy ginie jeden człowiek, to jest tragedia, kiedy giną setki... to już tylko statystyka). Oczywiście, nie mamy wątpliwości, że musimy poprawić dolę nieszczęsnych mieszkańców, więc nie ma co marudzić "a co mnie to obchodzi", tylko brać się do pracy.

Nasz protagonista, Bayek, wyrusza wykonać misję bez wahania, ale ile może zdziałać jeden człowiek? Może wybić wszystkich żołnierzy z paru obozów, ale sam nie da rady całkowicie pozbyć się Rzymian, bo ciągle będą przybywać nowi. Co gorsza, stawianie oporu i zachodzenie za skórę wrogowi może skłonić go do wzięcia odwetu na ludziach, którzy sami nie mogą się bronić, zawsze więc trzeba wziąć pod uwagę to, że przez nasze akcje ucierpi ktoś niewinny. Podczas rozgrywki przekonałam się, że nie wystarczy umieć sprawnie władać mieczem, trzeba działać z rozwagą, jeśli nie chcemy przyczynić się do kolejnych tragedii. W międzyczasie w misjach pobocznych miałam okazję zwerbować nowych rekrutów - wtedy dopiero uświadomiłam sobie, że ci odważni ludzie, którzy dołączają do Bractwa, mogą zginąć - tak jak nieszczęśnicy z samego początku. Pod koniec twórcom udało się zaskoczyć mnie i poruszyć czułą strunę na tyle, że zapomniałam o starcie nie zapowiadającym niczego wyjątkowego. Szkoda, że było tak mało okazji do spędzenia z niektórymi postaciami czasu, żeby naprawdę się do nich przywiązać.

W dodatku The Hidden Ones podniesiono maksymalny poziom bohatera do 45. Wykonywanie misji nagradzane jest tak dużą ilością doświadczenia, że dotarcie do tego pułapu było wręcz formalnością. Wciągnąwszy się w kolejne zadania, zapomniałam o podniesieniu poziomu starej broni czy wymianie sprzętu na lepszy, skoro i tak miało to marginalne znaczenie. Wprowadzono też nowe wierzchowce, broń i stroje, ale jako że jest to gra single-player, nie przykładałam zbyt dużej uwagi do tego, co nosił Bayek. Niemniej osoby szukające odmiany lub chcące, by ich postać wyglądała jak najlepiej, będą mieć z czego wybierać.

Ukończenie wszystkich misji z dodatku zajęło mi około czterech godzin. Nie zwiedziłam w tym czasie całego regionu Synaj - zostawiłam parę nietkniętych miejsc i obozów - ale nie są to zadania, które należy bezwzględnie zrobić. W podstawowej wersji gry bieganie do kolejnych lokacji oznaczonych pytajnikami i szukanie skarbów tylko po to, żeby sprzedać je za grosze u kowala, w końcu znużyło mnie na tyle, że odpuściłam, chociaż bardzo lubię (jeśli jest to możliwe) mieć zwiedzony świat na 100%. Synaj jest znacznie mniejszy w porównaniu z mapą z podstawki, składa się z trzech rejonów (plus Morze Czerwone), więc odwiedzenie wszystkich zaznaczonych miejsc nie zajmuje wiele czasu. Z drugiej strony, próżno tam szukać nowych typów misji - jest za to wszystko, co było w podstawce: strzeżone obozy, legowiska dzikich zwierząt, kręgi, przy których wpatrujemy się w gwiazdy, miejsca, gdzie można odpocząć (i zdobyć punkt umiejętności), tiremy, czy po prostu ukryte skrzynie ze skarbami. Dla wspomnianych łupów zdecydowanie nie warto się wysilać, ale kiedy wskakuję na konia lub wielbłąda, wyznaczam mu punkt docelowy i pędzę przez malownicze, górzyste tereny, mogę zachwycać się fantastycznymi widokami. I tylko dla niesamowitych krajobrazów warto zajrzeć w każdy zakamarek na mapie.

The Hidden Ones nie jest szczególnie rozbudowanym dodatkiem, ale pozwala poznać dalsze losy Bayeka, przekonać się, jak rozwijało się Bractwo i w jaki sposób powstała kolejna z jego fundamentalnych zasad. Rozszerzenie nie wprowadza nowych mechanik - po prostu otrzymujemy dokładnie te same typy zadań, co w podstawce Assassin's Creed Origins. Może nie jest to DLC, które bezwzględnie trzeba mieć, ale jeśli podobała się wam podstawka, to zdecydowanie warto wysupłać z portfela 40 zł.

PlayStation 4Assassins Creed Origins: The Hidden Ones - DLC

  • zachwycające lokacje
  • kilka poruszających momentów pod koniec opowieści
  • ta sama przyjemność z rozgrywki, co w podstawce
  • początek nie zapowiada wyjątkowo ciekawej fabuły
  • zero innowacji w mechanice rozgrywki

Po prostu więcej tego samego dobra, co w podstawce.

Najnowsze
Lubisz nas?