InformacjeBez prądu - film

Druga liga - recenzja filmu Liga Sprawiedliwości

... Joanna Kułakowska

Nowa odsłona uniwersum DCEU jest znośna, ba, nawet przyjemna, ale tym razem cud nie nastąpił – mimo wygibasów cud-kobiety i reszty ekipy przepaków.

Wonder Woman (zrecenzowana tutaj) przełamała słabą passę filmowych adaptacji komiksów DC, na których wielu recenzentów i recenzentek nie pozostawiło suchej nitki, a jako że apetyt rośnie w miarę jedzenia, z nadzieją czekano na efekt starań Zacka Snydera i Jossa Whedona. Liga Sprawiedliwości okazała się filmem generalnie miłym dla oka (choć nie trzeba dysponować okiem Cyborga, by dostrzec drobne mankamenty warstwy wizualnej) i ważnym dla DC Extended Universe ze względu na zawiązanie się tytułowej Ligi oraz przemożny wpływ działań tejże na świat. Problemem jest to, że sporo zalet, jakimi film może się poszczycić, równoważone jest słabymi punktami w tych samych sferach. Brakuje tu też tego magicznego „czegoś”, co sprawiło, że obrazowi Patty Jenkins łatwiej było wybaczyć niedociągnięcia. Może był to po prostu efekt WOW, a może prosty fakt, że historia była... bardziej skomplikowana w dobrym tego słowa znaczeniu.

Jako że Liga Sprawiedliwości opowiada o założeniu i pierwszej misji organizacji, znaczna część filmu Snydera i Whedona (co ciekawe, ten drugi jest wymieniany jedynie jako scenarzysta, choć przy innych kwestiach – m.in. słynnych dokrętkach – też się napracował) stanowi swego rodzaju wstęp ukazujący scenki przypominające lub prezentujące daną osobę, jej charakter, moce i umiejętności. Bardzo ważnym motywem jest również świat bez Supermana (Henry Cavill). Twórcy w luźnych scenach pochylają się nad rozpasaniem bandziorów, którzy nie mają już nad sobą kosmicznego straszaka, i utratą poczucia bezpieczeństwa przez zwykłych ludzi, którym często nie w smak była potęga Kryptończyka i to, że „Obcy się wtrąca”, ale kiedy go zabrakło, kosmos stał się nagle źródłem potencjalnego terroru. Bo któż uchroni ich przed prawdopodobną inwazją sił ośmielonych odejściem najpotężniejszego superbohatera? Odpowiedzią na to pytanie ma być zebrana przez Batmana (Ben Affleck) drużyna innych metaludzi – pod hasłem Nie ocalisz świata w pojedynkę – i choć w porównaniu z megaprzepakiem z Kryptonu każde z nich należy do drugiej ligi, to razem mogą przejąć po nim schedę. Dalej, choć fabuła dotyczy już jednej wspólnej sprawy, schemat jakby się powtarza i otrzymujemy zbyt dużo scen, które same w sobie są świetnie dopracowane, ale dość pretekstowo ze sobą połączone, przez co obraz wydaje się niespójny. Przypomina kolorowy paczłork, złożony z fragmentów zlepionych taśmą.

Esencję fabuły stanowi stara jak świat prawda, że grupa ludzi jest silniejsza od jednego, choćby najsilniejszego człowieka. Jednakże najpierw musi się zgrać. Walorem tej opowieści jest całkiem sensowne pokazanie osobistych powodów, dla których dotychczasowi indywidualiści decydują się połączyć siły i przystąpić do Ligi Sprawiedliwości, a także zgrabnie przedstawiony proces stopniowego nabierania zaufania, konsolidacji grupy i uczenia się współpracy. Co więcej, psychologia postaci jest całkiem wiarygodna, a to zawsze poprawia odbiór całej historii.

Tym razem to nie Wonder Woman (Gal Gadot) jest najjaśniejszym punktem utworu w reżyserii Zacka Snydera, choć oczywiście wciąż daje czadu w walce, a sekwencje z jej udziałem budują fajny klimat. Szkoda jednak, że scenarzyści zrobili z niej ciut za bardzo poczciwą „dobrusię o ciepłym serduszku”. Popsute zostało również intro Wonder Woman – nadmiar dramatycznych póz i spojrzeń, przedłużonych i uwypuklonych przez zwolnione tempo – trąciło kiczem. Gwiazdą okazał się za to Flash (Ezra Miller), który odpowiada za istną fontannę humoru i, pomimo że zebrał ich Batman, w znacznym stopniu przyczynia się do spojenia ekipy. Niektórzy zapewne obawiali się, że scenarzyści zrobią z Aquamana (Jason Momoa) drętwego buca, ale na szczęście tak się nie stało – otrzymujemy buca-twardziela, a zarazem buca-jajcarza. Również Batman dostaje niezłe, ironicznie i zabawne kwestie, nieodbierające jednak „mrocznemu rycerzowi” charakterystycznego dlań rysu posępności. W zasadzie najmniej interesujący (bo dość sztampowo, nomen omen, skonstruowany) wydaje się szalenie ważny dla postępu akcji Cyborg (Ray Fisher).

Sama oś fabularna jest, niestety, porażająco banalna, a główny motyw pozbawiony finezji. Abstrahując od budowania relacji pomiędzy członkami Ligi Sprawiedliwości, scenariusz filmu jest bardzo prosty i zawiera szereg głupotek – bardziej i więcej niż w przypadku Legionu Samobójców (zrecenzowanego tutaj), który wbrew jojczeniu co poniektórych oferował niezłą rozrywkę, ale wewnętrzną logiką i stopniem komplikacji wątków bynajmniej nie olśniewał. Należy do nich na przykład moment, w którym pierwszoplanowe postacie fiksują się na pewnym wydarzeniu, zapominając o reszcie świata, niczym gracze RPG, a nie superbohaterowie zdający sobie sprawę z konsekwencji wygranej przeciwnika. Co do kwestii prostoty – pojawia się znany z komiksów DC Steppenwolf (głos: Ciarán Hinds), oczywiście po to, żeby zachować się jak podstawowy szablon „wielkiego zła”. Chce on doprowadzić do procesu, który w rezultacie zniszczy życie na Ziemi. Związane z nim elementy scenariusza wskazują na flirt twórców z New 52, generalnie jednak przypominają dziecięcą zabawę klockami – dużymi, topornymi i niewymagającymi skomplikowanych procesów myślowych. Ponadto rzeczony czarny charakter nie zawiera w sobie żadnych indywidualnych, intrygujących cech – jest wielki, groźny, dość głupi i nic ponadto.

Prezentowany tu zamysł Zacka Snydera i scenarzystów każe jednak spojrzeć nieco łaskawszym okiem na obraz Batman v Superman. Świt sprawiedliwości (zrecenzowany tutaj), który sięgał głębiej w sensie psychologicznym i socjologicznym, ale mocno kulał na poziomie realizacji. Okazuje się bowiem, że było tam umieszczonych więcej ciekawostek nawiązujących do Ligi Sprawiedliwości (i być może dalszych filmów z DCEU) niż tylko plany Bruce’a Wayne’a. Wizje Batmana zawierały wskazówki, co uczyniłby Superman pozbawiony związku z ludzkością, jaki zapewniali mu rodzice i Lois Lane (Amy Adams), a także symbol omegi właściwy Darkseidowi, z którym związany jest Steppenwolf. Ten drugi pojawia się też w wersji rozszerzonej (Ultimate Edition), kiedy to komunikuje się z Lexem Luthorem, a sam Luthor rzuca pod koniec ostrzegawczą uwagę, że nadchodzi przeciwnik, z którym walka będzie bardzo trudna. Tu warto wspomnieć, że chociaż Liga Sprawiedliwości nie powala montażem (wspomniany kolorowy paczłork), to jednak sprawia o wiele lepsze wrażenie niż ów film z Batmanem, Supermanem i Wonder Woman na pokładzie.

Najnowszy obraz DCEU ma bardzo ciekawe wprowadzenie (pierwsza sekwencja od razu wrzuca na głęboką wodę), jak również wiele ładnych scen walki (ponownie świetnie wyszły wyczyny Amazonek) i innych efektownych momentów (zdolności mieszkańców Atlantydy), a operowanie mocą Flasha umożliwia sensowne fabularnie uzyskiwanie tak kochanych przez Snydera zamrożonych w czasie, malowniczych kadrów. Dynamika filmu nie została popsuta dzięki umiejętnie wtrąconym humorystycznym wstawkom. Dowcip stanowi mocną stronę Ligi Sprawiedliwości, niestety równoważą go fatalne – nie wiadomo, czy bardziej czerstwe, czy bardziej kwaśne – linie dialogowe w dramatycznych, poważnych chwilach. Są także wspomniane już mankamenty strony wizualnej – przekoloryzowane CGI drażni sztucznością. Aktorzy wcielający się w głównych bohaterów grają bardzo dobrze, ale jeśli chodzi o postacie drugoplanowe, to już nie cała obsada wykazała się aktorskim kunsztem.

Podsumowując: Liga Sprawiedliwości to niezły film i na pewno warto go obejrzeć. Jest lepszy od obrazów Batman v Superman. Świt sprawiedliwości i Legion Samobójców, jednak ustępuje miodnością Wonder Woman, znów cofając DCEU do drugiej ligi względem MCU. Odczekajcie chwilę po napisach...

Najnowsze
Lubisz nas?