InformacjeRecenzja - konsole

MonHun w sosie z Pokemonów - recenzja Monster Hunter Stories

... Jakub Zagalski

Niby Monster Hunter, ale nie do końca. Kolejnym klonem Pokemonów też bym tego nie nazwał. Czyżby prawdziwy spin-off z charakterem?

Z komercyjnego punktu widzenia Monster Hunter Stories to prawdziwe złoto. Kolejne odsłony serii Monster Hunter sprzedają się w absurdalnych ilościach, a o popularności Pokemonów, z których nowa gra Capcomu czerpie pełnymi garściami, nie trzeba nikogo przekonywać. Dodajemy jedno do drugiego, modyfikujemy to i owo, dzięki czemu zyskujemy produkt atrakcyjny zarówno dla fanów MonHuna jak i trenerów biegających na co dzień z pokeballami. Prawda? Coż, nie do końca, gdyż jak bywa ze spin-offami, zmiana tradycyjnego modelu rozgrywki może z miejsca odrzucić weteranów danej serii. Wówczas znane logo i bliskie realia nie wystarczą, by zachęcić do inwestycji czasu i pieniędzy w omawiany tytuł.

Najważniejsze, co trzeba wiedzieć o Monster Hunter Stories, to że gra odrzuca model rozgrywki action RPG z walką w czasie rzeczywistym i żmudnym ulepszaniem postaci/sprzętu, który rozkochał w sobie rzesze fanów MonHuna. Zamiast tego mamy tryb walki turowej z charakterystycznymi dla serii Pokemon elementami, ze zdobywaniem tytułowych potworów na czele. Ponadto Historie umieszczone w nazwie gry sugerują, że mamy do czynienia z bardziej narracyjną przygodą, w której liczy się odkrywanie kolejnych rozdziałów fabuły, poznawanie prawdy o świecie i żyjących w nim bohaterach.

Rzeczywiście z początku może się wydawać, że Monster Hunter Stories chce nas zabrać na wielką przygodę u boku małoletnich mieszkańców wioski Hakum, Lili i Chevala. Ta dwójka tworzy z naszym bohaterem (imię i wygląd – kolor skóry, włosów, oczu, kształt głowy, znaki szczególne, itp. - wybieramy samodzielnie) nierozłączne trio, marzące o zostaniu tzw. Monster Riders. W przeciwieństwie do tytułowych łowców potworów w grach głównej serii, w Monster Hunter Stories liczy się przede wszystkim oswajanie bestii, która staje się naszym sojusznikiem w walce.

Akcja gry rozpoczyna się w momencie, gdy nasz bohater stawia pierwsze kroki, by zostać wspomnianym jeźdźcem. Szybko się jednak okazuje, że oswojenie potwora to dopiero połowa sukcesu i aby w pełni zasłużyć na tytuł Monster Ridera, należy przejść specjalne próby. Dzielny młodzieniec nie waha się ani chwili i rozpoczyna wykonywanie serii zadań, prowadzących do realizacji marzenia. A przy okazji staje się częścią dramatycznej opowieści, wypełnionej efektownymi przerywnikami FMV.

Pod względem fabularnym Monster Hunter Stories celuje przede wszystkim w młodszego odbiorcę. Osobowość głównego bohatera i jego przyjaciół nie pozostawia złudzeń, że fani dojrzałych historii mogą być rozczarowani stylem i rodzajem narracji. Spin-off MonHuna to przez większość czasu prosta, łatwa i przyjemna, a przy okazji oczywista opowiastka, która momentami skręca w mroczne klimaty. Ale tylko na chwilę (vide pierwszy filmik z pewnym nieproszonym gościem) i zdecydowanie nie należy się spodziewać, że Stories nagle chwyci nas za gardło i zacznie atakować filozoficznymi pytaniami o sens życia, bólu i cierpienia. Jest czas na refleksję, tym niemniej główny nacisk położono na dobrą zabawę, humorystyczne dialogi wypełnione grą słów (często bardzo czerstwą, ale tak ma być) i lekki, przyjazny klimat. Idealnie pasujący do przyjętej konwencji.

Pisząc z pozycji gracza 30+, który miał już do czynienia z podobnymi grami stylistycznie przystosowanymi dla młodszych odbiorców (Pokemony, Digimony, Zubo, Yo-kai Watch itp.), Monster Hunter Stories nie ma ani zachwycającej, ani szczególnie oryginalnej fabuły. Ot, gatunkowy standard, który spełnia swoją rolę, ale nie należy się spodziewać po scenariuszu wychodzenia poza utarte ścieżki i tropy. Inaczej sprawa wygląda z systemem walki, który co prawda powiela mnóstwo sprawdzonych elementów, ale dodaje co nieco od siebie. Walki odbywają się w systemie turowym na zamkniętych arenach, do których przenosimy się, gdy zaatakuje nas (albo my to zrobimy) widoczny na mapie potwór. Wroga atakujemy jedną z trzech rodzajów technik, będących odpowiednikiem zabawy w papier-kamień-nożyce. Na dolnym ekranie wybieramy atak siłowy (power), szybki (speed) lub techniczny (technical), licząc, że wróg uderzy "kamieniem" w nasz "papier". Jeżeli bohater i przyjazny potwór zaatakują jednocześnie mocniejszym ciosem (rodzaj ataku wybieramy tylko młodemu jeźdźcowi), możemy liczyć na zadanie dodatkowych obrażeń i uniknąć ataku przeciwnika. Dobrze wykonane akcje skutkują zdobywaniem punktów Kinship, zamienianych z czasem na techniki specjalne, w tym na możliwość wskoczenia na grzbiet potwora i wyprowadzania jeszcze potężniejszych ciosów.

Świat Monster Hunter Stories robi wrażenie rozmiarami i różnorodnością. Wielopłaszczyznowe lokacje aż się proszą o ekslporację, do czego musimy wykorzystywać wyjątkowe umiejętności oswojonych potworów. Jeden potrafi szybko biegać, inny wysoko skacze, jeszcze inny dostaje się na szczyty gór z pomocą skrzydeł. Jak nie trudno zgadnąć, podstawowym zadaniem naszego jeźdźca jest zdobywanie kolejnych stworów. Aby tego dokonać, musimy dotrzeć do specjalnej lokacji (legowiska) i wykraść jajo z gniazda. Co najciekawsze, zawartość skorupki pozostaje tajemnicą aż do wyklucia, więc wcale nie jest powiedziane, że leżąca obok smokopodobna bestia pilnuje jaj z małymi smokopodobnymi bestiami. Ukradzione jajo zanosimy do wioski, gdzie – wykonując prostą minigierkę z wykorzystaniem dolnego ekranu i stylusa – pomagamy potworkowi wyjść na świat. Każdy wykluty stwór ma własny zestaw genów i umiejętności, które przydają się w różnych sytuacjach w trakcie walki i eksploracji. Nieodzownym elementem zabawy w Monster Hunter Stories jest ponadto tworzenie gatunkowych krzyżówek, co znamy chociażby z serii Shin Megami Tensei.

Strona wizualna gry opiera się na stylizowanej oprawie z cel-shadingiem i jaskrawej kolorystyce, podkreślający luźny charakter całej przygody. Ogromny plus za animacje stworów i szczegółowe modele, które robią wrażenie nie tylko na małych ekranach konsol 3DS/2DS (gra wspiera efekt 3D na górnym ekranie). Niestety Monster Hunter Stories, mimo całego swojego uroku, potrafi walnąć po oczach rozpikselowanym sprite'em, nieudolnie imitującym jakiś obiekt w trójwymiarowym świecie. Równie rażący jest pop up niektórych NPC-ów i, jak na mój gust, za długie loadingi. Grałem na starym 3DS XL – podobno na konsolach z serii New wczytywanie kolejnych fragmentów mapy itp. odbywa się szybciej, ale nie jestem w stanie tego zweryfikować. Grunt, że nawet wymienione przeze mnie wady techniczne nie odbierają za bardzo przyjemności z gry. Szczególnie, kiedy mamy świadomość, że to naprawdę pokaźnych rozmiarów produkcja ciągnięta przez 6-letnią konsolkę, która przecież już na starcie nie mogła się pochwalić imponującymi bebechami.

Monster Hunter Stories bardzo mnie zaskoczył, bo w umiejętny sposób wykorzystał świat MonHuna do stworzenia spin-offa na modłę turowych jRPG-ów inspirowanych Pokemonami. Osoby oczekujące porywającego i zaskakującego scenariusza nie będą zachwycone, ale prostota i schematyczność fabuły jest podyktowana przyjętą konwencją. Mając to na względzie, Monster Hunter Stories to kawał porządnego i rozbudowanego jRPG-a, z mnóstwem potworów do zdobycia i terenów do odkrycia. Weteranom serii, szukającym zręcznościowego wyzwania i ciągłego grindu, pozostaje wrócić do świetnego (ale zgoła innego) Monster Hunter Generations z 2016 roku. Z kolei młodsi gracze i fani kolekcjonerskich turówek nie powinni się długo zastanawiać nad zakupem Monster Hunter Stories. To po prostu kolejna świetna gra w stale rosnącej bibliotece 3DS-a. I coś mi mówi, że nie ostatnia.

Nintendo DSMonster Hunter Stories (3DS)

  • Wielki świat
  • mnóstwo potworów
  • przerywniki FMV
  • przejrzysty system walki
  • raj dla kolekcjonerów
  • Schematyczna fabuła
  • za długie loadingi
  • drobne potknięcia techniczne

Świetny spin-off dla nowicjuszy i weteranów MonHuna, szukających innego modelu rozgrywki

Najnowsze
Lubisz nas?