InformacjeBez prądu - film

Ładne, ale bez życia - recenzja filmu Valerian i miasto tysiąca planet

... Joanna Kułakowska

Valerian i miasto tysiąca planet Luca Bessona miało przebić odlotowością Piąty element – wcześniejsze dzieło tego samego twórcy. Zupełnie nie wyszło.

Komiksy o przygodach Valeriana i Laureliny – pary galaktycznych agentów, podróżujących przez czas i przestrzeń – autorstwa Pierre’a Christina i Jean-Claude’a Mézières’a – należą do najbardziej znanych u nas francuskich utworów, charakteryzując się wszystkim, co dla francuskiej fantastyki typowe: specyficznym humorem, umownością i wpisanym tak w design, jak i fabułę surrealizmem. Miłośnicy i miłośniczki takiego klimatu powinni sięgnąć po wydania zbiorcze owych historii, które pojawiły się na rynku w latach 2014-2017 nakładem wydawnictwa Taurus Media. Film Valerian i miasto tysiąca planet stanowi niezbyt wierną adaptację różnych komiksowych elementów (np. konwerter i rasa Szinguzów, która tu nie wiadomo dlaczego nosi nazwę Doghan-Dagui) w całkiem nową opowieść. Tak więc czy opowieść ta – i jej główni bohaterowie – oddają klimat graficznej serii?

Powiedzmy, że Bessonowi udało się doń zbliżyć w kreacji zwariowanego, dziwacznego uniwersum, ale znacznie rozminął się w kwestii postaci centralnych. Filmowy Valerian (Dane DeHaan) składa się niejako z dwóch person. Jedna rzeczywiście przypomina swój pierwowzór, czyli pyszałkowatego agenta, którego stanowczo zbyt wielkie mniemanie na temat własnej osoby ma jednak pewne przełożenie na rzeczywistość, a w każdym razie na umiejętność radzenia sobie w sytuacjach ekstremalnych. Facet często ma pecha, z którego wychodzi dzięki... szczęściu. Czasami to szczęście nosi imię Laurelina. Komisowy agent, owszem, jest kobieciarzem, ma też urok osobisty, któremu próżność tylko dodaje pikanterii i wywołuje rozbawienie. „Kobieciarz” w wersji DeHaana – czyli druga strona filmowej osobowości Valeriana – to de facto żałosny, wkurzający „dresik”, które to wrażenie pogłębia wątły, chłopięcy wygląd aktora, zaś jego „podryw” to końskie zaloty sztubaka z podstawówki skrzyżowane z patetycznymi tekstami rodem z co bardziej tandetnych romansideł dla pewnego rodzaju nastolatek (tych zbyt nieśmiałych, żeby bodaj zbliżyć się do osoby płci przeciwnej, więc pozostających w sferze nierealistycznych rojeń).

Z Laureliną (Cara Delevingne) postąpiono tu tak, jak to już bywało w rozmaitych filmach i serialach, wspinając się na szczyt niekonsekwencji. Pamiętacie Lois Lane z serialu Smallville? W jednym odcinku pokonuje oddział komandosów, w innym porywa ją samotny psychopata. Valerian i miasto tysiąca planet pokaże nam twardą, ironiczną agentkę na bakier z regulaminem, która w zasadzie każdemu umie skopać tyłek, a zaraz potem damsel in distress piszczącą rozpaczliwie: „Valerian!”. Z drugiej strony wersja Delevingne praktycznie nie wykorzystuje swego seksapilu, jak zwykł to czynić graficzny oryginał. Jest też pewien szczegół, można by powiedzieć drobiazg zupełnie niewart uwagi w dobie, gdy w adaptacjach na inne medium postaciom często zmienia się rasę, ale dlaczego wybierając aktorkę, która rzeczywiście przypomina pierwowzór, nie zadbano o kolor włosów? Może czytelnikom i czytelniczkom niniejszej recenzji wyda się to śmieszne, ale drobny fakt, że Laurelina nie jest ruda, naprawdę budzi dyskomfort kogoś, kto lubił komiksową serię.

Co do samego filmu Valerian i miasto tysiąca planet – fabuła owej nowej opowieści zawiera sporo dziur logicznych i obfituje w wielokrotnie (do znudzenia i niesmaku) eksploatowane już klisze. Oczywiście można stwierdzić, że przecież cykl o Valerianie i Laurelinie zawierał niemało wątków zwyczajnie głupich, a logika nie była najmocniejszą stroną struktury fabularnej, jednakże miał niezaprzeczalny urok oraz niezłą dynamikę, których brakuje filmowi. Poza tym X muza to medium dużo mniej wybaczające i bardziej wymagające w sferze spójności fabuły i świata przedstawionego, bo historię przedstawiają nam ludzie (aktorzy i aktorki), a nie obrazki, i wszelkie mankamenty trudniej złożyć na karb „umowności”. Ot, taki „drobiazg” na poziomie podstawowym, jeden z wielu w niniejszym obrazie – na pewnej planecie poławia się perły, po czym trzy razy do roku zwraca skarby naturze, wykorzystując konwerter materii. To nie można od razu zafundować sobie całych ton tych pereł z zaledwie kilku zebranych? Dodajmy, że liczba konwerterów jest wysoka, nie ma mowy o problemie „zniszczenia materiału” w związku z kosztami eksploatacji.

Valerian i miasto tysiąca planet bezsprzecznie epatuje wizualnym przepychem. Film kosztował ponad dwieście milionów dolarów (do tej pory takie nakłady finansowe osiągały jedynie hollywoodzkie produkcje), a na efekty specjalne i grafikę komputerową poszło aż siedemdziesiąt procent tej kwoty. Podczas seansu ewidentnie widać, jak daleko poszedł rozwój sztuk wizualnych od czasów Awatara oraz Final Fantasy, które swego czasu sprawiały na widzu kolosalne wrażenie. Problem w tym, że obraz w reżyserii Luca Bessona prawie nie robi wrażenia. Oglądamy przepiękne kadry, olśniewające barwami i swoistą „namacalnością” (niejako wpisanym w strukturę efektem 3D) i niby wszystko jest w porządku, a jednak czegoś brakuje. Tworzony o wiele bardziej prymitywnymi metodami Piąty element rzuca na kolana scenografią, kostiumami, grafiką i sposobem realizacji. Bazujący na nowszych technikach, teoretycznie lepszy, nowy film tego samego twórcy nie ma równie dobrego stylu ani porównywalnej dawki szaleństwa i osobliwości. W dużej mierze problem stanowi tu gorszy scenariusz, ale nie tylko, różnica w odbiorze związana jest też z warstwą wizualną – niby tak dopieszczoną, a jednak pozbawioną wdzięku i energii, po prostu martwą.

Wszystko zdaje się rozbijać się o dynamikę produkcji – świetne, efektowne sceny rozłażą się nagle w szwach i przechodzą w nużące dłużyzny, zupełnie jakby reżyser był zbyt emocjonalnie przywiązany tak do całokształtu swego dzieła, jak również do każdego szczegółu z osobna, a w efekcie nie był w stanie pozwolić na profesjonalny montaż. Zostało tam mnóstwo rzeczy niepotrzebnych i nic niewnoszących, za to, niestety, drętwych i zwyczajnie nudnych. W rezultacie wiele malowniczych kadrów wydaje się pozbawione życia. Rzadko kiedy ogląda się teoretycznie oszałamiający wizualnie pościg, który pozostawia doskonale obojętnym na skutek... Tak naprawdę Lucowi Besonowi najbardziej udała się (dla odmiany) żywa, totalnie surrealna sekwencja o polowaniu na meduzę, która wydaje się być skutkiem natchnienia czerpanego z filmów Jeana-Pierre’a Jeuneta. Podobać się może także akcja przeprowadzona wraz z oddziałem innych agentów, którzy pod względem stylistyki zapewne odnaleźliby się na kartach komiksu Burton i Cyb Antonia Segury i Jose Ortiza. Generalnie najlepszy wydaje się sam początek, który klimatycznie ukazuje historię powstania tytułowego miasta tysiąca planet, co w sumie jest dość smutne.

Problemem Valeriana i miasta tysiąca planet okazuje się także brak naprawdę charyzmatycznych postaci. Para głównych bohaterów w lepszych momentach ani ziębi, ani grzeje, a w tych gorszych porządnie irytuje. Momentów, kiedy widz szczerze uśmiecha się pod nosem, jest relatywnie niewiele (choć na szczęście występują, chociażby absurdalna scena prezentowania strojów Laurelinie). Tak czy owak, gdzie im tam do Leeloo i Korbena. Czarny charakter ani nie fascynuje, ani nie prowokuje dreszczu na plecach, ani nawet nie rozbawia. Gdzie mu tam do psychopatycznego Jean-Baptiste’a Emanuela Zorga. Ogólnie prezentowana tu psychologia jest na poziomie gimnazjum albo jeszcze gorzej (ktoś umiera, i to przez Valeriana i Laurelinę, tymczasem nasi bohaterowie nie potrafią przekonująco oddać choćby kilku sekund smutku). Jeśli zaś chodzi o grę aktorską, to jak to już niejedna osoba zauważyła, najlepiej sprawiła się Rihanna... Notabene sceny z jej udziałem to wariacja na temat scen z Divą z Piątego elementu.

Na koniec powiedzmy sobie, co starano się przemycić w powodzi ładnych, choć pozbawionych życia obrazków. Ni mniej, ni więcej, tylko opowieść rozliczającą się z kolonializmem i jego skutkami. Oto zły biały człowiek, który w pogoni za dobrami materialnymi i karierą niszczy wszystko, co stanęło mu na drodze, a potem idzie w zaparte, by zatuszować swoje zbrodnie i nie przyznać się. Wojenna machina, która nie zwraca uwagi na życie niszczone przy okazji, fałszywie rozumiany patriotyzm będący zasłoną dymną dla zbrodni wojennych. Czarny człowiek usiłuje go powstrzymać, ale pada ofiarą bezlitosnego karierowicza. Klisze, klisze, klisze... Na całe szczęście sytuację próbują ratować również biali, ale zaraz – jeden z nich jest rudy (którzy tyle razy w historii padli ofiarą zabobonów, a to że fałszywi, a to że zdrajcy...). Na uwagę za to zasługuje rzecz, którą warto propagować – myśl, iż wszyscy ci, których rasiści uważają za gorszych intelektualnie, w istocie (żyjąc w raju) nie mieli potrzeby iść w tym samym kierunku, w sytuacji skrajnej zaś mogą dowieść sprawności umysłu i elastyczności dalece przewyższających domniemaną „rasę wyższą”, że to warunki bytowania mogą wpłynąć na kształt cywilizacji i że kategoryczne sądy mogą okazać się mylne...

Podsumowując: film jest ładny, to trzeba przyznać, szkoda jednak, że niewiele ponadto reprezentuje.

Najnowsze
Lubisz nas?