InformacjeBez prądu - film

Amerykański Zły Sen - recenzja filmu Suburbicon

... Joanna Kułakowska

Bracia Coen i George Clooney stworzyli groteskową kryminalno-obyczajową ciekawostkę, która kamufluje, że mówi o czasach obecnych, designem z lat 60.

Wykreowane przez spółkę scenarzystów – Joela i Ethana Coenów, George’a Clooneya oraz mniej „prominentnego” Granta Heslova – miasteczko Suburbicon to w zamierzeniu idealna siedziba dla porządnych, statecznych, dobrze sytuowanych Amerykanów „na poziomie”, którzy mają utworzyć serdeczną, zgodną społeczność stanowiącą ucieleśnienie Amerykańskiego Snu. Nazwa wywodząca się od słowa suburbia (przedmieścia) pokazuje intencję decydentów z filmu: zaprojektować miejsce łączące zalety miasta i przedmieścia, posiadające wszelkie udogodnienia, a zarazem ciche, spokojne oraz bezpieczne od zagrożeń i deprawacji charakterystycznych dla metropolii. Miejsce, gdzie ziści się Amerykański Sen i każdy będzie mógł być wolny od agresji i opresji, podzielając ideały równości i wolności. Ta idylliczna miejscowość jest bardzo otwarta na nowych przybyszów i różne kultury: są tam imigranci z Nowego Jorku, Kalifornii, a nawet... z Missisipi! Pewnego dnia jednak mir tej tolerancyjnej, szczodrej społeczności zostaje brutalnie zburzony, a ich gościnność potwornie zbrukana – oto w szeregi mieszkańców i mieszkanek Suburbiconu bezczelnie wkracza, jakby miała do tego jakieś prawo (zagwarantowane przez rząd USA?), czarna rodzina Mayersów... To jeden z wątków, drugi zaś, wysunięty jednak na plan pierwszy, to problemy białej rodziny Lodge’ów. Oba tworzą niejako dwa filmy, mające pozornie niewiele punktów stycznych (poza kontaktem synów), lecz przy uważnym oglądaniu widać, że stanowią dla siebie nawzajem fotograficzny negatyw.

Lodge’ów jakiś czas temu dotknęła tragedia – Rose (Julianne Moore), matka młodziutkiego Nicky’ego (Noah Jupe) i małżonka Gardnera (Matt Damon), została częściowo sparaliżowana, tracąc przy tym całą radość życia i energię do działania. Margaret, jej bliźniacza siostra (w tej roli również Julianne Moore), sprowadza się, by pomóc małżeństwu przy pracach domowych i opiece nad Nickym, który jest samotnym, melancholijnym, niezbyt energicznym chłopcem. Sytuacja odrobinę zmienia się wraz z przybyciem małżeństwa Mayersów (Karimah Westbrook i Leith M. Burke) – siłą rzeczy nikt nie chce bawić się z ich synem Andym (Tony Espinosa), ale za namową ciotki mały Lodge proponuje mu swoje towarzystwo i okazuje się, że znajduje jedyną osobę, która go rozumie. W tym czasie narasta niezdrowy klimat w związku z nowo przybyłymi. Początkowy szok i obawa przed „zepsuciem okolicy” przeradza się w jawną wrogość i pokaz segregacji rasowej – na przykład dom zostaje ogrodzony płotem, by biali nie musieli patrzeć na jego mieszkańców. Nie spełnia on jednak swojego przeznaczenia z winy samych suburbicończyków, którzy wykazując oddolną inicjatywę, gromadzą się tam, by uprzykrzać życie „szkodliwym czarnuchom”. George Clooney, dość częsty współpracownik Braci Coen, tym razem jako reżyser Suburbiconu, a nie grający w nim aktor, sprawnie podkręca absurdalną atmosferę związaną z niniejszym wątkiem.

Motyw żądzy przemocy na tle rasowym przeplata się z motywem psychopatycznych skłonności, brudnych rodzinnych sekretów i zbrodni ukrytej w domowym zaciszu. Lodge’owie padają ofiarą włamywaczy, którzy doprowadzili do kolejnej tragedii... Jednakże wraz z postępem fabuły widzimy, że choć ukazana sytuacja i tak wydawała się dziwaczna, okazuje się ona dużo bardziej zagmatwana, mając niejedno dodatkowe dno. Jak to u Joela i Ethana Coenów zwykle bywa, scenariusz zwodzi widza, obfitując w wydarzenia, których niepokojącą dziwność i irracjonalność uwypukla coraz mniej stonowany czarny humor. Mamy tu do czynienia z makabreską, na którą składa się specyficzna komedia pomyłek, podlana kryminalnym sosem, skrzyżowana z psychologicznym dramatem – pętlą bez wyjścia, dominem, gdzie każda zła decyzja pociąga za sobą następną. W Suburbiconie pojawiają się postacie przypominające odbicia w krzywym zwierciadle, z których wszystkie wydają się zamknięte w pułapce, a spirala mrocznego absurdu z ich udziałem rozkręca się coraz bardziej, doprowadzając do finału rodem z pokręconego koszmaru.

Jeśli chodzi o wspomniane „rozkręcanie się” – George Clooney dobrze sprawdza się tu jako cyzelator poszczególnych scen, które dyskretnie podkręcają niepokój, budując wrażenie nierealności, obrazując sytuację, kiedy „normalność” idzie sobie na spacer w środku nocy i nie wiadomo, kiedy wróci. Dobrze pilnuje także rozwoju fabuły, czyli piętrzenia i nawarstwiania problemów w całej historii, subtelnego narastania szaleństwa i rozkładu. Gorzej wygląda sprawa z tempem akcji – poszczególne sekwencje wydarzeń zostają rozciągnięte ponad miarę. Snują się bardzo powoli. Oczywiście, ma to tę zaletę, że nagle co bardziej groteskowy szczegół wyskoczy jak diabełek z pudełka, zaskakując powoli odpływającego widza. Ta ospała akcja ma też swój głębszy wymiar – oddaje ona wolno snujące się życie w sennym miasteczku, gdzie wszyscy uśmiechają się do siebie uprzejmie i też lekko sennie, a pod tymi uśmiechami płyną sobie sennie paskudne, małostkowe myśli... Nie zmienia to jednak faktu, że spora część publiczności też zacznie zasypiać, a nie po to przecież chodzi się do kina. Na szczęście od pewnego momentu (szkoda, że dość późno) w filmie Suburbicon budzi się przyzwoity „nerw”.

Suburbicon w oczywisty sposób stanowi komentarz społeczny. Mamy tu opowieść o rasizmie, uprzedzeniach, stereotypach i ciasnocie umysłowej w wydaniu klasy średniej, które zdaniem twórców tego obrazu nie zmieniły się zbytnio od lat 50. / 60. Symptomatyczne są opinie na temat Afroamerykanów, jakie przewijają się przez prezentowaną historię. Zwięźle podsumowują je zdania wypowiedziane na zebraniu mieszkańców miasteczka (parafrazując): Nie mam nic przeciwko równości czarnych, ale muszą udowodnić, że na nią zasługują. Mieszkałem w dużym mieście i jak tylko pojawiali się czarni, okolica się psuła. Innymi słowy, czarni muszą udowodnić, że są godni żyć pośród nich – doskonałych, białych obywateli. Tymczasem gdy przychodzi co do czego, prawie nikt z tych „doskonałych obywateli” nie daje im szansy, nie dostrzega, że udowadniają to na każdym kroku – zachowaniem, schludnym ubraniem, zadbanym domem, krótko mówiąc faktem, że poza kolorem skóry praktycznie niczym nie różnią się od reszty. Wybrali to miejsce, bo podzielają te same amerykańskie wartości.

Oczywiście ten komentarz (najpewniej odnoszący się do szeroko pojętych „innych”, nie tylko w sensie kolorystycznym) jest niepełny, ba, wręcz szczątkowy. Bracia Coen, Heslov i Clooney pokazali tu tylko jeden z problemów Ameryki – powielanie stereotypów przez grupę kulturowo dominującą i ignorowanie przykładów, które im przeczą, brak otwartości, zaściankowość i agresję wobec różnic. Twórcy w ogóle nie zajęli się innymi problemami – rasizmem czarnych wobec białych, przykładami grup, których zachowanie rodzi strach i powielane później stereotypy, imigrantami, którzy nie mają najmniejszej ochoty dzielić tych samych wartości ani okazać im szacunku, ale domagają się szacunku dla siebie. Przez to można by uznać Suburbicon za propagandę i oskarżanie białej klasy średniej o wszystko, co najgorsze. Niesłusznie. Artyści zwyczajnie skupili się na tym wycinku, który ich interesuje, a w tym przypadku jest to ignorancja grupy absolutnie przekonanej o swych racjach i swej wyższości, żyjącej w kręgu obaw, które zdominowały jej wyobraźnię, i zakłamujący wpływ tej wyobraźni na obraz rzeczywistości. Rasizm jest raczej pretekstem, by pokazać narastającą w społeczności psychozę, agresję wywołaną naruszeniem poczucia bezpieczeństwa.

Jak się ma do tego drugi, dominujący na ekranie wątek? To z kolei psychoza narastająca w rodzinie (i nie tylko), również wywołana naruszeniem poczucia bezpieczeństwa – utratą kontroli, która generuje nieracjonalne, agresywne zachowania. Dlatego można mówić o fotograficznym negatywie cechującym konstrukcję Suburbiconu. Do tego otoczenie koncentruje się na wyimaginowanym zagrożeniu, kompletnie ignorując sygnały tego, co dzieje się pod ich nosem – w „porządnej rodzinie”. Ta pozorna ironia losu, a w istocie świetnie uchwycony mechanizm psychologiczny, to dobry element scenariusza i ostrzeżenie warte rozważenia. W zasadzie nawet można traktować to jako przesłanie filmu Clooneya, Heslova i Braci Coen.

Suburbicon ma wady konstrukcyjne – nie zawsze montaż jest udany (chociażby cisza przy domu Lodge’ów, kiedy wiemy, że parę metrów dalej trwa w najlepsze kocia muzyka), a wspomniane już tempo akcji kuleje – jednakże na pewno nie należy do nich gra aktorska. Julianne Moore kompletnie rozbraja w podwójnej roli bliźniaczek (szczególnie w scenach, gdy są razem) i przekonująco portretuje kobietę budzącą w odbiorcy raz sympatię, a raz pogardę, zagubioną w swych marzeniach, które zatarły dlań pojęcie dobra i zła. Matt Damon, który już wielokrotnie udowodnił, iż ma dystans do samego siebie, przykuwa uwagę obrazem przeciętniaka, który zmienił się w parodię nietzscheańskiego nadczłowieka, dla którego moralność to ograniczenie. Kreowany przezeń Gardner Lodge wywołuje współczucie, potem zaś uczucie grozy, a jednocześnie histeryczny śmiech (scena z dziecięcym rowerkiem – mistrzostwo świata!). Noah Jupe ujmująco zagrał wycofanego chłopca, dla którego świat powoli zmienia się w koszmarny sen, podobnie poradził sobie Tony Espinosa, choć nie dano mu zbyt dużo ekranowego czasu, by mógł się rozkręcić. Świetnie ogląda się też karykaturalne postacie psychopatycznego Stretcha (Michael D. Cohen), nieco upiornego Louisa (Alex Hassell), jowialnego, namolnego wujka Mitcha (Gary Basaraba) i makiawelicznego ubezpieczyciela Coopera (Oscar Isaac).

Najnowszy film w reżyserii George’a Clooneya jest ciekawym, lecz zbyt rozwlekłym projektem. Warto powiedzieć, że klimatem i sposobem filmowania przypomina Bartona Finka i Fargo. To makabreska o solidnym psychologicznym przesłaniu, w której można znaleźć sporo scen-perełek, choć nie tak dużo jak w uprzednio wymienionych filmach. Niestety, wskutek tempa akcji wiele osób odpadnie...

Najnowsze
Lubisz nas?