InformacjeRecenzja - konsole

To coś więcej niż Lords of the Fallen na sterydach - recenzja gry The Surge

... Adam Berlik

The Surge nie chce być zwykłym klonem Dark Souls. Oferuje tę samą filozofię rozgrywki, ale dodaje od siebie kilka ciekawych rozwiązań.

Oglądając pierwsze zapowiedzi The Surge można było odnieść wrażenie, że autorzy ze studia Deck13 chcą wykorzystać boom na twory soulsopodobne oraz sukces, jaki odniosła ich poprzednia gra, Lords of the Fallen, przygotowana we współpracy z polskim CI Games. Po spędzeniu blisko trzydziestu godzin z recenzowanym tytułem mogę wszystkich uspokoić i powiedzieć, że niemiecka ekipa stworzyła niezwykle udane dzieło, które potrafi zaangażować odbiorcę już od pierwszej chwili i nie pozwala odejść od ekranu aż do momentu ujrzenia napisów końcowych.

The Surge jest trzecioosobowym RPG-iem akcji osadzonym w dystopijnej przyszłości. Rozgrywka zaczyna się dość nietypowo. Głównego bohatera imieniem Warren poznajemy w momencie, kiedy przybywa do korporacji CREO w celu przeprowadzenia operacji polegającej na implementacji egzoszkieletu i rozpoczęcia swojego pierwszego dnia pracy. Mężczyzna porusza się na wózku inwalidzkim, ale po wspomnianym zabiegu jest już całkowicie sprawny i - jak się okazuje - gotowy do walki z hordami przeciwników. W siedzibie CREO dochodzi bowiem do szeregu nieprzewidzianych zdarzeń, które sprawiają, że maszyny obracają się przeciwko ludziom. Naszymi wrogami nie są jednak wyłącznie roboty czy drony, ale również strażnicy ochrony.

Na uwagę zasługuje sposób przedstawiania historii. W trakcie całej rozgrywki oglądamy zaledwie dwa przerywniki filmowe: intro oraz outro. Eksplorując kolejne lokacje spotykamy rozmaite postacie niezależne, które również nie wiedzą, co tak naprawdę zdarzyło się w CREO. Nieco światła na sprawę rzucają audiologi, jakie zbieramy w trakcie zabawy oraz nagrania uruchamiane za pomocą specjalnych terminali. W związku z tym niektóre zwroty akcji łatwo pominąć, inne zdarzenia są natomiast wyłożone na przysłowiowej tacy, bo ich poznanie jest wymagane do osiągnięcia postępów w fabule. Z czasem kolejne elementy tej układanki zaczynają się łączyć w spójną całość, tworząc stosunkowo ciekawą, choć momentami oklepaną opowieść.

The Surge oferuje tę samą filozofię rozgrywki, co Dark Souls. Pozbawieni jakiejkolwiek mapy i wskazówek (choć te niekiedy pozyskujemy rozmawiając z postaciami niezależnymi) odkrywamy kolejne lokacje metodą prób i błędów. Zwiedzając poszczególne fragmenty wirtualnego świata odblokowujemy skróty, dzięki czemu dotarcie w bardziej oddalone miejsca nie zajmuje aż tak wiele czasu. Po drodze spotykamy oczywiście wrogów - każdy z nich wymaga unikatowego podejścia, bo gra charakteryzuje się naprawdę wysokim poziomem trudności. Nawet zwykły strażnik może zabić głównego bohatera kilkoma ciosami, a niekiedy jednym, potężnym atakiem. W związku z tym musimy uczyć się rozkładu kolejnych pomieszczeń i zachowań wrogów, by osiągnąć postępy w zabawie.

W odróżnieniu od Dark Souls, Bloodborne, Nioh czy Salt and Sanctuary, gdzie regularnie odkrywaliśmy kolejne lokacje i walczyliśmy z bossami, The Surge jest znacznie bardziej skondensowane. Cała gra składa się raptem z kilku miejscówek, a i tak nie w każdej będziemy walczyć z "szefem". Wchodząc do kolejnej części korporacji CREO możemy być pewni, że spędzimy w nim dobrych kilka godzin. Konstrukcja poziomów zakłada bowiem konieczność poznawania rozkładu pomieszczeń na danym obszarze i odblokowywania skrótów na różne sposoby. Poza typowym otwieraniem drzwi od drugiej strony, korzystamy także z podnośników, które pełnią funkcję drabin, jeździmy windami, poruszamy się kanałami wentylacyjnymi, dokonujemy przeciążeń obwodów i odblokowujemy przejścia za pomocą naszego drona, który dodatkowo pozwala na zwabianie przeciwników czy tez wspomaga naszego bohatera w walce.

Grając w The Surge próżno szukać punktów zapisu w postaci ognisk. W każdej lokacji mamy tzw. bazę wypadową, gdzie wydajemy pozyskany złom (możemy go tam również przechowywać, by użyć go w późniejszym czasie), ulepszamy ekwipunek i rozmawiamy z postaciami niezależnymi. Poszczególne lokacje zaprojektowano w taki sposób, by po odblokowaniu wszystkich skrótów dotarcie do kolejnych fragmentów danego obszaru zajmowało naprawdę niewiele czasu. Warto również dodać, że mimo wszystko mamy tutaj do czynienia z liniową produkcją, ale nie oznacza to, że w trakcie zabawy po prostu przechodzimy od jednej do drugiej miejscówki. Czasem wracamy do wcześniej odwiedzonych lokacji, by stamtąd dotrzeć do kolejnych obszarów. W związku z tym zdarza się, że nawet przez kilkadziesiąt minut błądzimy, szukając dalszej ścieżki.

System rozwoju bohatera w The Surge nie jest kalką tego, co znamy z innych souls-like'ów. Nie mamy tutaj ani typowych klas postaci, ani tym bardziej statystyk; ciężko także powiedzieć, by protagonista awansował na kolejne poziomy doświadczenia. Deck13 proponuje bowiem ciekawe rozwiązanie oparte na poziomach rdzenia, które odblokowujemy wydając złom pozyskany w trakcie walki z kolejnymi przeciwnikami. Poziom rdzenia określa, ile elementów wyposażenia czy implantów możemy na siebie założyć. Jak nietrudno się domyślić, znacznie lepsze części pancerza zajmują więcej miejsca w naszym rdzeniu - podobnie sprawa wygląda z implantami, dlatego też nieodłącznym elementem zabawy jest żonglowanie między kolejnymi częściami pancerza i wszczepami, które oferują przede wszystkim możliwość korzystania z przedmiotów leczących, zwiększają liczbę punktów zdrowia, wytrzymałość i zadawane obrażenia.

Na pierwszy rzut oka walka w The Surge wygląda tak samo, jak w każdym innym souls-like'u. Tańczymy wokół przeciwnika, obserwujemy jego zachowanie i staramy się wyczuć moment na zadanie ciosu. Kiedy jednak skupimy kamerę na oponencie i poruszymy prawą gałką analogową zauważymy, że gra umożliwia wybranie części ciała naszego wroga, którą chcemy zaatakować. Rozwiązanie to poniekąd budzi skojarzenia z systemem V.A.T.S. znanym z serii Fallout, ale jak się okazuje, jedynie pod względem wizualnym. W praktyce okazuje się, że na przykład celując w głowę nieprzyjaciela mamy szansę na zdobycie schematu, który pozwoli na stworzenie hełmu. Aby tak się stało musimy nie tylko pokonać oponenta, ale pod koniec walki wcisnąć kwadrat i zakończyć ją efektownym "finiszerem", podczas którego zaobserwujemy, jak nasz bohater odcina kończyny swojemu przeciwnikowi.

Z pokonanych wrogów wypadają nie tylko schematy do tworzenia nowych elementów wyposażenia, ale także specjalne przedmioty, dzięki którym będziemy w stanie wykonać przedmiot. Dlatego też kolejne starcia w The Surge wymagają odmiennego podejścia. Odsłonięte części ciała wroga są bowiem oznaczone kolorem niebieskim, podczas gdy zasłonięte - żółtym. Tylko od nas zależy, czy zdecydujemy się atakować te pierwsze, by szybciej zakończyć starcie, czy też pozwolimy sobie na dłuższy pojedynek, chcąc pozyskać możliwość stworzenia nowego fragmentu pancerza.

Początkowo może wydawać się, że Deck13 oddało do dyspozycji znikomą liczbę rodzajów broni, ale z czasem okazuje się, że jest ona jak najbardziej wystarczająca. Zwłaszcza, że w The Surge możemy korzystać z kilku typów oręża. Mamy tutaj bronie jednoręczne, dwuręczne, lekkie i ciężkie z możliwością wyprowadzania ataków poziomych i pionowych. Każdą z nich określa nie tylko siła i szybkość ciosu, ale także dodatkowa statystyka impet, dzięki czemu w zależności od posiadanego rodzaju broni możemy zablokować przeciwnika serią ataków, a nawet obalić go lub wyrzucić w powietrze.

Jak każda gra, tak i The Surge, ma wady, ale ich wytykanie nie ma większego sensu. Można narzekać na bezbarwną postać głównego bohatera. Można wspomnieć, że spośród kilku walk z bossami w jednej spotykamy się dwukrotnie z tym samym przeciwnikiem. Można powiedzieć, że niektóre pomieszczenia są zbyt podobne do innych, a grafika nie jest najwyższych lotów. Ale co to zmieni, skoro każde pojedyncze starcie z wrogiem jest piekielnie angażujące, a satysfakcja z pokonania bossa po kilkunastu próbach tak ogromna, że człowiek aż żałuje, iż Deck13 nie pokusiło się o większą liczbę pojedynków z "szefami". Chęć sprawdzenia, co czai się za kolejnymi drzwiami jest na tyle silna, że ciężko przerwać zabawę nawet na chwilę. Każdy zakamarek, każda winda, każde nieodkryte przejście wiąże ze sobą jakąś tajemnicę. Może prowadzić do zupełnie nowego, dużego obszaru, albo też do niewielkiego pokoju, gdzie znajdziemy przydatny implant lub... nic niewnoszącą audionotkę.

The Surge nie jest produkcją, która kończy się po jednym przejściu. Po niemal trzydziestu godzinach i tak nie udało mi się odkryć wszystkich zagadek skrywanych przez dzieło Deck13. Wciąż na zbadanie czekają obszary przeznaczone jedynie dla działu ochrony, do których dostęp zyskuje się dopiero po przejściu jednego z etapów. Muszę także zmierzyć się z mini-bossami, których pokonanie wcześniej było niemożliwe bez posiadania odpowiedniego przedmiotu. A to i tak nie wszystko. Ujrzenie napisów końcowych jest bowiem równoznaczne z odblokowaniem trybu Nowa Gra Plus, który potrafi zaskoczyć już od pierwszej chwili. Autorzy nie tylko zwiększyli liczbę punktów życia wrogów, ale i zadbali o większe zróżnicowanie przeciwników, dlatego też nawet w pierwszej lokacji zmierzymy się z oponentami, których spotkaliśmy mniej więcej w połowie swojej pierwszej przygody z recenzowanym tytułem.

Właściwie wszystko już zostało powiedziane - The Surge to pozycja obowiązkowa dla fanów gier w stylu Dark Souls. Jakakolwiek inna ocena niż "dziewięć" byłaby dla niej krzywdząca. Deck13 pokazało, że nie chce powielać utartych schematów, dlatego też zaryzykowało, proponując nowe rozwiązania. Jak widać, opłaciło się.

PlayStation 4The Surge

  • świetnie zaprojektowane lokacje, których konstrukcja zachęca do eksploracji
  • świetny system walki z możliwością odcinania kończyn w celu pozyskiwania schematów wyposażenia
  • ciekawie skonstruowany system rozwoju postaci oparty na poziomach rdzenia
  • różnorodne typy uzbrojenia do wyboru
  • ciekawy sposób ukazania fabuły
  • czas rozgrywki
  • tryb Nowa Gra Plus to nie tylko większa liczba punktów życia u przeciwników
  • szkoda, że autorzy dwukrotnie wykorzystali ten sam model przeciwnika w walce z bossem
  • bezbarwna postać głównego bohatera
  • niektóre fragmenty lokacji są zbyt podobne do innych

Jeśli boom na Soulsy owocuje tak dobrymi grami, to cóż... nie mam nic przeciwko

Najnowsze
Lubisz nas?