InformacjeFelieton

Krew na rękach: recenzja filmu Botoks

... Piotr Nowacki

Film zły, głupi, a przede wszystkim szkodliwy.

W zeszłym roku 17% pacjentów nie przeżyło operacji – takimi słowami zaczyna się zwiastun filmu Botoks, najnowszej produkcji Patryka Vegi. Już ten cytat nie pozostawia złudzeń, jaką wizję służby zdrowia dostaną widzowie.

Film skupia się na medycznych patologiach z punktu widzenia czterech bohaterek: Beaty (Agnieszka Dygant), lekarki, która po wypadku motocyklowym zmaga się z uzależnieniem od opioidów, Danieli (Olga Bołądź), ratowniczki postanawiającej szukać pieniędzy w przemyśle farmaceutycznym, Patrycji – chirurg, której życie odmienia się, gdy okazuje się, że mąż ją zdradza oraz Magdy, ginekolog zmagającej się z wyrzutami sumienia po przeprowadzonych aborcjach.

Naturalnym jest, że twórcy dzieł dotyczących autentycznych zjawisk korzystają z licentia poetica i nie można oczekiwać w filmach ich dosłownego przedstawienia. Przykładem może być tutaj na przykład Drogówka Wojciecha Smarzowskiego, gdzie przyjęta konwencja sugeruje odczytywanie tego filmu jako swoistej karykatury. W wypadku Botoksu jest inaczej: począwszy od mrożącej krew w żyłach statystyki dotyczącej liczby zgonów podczas operacji aż po ukazaną na początku projekcji planszę Film zainspirowany prawdziwymi wydarzeniami, wszystko wskazuje, że Patryk Vega mówi jak jest. Jednak, mówiąc delikatnie, tak nie jest.

Problemy zaczynają się już przy zwiastunowej statystyce. Po pierwsze, badanie, z którego zaczerpnięto tę liczbę zostało opublikowane 5 lat temu, więc “ubiegły rok” Vega wziął sobie z rękawa. Po drugie, praca skupiała się w dużej mierze na opiece pooperacyjnej, więc sugestia, że to dotyczyło śmierci na stole również zakłamuje faktyczny obraz. Po trzecie – i najważniejsze – samo badanie zawierała rozmaite błędy metodologiczne: począwszy od bardzo małej próby badawczej po krótki okres trwania. Dlatego sugerowanie widzowi, że pójście do polskiego szpitala jest jak gra w rosyjską ruletkę jest zwyczajnym kłamstwem.

W samym filmie nie jest wcale lepiej. Przeinaczenia i fałszowanie rzeczywistości dotyczą praktycznie każdego elementu tej produkcji. Zdarzają się błędy powszechne w filmach, jak chociażby używanie defibrylatora przy zatrzymaniu akcji serca – w rzeczywistości korzysta się z niego przy migotaniu komór bądź częstoskurczu. Pojawiają się też jednak liczne inne przekłamania – szczególnie w wątkach związanych z antykoncepcją i aborcją.

Najbardziej rażące kłamstwa dotyczyły aborcji dokonywanych w trzecim trymestrze ciąży. W filmie pojawia się scena, gdzie rodzice proszą o aborcję płodu, u którego stwierdzono zespół Downa, w 23. tygodniu ciąży. By umożliwić zabieg, lekarka fałszuje datę ostatniej miesiączki, by według karty płód był młodszy. Następnie, zabiegu przerwania ciąży dokonano poprzez indukowanie porodu, by następnie wynieść wcześniaka do pokoju obok. Na deser jeszcze pokazano przez kilka sekund to dziecko rzekomo urodzone w 23. tygodniu – grane było przez niemowlę ewidentnie pochodzące z donoszonej ciąży. Niemowlę, pozostawione w metalowej wanience w zamkniętym pokoju, umierało przez 17 godzin. Co gorsza, to jest pokazane jako norma – umieralnia noworodków pojawia się w filmie kilkukrotnie. Ilość przekłamań w tych kilku scenach jest trudna do zliczenia. Najbardziej karygodny jest sposób przedstawienia zabiegu, który nie ma absolutnie nic wspólnego z rzeczywistością, podobnie jak pokazanie wcześniaka urodzonego w drugim trymestrze jako zdrowego dziecka – tak naprawdę na tym etapie przeżywalność jest bardzo niska. Taki wcześniak nie jest w stanie oddychać samodzielnie, nawet przy natychmiastowej intubacji i zastosowaniu wszelkich innych niezbędnych procedur około 80% dzieci nie ma szansy przeżyć. To, co zostało pokazane w filmie to fantazja scenarzysty pozbawiona jakiegokolwiek oparcia w rzeczywistości.

To nie koniec sytuacji, w których Botoks rozmija się z prawdą. Dla przykładu, wkładka domaciczna (potocznie określana jako spirala) nazwana jest środkiem wczesnoporonnym, kiedy w rzeczywistości zapobiega ona zagnieżdżeniu się zarodka w macicy. Z kolei Daniela, która pracuje w koncernie farmaceutycznym, proponuje swojej szefowej stworzenie leku na nieistniejącą chorobę. Okazuje się, że tą chorobą jest… depresja (lub tajemnicze AH37 powodujące depresję, związek między jednym a drugim jest cokolwiek mglisty). Jest to skrajnie krzywdzące wobec wszystkich osób cierpiących z jej powodu.

Oddzielnym przypadkiem jest pokazanie Danieli i jej brata Darka jako notorycznie pijanych, nieprofesjonalnych ratowników, którzy byli w stanie urządzić sobie imprezę w karetce czy okraść trupa. Oczywiście, jak w każdym zawodzie, zdarzają się czarne owce, były także sytuacje, kiedy do karetki wsiadał pijany sanitariusz. Jednak przekonywanie, że to jest normą to zwykła bezczelność, szczególnie w świetle niedawnego strajku ratowników medycznych, którzy walczyli o godne płace. To, jak dramatyczna jest ich sytuacja, unaocznił niedawny reportaż na wp.pl.

Ratownicy nie są jednak jedynymi, którym się obrywa w tym filmie. Botoks obraża w zasadzie każdą możliwą grupę społeczną. Szczególnie kuriozalny jest przykład pielęgniarza, który jest katolikiem i transseksualistą, który w prawie każdej scenie, w której się pojawia podkreśla, jak bardzo nienawidzi ciot. Vega dokonał prawie niemożliwego: jedną postacią obraża zarówno transseksualistów, homoseksualistów i osoby wierzące. Lekarze w tym filmie nie dbają zupełnie o zdrowie i życie pacjentów, najważniejsze są dla nich pieniądze. Mam wrażenie, że jednak najbardziej w Botoksie dostaje się facetom, nie ma praktycznie ani jednej pozytywnej postaci męskiej. Ignorują swoje partnerki, zdradzają je, gwałcą (w filmie jest dwóch gwałcicieli), a mąż Patrycji mówi wprost, że ją zdradza bo ma brzydką cipę.

Być może na przynajmniej część tych zarzutów mógłbym przymknąć oko, gdyby te zabiegi zastosowano po to, by stworzyć dobry film. Fabuła jednak tutaj praktycznie nie istnieje. Z czterech głównych wątków w zasadzie tylko historia Beaty prowadzi do jakiejś w miarę sensownej konkluzji. Cała reszta to jedynie zbitek mniej lub bardziej szokujących scen, które nie składają się w żadną sensowną całość. Już w pierwszych minutach czułem przesyt dramatycznych zdarzeń. Dosłownie co kilka minut był wypadek samochodowy, ciężka operacja, gwałt, krew, flaki, poronienie, kolejny wypadek, zapaść spowodowana przedawkowaniem narkotyków, zapaść spowodowana przepracowaniem… W dobrze napisanym filmie takie zdarzenia stanowią kulminację, u Vegi to są przecinki.

Botoksu nie ciągną w górę także bohaterowie. Nie mogę ich nawet nazwać karykaturami: karykaturę tworzy się poprzez przejaskrawienie rzeczywistych cech. Z kolei w Botoksie postaci nie mają żadnego oparcia w realnym świecie. Nie myślą, nie mówią, nie zachowują się jak prawdziwi ludzie, widz nie ma szansy utożsamić się z takimi bohaterami.

Najnowszy film Patryka Vegi jest zły i głupi w każdym calu. Można wybaczyć to, że film jest nudny, fabuła praktycznie nie istnieje, a żarty czerstwe. Nie można jednak przejść obojętnie wobec tego, jak film zakłamuje obraz polskiej służby zdrowia. Coraz częściej zdarzają się przypadki, kiedy pacjenci porzucają leczenie w szpitalu i dają się zbałamucić znachorom, którzy na przykład próbują leczyć raka nieistniejącą “witaminą B17”, czyli preparatami z pestek moreli, które mogą spowodować zatrucie cyjankiem. Brak zaufania do lekarzy skutkuje też coraz większą liczbą osób nieszczepiących swoich dzieci, co powoduje, że powracają takie choroby jak odra. Botoks tylko pogłębi ten problem – Pitbull: Niebezpieczne kobiety obejrzało w kinach ponad 2 miliony osób, a pełne sale kinowe sugerują, że Botoks może powtórzyć ten sukces. Jeśli nawet 1% widzów uwierzy w wizję Patryka Vegi, to będzie oznaczało, że wiele tysięcy widzów odwróci się od medycyny popartej faktami. Krew będzie na rękach Patryka Vegi, reżysera i scenarzysty tego kłamliwego gniota.

Najnowsze
Lubisz nas?