InformacjeFelieton

Final Fantasy jest wszędzie. Czy Square Enix podąża w słusznym kierunku?

... Jakub Zagalski

Podobno od przybytku głowa nie boli, a popyt rodzi podaż. Tylko co to znaczy dla przyszłości jednej z najważniejszych serii jRPG w dziejach?

Doniesienia z tegorocznego Gamescomu śledziłem bez większego zaangażowania. Moi redakcyjni koledzy zauważyli, że niemiecka impreza była całkiem udana pod względem frekwencji i nie tylko, chociaż mnie najbardziej zaciekawiła relatywnie mało znacząca informacja z obozu Square Enix. Zapowiedź gry pod tytułem Final Fantasy XV: Pocket Edition.

Jesienią pod takim szyldem ma się pojawić gra na urządzenia z Androidem, iOS-em i Windowsem 10, która wbrew pozorom nie będzie spin-offem stacjonarnej "piętnastki", ale przygodą, która na nowo opowiada uwielbianą historię z Final Fantasy XV. Jak wynika z obszernych materiałów wideo, całość została okraszona odmiennym, bardzo uproszczonym stylem graficznym, przemodelowano system walki, a na dodatek gra zostanie podzielona na dziesięć epizodów. Pierwszy będzie darmowy, za pozostałe przyjdzie nam zapłacić.

O oryginalnym Final Fantasy XV mam dobre zdanie, choć nie ukrywam, że po skończeniu głównego wątku i krótkiej zabawie w end game, obejrzeniu miniserialu anime i filmu pełnometrażowego, odstawiłem "pięsntastkę" na półkę. Mam świadomość, że Square Enix cały czas podrzuca DLC i poboczne projekty (np. mobilne Final Fantasy XV: A New Empire), które ignoruję z premedytacją, więc wieść o Final Fantasy XV: Pocket Edition teoretycznie powinna spłynąć po mnie jak po kaczce. Tymczasem zapowiedź przenośnego remake'a/reinterpretacji "piętnastki" skłoniła mnie do zastanowienia się nad kierunkiem, w jakim podąża Square Enix.

Chyba każdy, kto choć trochę interesuje się historią gier wideo, zna początki serii Final Fantasy, która w 1987 roku pomogła firmie Square Co., Ltd. odbić się od dna, a z czasem stała się jednym z największych bestsellerów nie tylko w rodzimej Japonii. Ba, na Zachodzie Final Fantasy to bezsprzecznie najlepiej rozpoznawalny przedstawiciel gatunku jRPG. Dlatego też 30 lat po debiucie marka Final Fantasy jest bezustannie wykorzystywana do mnożenia kontynuacji, spin-offów, remake'ów, remasterów, filmów etc. Dość powiedzieć, że każda z numerowanych odsłon doczekała się od kilku do kilkunastu wydań na różne platformy, a to tylko czubek góry lodowej z szyldem "Final Fantasy". Strategia wydawnicza Square Enix w kontekście popularności marki nie powinna dziwić, tym niemniej po tych wszystkich latach i absurdalnie długiej liście wydanych gier warto postawić sobie kilka pytań. Przede wszystkim, co dalej? Gdzie leży granica tolerancji graczy zasypywanych reedycjami i spin-offami ukochanej serii? Czy Square Enix zacznie w końcu zjadać własny ogon, czy wręcz przeciwnie – Final Fantasy pozostanie studnią bez dna?

Kieszonkowe remaki Final Fantasy to żadna nowość. Pierwszy z nich ukazał się na zapomnianej konsoli WonderSwan Color, którą specjalnie odkurzyłem do zdjęcia

Właśnie takie pytania zrodziły się w mojej głowie po ujrzeniu Final Fantasy XV: Pocket Edition. Gry, która budzi we mnie skrajne emocje i przyznaję się bez bicia, że nie wiem, jak właściwie do niej podejść. Zakładając, że przenośna edycja będzie choć w części tak dobra jak stacjonarna "piętnastka" - fajnie, że gracze smartfonowi i tabletowi dostaną solidną porcję rozrywki na swoje maszynki. Z drugiej strony już teraz widać w tym projekcie kilka punktów spornych. Zaczynając od zmienionego stylu graficznego, a na modelu sprzedaży (odcinkowe kupowanie treści), który budzi wśród niektórych naturalny sprzeciw, kończąc.

Z wystawieniem ostatecznego werdyktu musimy jeszcze poczekać, tym niemniej nie da się ukryć, że Square Enix coraz częście wystawia swoich fanów na próbę. Testuje ich tolerancję, wypuszczając całą masę produktów ze znanym logo. Rzecz dotyczy nie tylko serii Final Fantasy, ale także innych flagowych marek, żeby tylko wspomnieć o Kingdom Hearts, które na przestrzeni ostatnich czterech lat doczekało się kilku kompilacji (lub jak kto woli – odgrzewanych kotletów), o wymownych tytułach:

    Niedawno zapowiedziano trójwymiarowy remake Secret of Mana (w sam raz na 25-lecie tego klasyka ze SNES-a), tworzony na wzór remake'ów Final Fantasy III i IV. Nie można też zapominać o obietnicy wskrzeszenia Final Fantasy VII. Gry, od której dla wielu zachodnich odbiorców (szczególnie w Polsce) zaczęła się miłość do jRPG-ów. Square Enix od 20 lat czerpie zyski z popularności "siódemki", która doczekała się spin-offów, filmów i reedycji. Nie wszystko z tego osiągnęło komercyjny sukces i uznanie graczy (ktoś jeszcze pamięta o Final Fantasy VII G-Bike?), ale jakakolwiek wzmianka o czymś nowym z "Final Fantasy VII" w tytule skutecznie przykuwa uwagę fanów Clouda, Tifa czy Aeris. W tym kontekście zapowiedź remake'u hitu z PSX-a była uważana za pewnik, który przybrał kształt oficjalnej obietnicy na E3 w 2015 roku.

    Czy nowa wersja będzie spełnieniem marzeń, czy zbeszczeszczeniem legendy, przekonamy się pewnie dopiero za kilka lat. Po pierwszych materiałach jedni fani narzekali na zerwanie z turową rozgrywką, innym podobał się styl przypominający "piętnastkę". Jednak chyba najczęściej komentowanym i krytykowanym krokiem Square Enix była zapowiedź podzielenia nowej "siódemki" na kilka samodzielnych gier. Twórcy zarzekają się, że remake będzie ogromny i wypchany dodatkową treścią i lokacjami, do których nie dane nam było zajrzeć w oryginale. Nie bardzo kupuję taką narrację i tłumaczenie, ale rozumiem strategię producenta, który: a) wyciągnie w ten sposób więcej pieniędzy od tych samych fanów; b) nie musi się spieszyć z dopinaniem wszystkiego na ostatni guzik, skoro do walki z Sephirothem staniemy pewnie kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt miesięcy po premierze pierwszej części remake'a.

    Bardzo cenię Square Enix za wkład w rozwój gatunku jRPG i setki godzin spędzonych z ich grami. Tymi zupełnie nowymi jak i wznawianymi po latach na współczesnych platformach. Niemniej jednak fanowskie oddanie coraz częściej ustępuje miejsca wyuczonemu sceptycyzmowi. Krytycznemu patrzeniu na mnożenie remasterów, reedycji i bzdurnych spin-offów. Wiadomo, popyt rodzi podaż, ale chyba gdzieś istnieje granica? Czy Final Fantasy to jedna z tych marek – jak Star Wars, która będzie generować zyski bez względu na jakość oferowanych produktów? Final Fantasy XV uważam za powrót do formy po kontrowersyjnych eksperymentach z "trzynastką" w tytułach, ale widzę, że Square Enix cały czas szuka pomysłu na tę serię. Dostosowując się do panujących trendów, a zarazem zaspokajając pragnienia weteranów pamiętających czasy NES-a, SNES-a czy chociażby pierwszego PlayStation.

    Ta kura ciągle znosi złote jaja, ale jak długo jeszcze uda się utrzymać dobrą passę? Podoba wam się podejście Square Enix do Final Fantasy i innych flagowych marek?

    Najnowsze
    Lubisz nas?