InformacjeRecenzja - konsole

Cisza przed burzą - recenzja pierwszego epizodu Life is Strange: Before The Storm

... Paweł Pochowski

Przyjemny powrót do Arcadia Bay.

Ubolewaliście, gdy Dontnod Entertainment ogłosiło, że kontynuacja Life is Strange skupi się na zupełnie nowych postaciach? Bo ja szczerze powiedziawszy tak. Chyba każdy gracz, który przeszedł pierwszy sezon Life is Strange śledząc losy ospałej, ale sympatycznej Max próbującej poukładać swoje życie i zupełnie przy okazji uratować małe miasteczko korzystając z umiejętności cofania czasu zgodzi się, że fabuła pierwszej części bynajmniej nie wyczerpała potencjału tkwiącego w tych postaciach. Co więc można zrobić, jeżeli nie ma miejsca na sequel? Ano prequel właśnie i to na taki ruch zdecydowali się twórcy, oddając jednocześnie swoje dziecko w ręce studia Deck Nine. Na szczęście zmiana nie jest zbyt odczuwalna, a nowi twórcy z powodzeniem zabierają nas na ponowną przejażdżkę po znanych miejscach i motywach. Co prawda historia nie kręci się już wokół Max, ale Chloe okazuje się być urodzoną pierwszoplanową bohaterką.

Siema Max, tu Chloe. Fuck you.

W Life is Strange: Before The Storm Chloe poznajemy całkowicie z innej strony. Nie jest jeszcze tak zgorzkniałą, ale już nieźle doświadczoną przez życie osobą. Nie poradziła sobie ze śmiercią ukochanego taty, gdy straciła następną ważną osobę – Max wyprowadziła się do Seattle i od tego momentu nie daje znaku życia, zupełnie jakby zapomniała jak odpisuje się na smsy. Dodajcie do tego wszystkiego nowego faceta matki, który próbuje ustawić ją wedle swoich zasad, brak znajomych, z którymi można szczerze pogadać, a będzie już tego całkiem sporo jak dla młodej dziewczyny. Nie więc dziwnego, że szuka oderwania przy piwie oraz trawce, zaczyna wagarować i imprezować z ludźmi znacznie starszymi od siebie, a swój gniew wyraża poprzez mazanie po ścianach czarnym flamastrem.

Całość ponownie ma więc polot młodzieżowego serialu obyczajowego, ale nikt kto przeszedł Life is Strange nie powinien czuć się zaskoczony ani tym bardziej rozczarowany. Twórcy przyzwyczaili już nas do tego, że opowiadają w gruncie rzeczy o codziennych sprawach i problemach, ale podawanych wraz ze świetną realizacją, ciekawymi spostrzeżeniami i realistycznymi dylematami bez specjalnego kolorowania rzeczywistości. Tak jest i tym razem, choć całość po wycięciu motywu manipulowania czasem jeszcze mocniej przypomina serial telewizyjny, ale gdyby wszystkie z nich odznaczały się równie dobrze nakreślonymi postaciami oraz ciekawymi dialogami, to pewnie siedzielibyśmy dziś więcej przed tv niż komputerami.

Wspomniane dialogi przewijają się zresztą znacznie częściej, bo choć Chloe nie potrafi manipulować czasem jak Max, prawdziwa z niej twardzielka i gdy się wkurzy lub mocno czegoś chce potrafi wdać się w kłótnię i tak nagadać swojemu rozmówcy, że temu idzie dosłownie w pięty. Całość przybiera natomiast formę minigierki w przerzucanie się argumentami, w której naszym zadaniem jest wykazanie się umiejętnością rzucania celnych ripost poprzez używanie ukrytych w dialogach słowach-kluczach. W pierwszym odcinku nie jest to można kluczowa mechanika pod względem popychania akcji naprzód, ale zdecydowanie ciekawy i przyjemny dla graczy element.

Ciekawe jest jednak to, że historia choć pozbawiona jednej ze swoich ciekawszych mechanik generalnie nie traci nic ze swojego ujmującego, magicznego wprost klimatu. Totalnie rozumiem tych, którzy w Life is Strange nie znajdują nic poza nudą, a grę nazywają symulatorem ucinania sobie rozmów z losowymi postaciami. Pewnie tak po części nawet jest. Ale jeśli załapaliście bakcyla na klimat z pierwszej części i spodobała Wam się przejażdżka emocjonalną kolejką wykreowaną przez twórców gry, pewnie ucieszycie się z faktu Life is Strange: Before The Storm dostarcza równie melancholijnej i przyjemnej zabawy pod tym względem, choć nie da się ukryć, że scenariusz delikatnie odstaje od poziomu pierwszej części. Głównie dlatego, że rozwój pierwszoplanowej relacji z fabularnego punktu widzenia przebiegł zdecydowanie zbyt szybko i wprost nierealistycznie.

Gdyby dalej się czepiać, nie da się ukryć, że w Before The Storm twórcy nie pozwolili graczom zbyt mocno wpłynąć na rozwój akcji. I to do tego stopnia, że w niektórych miejscach czułem się wprost pozbawiony kontroli – wybierałem opcje dialogowe sugerujące zdecydowanie inny komunikat niż końcowo wysyłała główna bohaterka zupełnie, jakby sama zaskakiwała się wypowiadanymi przez siebie słowami. Dla ich usprawiedliwienia dodam, że pierwszy epizod został poświęcony wprowadzeniu nowej postaci głównej i nakreślenia tła fabularnego dla przedstawianych wydarzeń, całość jest więc wstępem do dalszej akcji i mam nadzieję, że to właśnie wtedy historia rozwinie skrzydła.

Nie spodziewam się za to poprawy pod poziomu technicznego produkcji, a w przypadku Life is Strange: Before The Storm upływ czasu widać niestety dość wyraźnie. Grafika nadal prezentowana jest ze specyficznymi filtrami nadającymi całości rysunkowy wprost charakter, który w gruncie rzeczy stara się zakryć niedoskonałości oprawy wizualnej, ale tym razem zadanie jest trudniejsze. Przede wszystkim animacje postaci wypadają bardzo nieprzekonywująco, a rozmyte na drugim planie niewyraźne tekstury poszczególnych obiektów nie wpływają na całość pozytywnie. W przypadku jedynki udawało mi się podziwiać całość bez specjalnego grymaszenia, tym razem brzydota niektórych elementów biła już z ekranu zdecydowanie mocniej. Twórcy muszą poprawić ten aspekt w przypadku kontynuacji Life is Strange, bo z całą pewnością przyszedł na to najwyższy czas. Z drugiej strony także pod względem oprawy Before The Storm nie traci nic ze swoich najmocniejszych stron. O tym, że ścieżka dźwiękowa trzyma ten sam wysokim poziom, co pierwsza część gry przekonujemy się jeszcze w menu głównym w pierwszych sekundach rozgrywki. A dalej jest już tylko lepiej.

W ostatecznym rozrachunku pierwszy epizod Life is Strange: Before The Storm broni się całkiem dobrze. Przede wszystkim zmiana twórców nie ujęła grze nic z jej specyficznego tempa i klimatu narracji. Nowa główna bohaterka Chloe przejęła pałeczkę bez specjalnych kompleksów i zawładnęła sceną dając niezłego czadu nawet pomimo faktu, że scenariusz nie pozwolił jej na wiele będąc tak właściwie wstępem do dalszych wydarzeń. Być może z tego powodu główna relacja w grze została rozwinięta ze zbytnim pośpiechem, a całości zabrakło mocniejszych momentów, lecz magia pierwowzoru i potencjał jest tu wyraźnie wyczuwalny i to pomimo faktu, że oprawa wizualna została nadgryziona zębem czasu. Najważniejsze, że muzyka nadal daje radę, a najmocniejsze zalety oryginału pozostały bez zmian. Czekam na więcej.

Ocena pierwszego epizodu: 7.0

Najnowsze
Lubisz nas?