InformacjeFelieton

Trafienie Krytyczne #45. Do boju Microsoft!

... Sławek Serafin

Zdecydowanie jestem kibicem Team Microsoft i nowego Xbox One X

Tak dawno nie pisałem nic niemiłego i deprecjonującego o konsolach, że pewnie część z czytelników zapomniała, albo też nawet nigdy nie wiedziała, że ma do czynienia ze znanym hejterem konsol. A to prawda. No, do pewnego stopnia, bo hejterem konsol byłem, w czasie przeszłym, jakieś, hmm, dobre dziesięć lat temu, gdy to one dyktowały to, co dzieje się na rynku. Steam wtedy jeszcze raczkował, rewolucja indie dopiero się zaczynała, nie było jeszcze takich potężnych przebojów jak World of Tanks czy League of Legends. I wydawało się, że Microsoft, Nintendo i Sony zaduszą branżę gier tymi swoimi sequelami gier action-adventure przeróżnych, że zabiją różnorodność, że wytną szerokie spektrum gatunków wszelakich jak puszczę amazońską, żeby sobie tam porobić poletka własne, każde jedno takie same jak pozostałe. I dlatego ich nie znosiłem, za to powolne miażdżenie rynku swoimi grami zrodzonymi w tabelkach Excela. Ale potem wydarzyło się to, co się wydarzyło, cyfrowa dystrybucja odmieniła świat i okazało się, że zagrożenia już nie ma. I tym samym konsole stały mi się doskonale obojętne jako takie. Czasem tylko, tak z sentymentu, się z nich pośmieję złośliwie. Ale nie dziś. Dziś będę piał peany.

Xbox One X zadebiutował. I to nawet dobrze zadebiutował, z tego co czytałem. Sprzedaż lepsza niż zakładano, zadowoleni klienci, trochę mało porządnych gier na start, ale ogólnie udana premiera i jest potencjał na przyszłość. Znakomicie. Widzicie, sytuacja przedstawia się tak, że choć na konsolach, broń borze szumiący, nie gram, to bardzo kibicuję Microsoftowi i cieszę się z tego jego niedużego może, w ogólnym rozrachunku, ale ważnego sukcesu, i rynkowego, i wizerunkowego. Dlaczego? Cóż, dlatego, że to, co się dzieje, jest dobre dla gier w ogóle. I nie chodzi mi o samego Xbox One X, z tymi jego mocnymi bebechami, które ustanawiają standard 4K w świecie konsol i tak dalej. Choć akurat ten postęp techniczny też jest jak najbardziej mile widziany i w ogóle. Ale nie, chodzi mi o sam sukces Microsoftu jako taki. Gigant z Redmond za długo zostawał w tyle za Sony, które bezsprzecznie wygrało „wojnę” o tę generację konsol, deklasując konkurenta nawet na jego własnym terenie, w Stanach Zjednoczonych, które zawsze były ostoją Xbox przecież. PlayStation 4 pozamiatało i… pozamiatało za bardzo.

Zaburzona została równowaga między dwoma najważniejszymi graczami na rynku. Tutaj proszę o wybaczenie fanów Nintendo, ale ich firma i jej produkty się w ogóle nie liczą, więc je pominę milczeniem. Kiedyś się liczyły bardzo, potem sukces Wii przekonał wszystkich, że liczą się znów, ale ci wszyscy się pomylili mocno, zwłaszcza zaś naśladowcy z Microsoftu i Sony, próbujący na gwałt rzucić na rynek swoje własne kontrolery ruchowe, co teraz, z perspektywy czasu, wypada ocenić jako troszeczkę żenującą pomyłkę. Ale, wracając, równowaga. Rynek konsolowy jest nadal szalenie ważny dla obrazu całej branży. Nie tak jak dawniej, zwłaszcza w świetle rozwoju gier mobilnych, ale mimo wszystko, bardzo ważny. I to, co się na nim dzieje, odbija się echem wszędzie, cichszym lub głośniejszym, ale wszędzie. A to, co się tam dzieje, nie jest dziełem przypadku, jak na PC, gdzie co rusz wybuchają jakieś przeboje nie wiadomo skąd się biorące. Nie, na konsolach wszystko jest zaplanowane, wykalkulowane i zgodne z decyzjami szefów koncernów. I chodzi o to, żeby te decyzje były przy okazji dobre także dla graczy, dla gier, dla zdrowia całego tego sektora i jego fanów.

Ale… równowaga. Wiadomo, została zaburzona, bardzo mocno, na korzyść Sony. Czy to źle? Ale skąd, wręcz przeciwnie, doskonale. Bardzo dobrze się stało, że Microsoft został tak wyraźnie z tyłu. Gdy obie korporacje szły łeb w łeb, to nie ryzykowały, stawiały na sprawdzone rozwiązania, nie podejmowały kroków śmiałych. Nie walczyły, nie tak zażarcie, nie z przekonaniem. Najwyżej jakieś kuksańce i lekkie przepychanki sobie serwowali. I co się działo? Nic się nie działo. T znaczy, oprócz tego śmiesznego incydentu z Kinectem i Move. Poza tym jednak status quo się utrzymywał i… tyle. Zmian nie było. Zmian na lepsze. A generalnie by się przydały takowe, prawda?

A potem Xbox One przegrał z kretesem z PlayStation 4. I nagle się okazało, że chłopaki Billa Gatesa nie mogą już działać tak jak dawniej, że muszą się trochę bardziej wysilić, że muszą coś wymyślić. Na przykład spojrzeć w kierunku dotychczas mało interesującym, czyli… graczy. I zaczęły się dziać rzeczy. Darmowe gry co miesiąc. Integracja środowisk konsol i komputerów osobistych w ramach Windows 10. Wydawanie każdej gry na obu platformach, już tak domyśl nie, programowo. To jest akcja zakrojona na szeroką skalę. Przyszłościowa. Microsoft jest dalekowzroczny i buduje sobie społeczność, tworzy bazę, do następnego odcinka serialu „Wojna Konsol”, który zamierza wygrać. Wie, że ten aktualny już położył, więc zdecydowanymi, śmiałymi ruchami, koncentruje siły do kolejnej ofensywy. I, zupełnie przypadkiem, dzięki temu my, gracze, dostaliśmy to, czego nam nigdy wcześniej nie dano. Skorzystali zwłaszcza posiadacze pecetów, oczywiście, co mnie osobiście bardzo cieszy.

A Sony? Cóż, oni spoczęli na laurach. Uśpieni sukcesem, stracili tę zadziorność, tę agresję. I nawet jak coś robią, to tak na ćwierć gwizdka, leniwie, bo wiedzą, że nie muszą się starać. Jak z PlayStation 4 Pro czy tymi swoimi goglami VR. To były reakcje, a nie akcje, to były działania wymuszone przez rynek, a nie długofalowa strategia i planowanie. I dlatego niewiele zmieniły. A Microsoft jest głodny i łaknie krwi. I łypie też ślepiami w stronę Steam, próbując po kreciemu podkopać jego pozycję, co też jest bardzo dobre dla nas, graczy. Bo i Steam się spasł i teraz leży i gnuśnie trawi, zamiast na serio się starać.

I właśnie dlatego tak bardzo życzę sobie, i nam wszystkim, sukcesu, możliwie jak największego, Xbox One X. Bo gdy Sony poczuje gorący oddech dyszącego żądzą zemsty Microsoftu na plecach, to też zacznie się żwawiej ruszać. Postara się. Wyjdzie z jakąś nową koncepcją. Z jakąś innowacją. Z czymś lepszym niż dotychczas. Zacznie walczyć, zacznie się na serio bić. A przecież, kochani moi, mądre przysłowie mówi nam, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. W tym przypadku trzeci jesteśmy my. I w naszym interesie jest, żeby poszło na noże, żeby polała się korpo-krew, bo to oznacza licytację o nasze względy. Obydwa koncerny będą próbować nas zjednać, dając coś, czego wcześniej nie dawały. I nie wiem jak wy, ale ja lubię dostawać coś, czego jeszcze nie miałem.

Mam szczerą nadzieję, że sukces Xbox One X to tylko pierwsza z serii wygranych przez Microsoft potyczek. Nie ma takiej opcji, żebym tę konsolę, czy jakąkolwiek inną, kupił, i na niej grał. Ale szczerze, tak naprawdę szczerze i z głębi serca, życzę jej wszelkich sukcesów. Niech świat gier płonie, a nie tam tli się ledwie i nudnawo. Do boju Microsoft! Xbox One X pany!

Najnowsze
Lubisz nas?