InformacjeFelieton

Trafienie Krytyczne #17. Oda do public relations

... Sławek Serafin

Nad czym by się tu zastanowić w taką słoneczną, ciepłą i piękną niedzielę? Może nad kacem? Moralnym, oczywiście.

Słońce świeci, ptaszki ćwierkają, śmiech dzieci zewsząd dobiega, więc oczywiście pierwsza rzecz, która przychodzi na myśl, jest związana z pytaniem, kto ma najgorszą pracę w branży gier. A dokładniej w przemyśle produkcji i wydawania tychże, nie po tej mojej, redakcyjnej stronie, bo u nas w sumie wszyscy mają zajęcia relatywnie znośne. I nie ma się nad kim pochylić ze współczuciem. A tam jest.

Pierwsza myśl – tester. Testerzy z działu Quality Assurance mają pracę mocno drastyczną. Grają w gry, ale nie tak jak normalni ludzie, z jakąś odrobiną przyjemności. Nie da rady. Przyjemność ulatnia się momentalnie, gdy trzeba daną sekwencję zaliczyć dziesiątki razy na przeróżne, najgłupsze z możliwych sposoby, żeby sprawdzić, czy gdzieś nie ma błędu mniejszego lub większego. Zgroza, nie? Siedzi się cały dzień i powtarza ciągle te same czynności, ale nie jak w normalnym zakładzie pracy, tylko grzebiąc w czymś, czym wszyscy inni się doskonale bawią. To tak jakby się było dzieciakiem wyznaczonym do sprzątania po wszystkich innych w przedszkolu. Ktoś to musi robić oczywiście i jest to bardzo odpowiedzialne, choć niewdzięczne, zadanie. I relatywnie kiepsko płatne też. Z całą pewnością jedna z najgorszych posad w branży. Ale są gorsze.

Programiści w crunchu, śpiący po kilka godzin na dobę pod własnym biurkiem i jedzący byle co, też mogli by się ubiegać o palmę pierwszeństwa. Ale osobiście uważam, że naprawdę ciężko mają dopiero ludzie, którzy wiedzą, że produkują szajs. Nie dość, że przepracowują się jak wszyscy inni, to jeszcze na dodatek zdają sobie doskonale sprawę z tego, że efektem tej ich harówki nie będzie z całą pewnością coś w stylu następnego Wiedźmina, tylko coś wręcz przeciwnego. To dopiero musi być obciążenie psychiczne, nie? Zasuwać jak dziki osioł przy kreacji gry, o której się wie, że samemu by się jej kijem przez szybę nie tknęło, bo jest taka słaba. Bez imion i bez nazwisk oczywiście, ale dobrze wiemy, o jakie gry chodzi. O większość tak w zasadzie, jeśli wrócimy do wspomnianego kilka Trafień Krytycznych temu prawa Sturgeona, które mówi, że 90% wszystkiego jest do niczego. Oczywiście, można do tego podchodzić z dystansem. Wiemy, że robimy badziew. Trudno. Będziemy sobie nawet z tego żartować może i ogólnie podchodzić na luzie. Pewnie gdzieś tak jest na świecie.

Znacie te przerażające programy telewizyjne zwane paradokumentami, wiecie, ten format z którego zrodziły się potworki w stylu Dlaczego Ja?, Trudne Sprawy i tak dalej? Pewnie znacie, choć na pewno nie oglądacie. Ale ktoś to ogląda. I, co ważniejsze, również ktoś to produkuje. Najprawdopodobniej ze łzami w oczach, klnąc na czym świat stoi. Słyszałem, że ekipy kręcące te programy muszą się uciekać do naprawdę dość twardych środków emocjonalnego znieczulania i zobojętniania, żeby móc stawić czoła rzeczywistości, w której zajmują się tworzeniem najbardziej cuchnącego telewizyjnego ekskrementu. A oni przynajmniej mogą sobie na planie spojrzeć w oczy i smutno pokiwać głową, dzieląc niedolę. Gorzej pracownicy jakiegoś studia, które tworzy szambo-grę, ale w którym nie można nazwać rzeczy po imieniu i trzeba podchodzić do tej orki na ugorze z takim entuzjazmem, jakby się właśnie tworzyło growy odpowiednik fresków w Kaplicy Sykstyńskiej. To dopiero jest okropne, zwłaszcza, że byt kształtuje świadomość przecież, więc w końcu zaczyna się wierzyć w to, że produkuje się dobry tytuł. Niezłe pranie mózgu, nie? Na dodatek okraszone później wielkim smutkiem i urazą do graczy, którzy niestety aż takiego prania nie przeszli i nieszczególnie im się gra spodobała. Jak mogła się nie spodobać?! Przecież jest dobra!!! No, nie, nie jest.

I tutaj, sporo za połową felietonu, ale jeszcze przed jego końcem, dochodzimy do puenty. Kto ma najgorszą pracę w branży gier? Moim skromnym zdaniem, z którym wcale nie musicie się zgodzić, najbardziej parszywe zajęcie, głównie od strony moralnej, ma specjalista od public relations. I ogólnie marketingowcy wszyscy oczywiście, bo biedacy muszą wymyślić kłamstwa, którymi trzeba jakoś przykryć fakt, że reklamowane przez nich dzieło jest jedną, wielką, nieładnie pachnącą kupą wiadomo czego. Ale PRowcy muszą publicznie skakać z radości dookoła tego nawozu, entuzjazmem i pasją próbując zarazić wszystkich innych, zwłaszcza media. A przedstawiciele mediów już niejeden taki cuchnący kopczyk widzieli i nawet gdy próbują być uprzejmi oraz nie okazywać swojej odrazy, to przecież nie trzeba być mistrzem w czytaniu mowy ciała, żeby się zorientować, co sobie myślą. I absolutnie nie można się z nimi zgodzić, wręcz przeciwnie, trzeba cały czas się uśmiechać, jakby się było przeszczęśliwym absolutnie, bo oto sprawuje się pieczę nad taką to a taką marką, i takim to a takim tytułem, który przecież jest najlepszą grą, jaka powstała od czasów, gdy neandertalczycy bazgrali patykami po mokrym piasku.

Ja bym chyba nie dał rady. Psychika by mi siadła, od naginania lub łamania z przemieszczeniem zasad moralnych. Sumienie by gryzło, że hej. To widać. Są różne okazje i różne spotkania, w których uczestniczymy my z mediów, i oni, PRowcy. Czasem są to wydarzenia promujące dobre gry. I wtedy oni są w swoim żywiole, bo wiedzą, że tym razem walczą dla Jasnej Strony. Aż promienieją autentycznym zadowoleniem. Niestety, często jest inaczej. I biedni PRowcy muszą być na zewnątrz tak samo pełni entuzjazmu, bo taką mają pracę. Tylko w oczach widać tę pustkę i przerażenie istot uwięzionych w otchłani. Dramatycznie bardzo, wiem. Specjalnie przesadzam i przerysowuję, dla zwiększenia efektu. Aż tak źle nie jest i odsetek samobójców wśród PRowców wcale nie jest większy niż pośród reszty populacji. Chyba. Ale to strasznie ciężka praca. I tak samo niedoceniana, jak wiele innych. Specjaliści od PR muszą naprawdę wiele wysiłku wkładać w to, by przy pierwszej okazji nie zrzucić ciężaru z serca i nie wykrzyczeć na całe gardło, jak bardzo fatalny, nie warty niczyjej uwagi i podrzędny produkt właśnie muszą promować. I za ten wysiłek bardzo ich wszystkich szanuję, a niektórych to nawet tak zwyczajnie, po ludzku, lubię, mimo tego, że nie mogą sobie ze mną pozwolić na szczerość. Doceniam to zwłaszcza dlatego, że sam mam komfort mówienia tego co myślę, bo z kolei mnie za to płacą właśnie.

Dlatego w tę piękną niedzielę, czy tam inny jakiś dzień, jeśli czytacie to akurat wtedy, chciałbym, żebyśmy się wszyscy pochylili nad specjalistami od public relations i wykonywaną przez nich pracą. Nad wielkim wysiłkiem, nad tytaniczną wolą, którą muszą się wykazać. Dobra robota, dziewczyny i chłopaki. Oby wam się trafiały same gry dobre, albo chociaż przeciętniaki z jakimś jednym czy dwoma wybijającymi się, pozytywnymi aspektami, których można się uczepić dla spokoju sumienia. Zwłaszcza że my, gracze, też byśmy w sumie tego chcieli dla siebie.

Powyższy felieton wyraża osobiste poglądy autora i nie może być utożsamiany z całą redakcją portalu

Najnowsze
Lubisz nas?