InformacjeFelieton

Kodowanie popkultury: Wieża Bubel

... Łukasz Wiśniewski

Różne języki różne kodują różne rzeczy. Dotyczy to również języków rozmaitych dziedzin sztuki i kultury. A wiadomo jak to jest z przekładami...

W planach miałem kontynuację tematyki z poprzedniego tygodnia, czyli zagłębienie się w fantasy. Nagle jednak w sieci zaatakował mnie zwiastun filmu Mroczna Wieża, powstającego na bazie opus magnum Stephena Kinga, i plany poszły się kochać. Kolejne asocjacje zaczęły się odpalać lawinowo i w pół godziny powstała spójna koncepcja tekstu o problemach z przekładem. Może to i dobrze, bo pewnie za tydzień, góra dwa, będę miał lepszy pretekst do opowiadania o fantasy zrobionym z fantazją. O ile zdążę go sobie stworzyć. Ale o tym na razie cicho-sza.

Jest takie angielskie powiedzenie, że tłumaczenia są jak kobiety – wierne nie są piękne, piękne nie są wierne. Swoją drogą, jakby się zastanowić, to z facetami jest gorzej, bo bez względu na urodę nie są wierni... No ale ja nie o tym przecież. A może jednak właśnie o tym, bo to powiedzenie zawiera w sobie kod kulturowy dotyczący stereotypów płciowych. Czyli po przełożeniu na język z innego kręgu kulturowego może stracić w ogóle sens dla odbiorcy. My jednak siedzimy w tym samym tyglu, w którym kolejno warzyli mizoginistyczni Grecy i Rzymianie, więc bez trudu łapiemy sens powiedzonka powstałego na Wyspach. Zwłaszcza że w obrębie naszej mapy kulturowej jest ono bezbłędnie celne. Do tego po wyjęciu analogii do kobiet uniwersalnie prawdziwe.

Im bardziej różne grupy językowe, tym robota tłumacza staje się bardziej ryzykowna. W obrębie Europy na przestrzeni wieków pewne różnice się zacierają, swoje zrobiła też łacina, która pełniła rolę mowy wspólnej, najpierw za sprawą Imperium Rzymskiego, później poprzez powiązanie z ekspansją religijną chrześcijaństwa. Po prostu w kulturze zostały zaszczepione pewne elementy mapy pojęciowej, nierozerwalnie związanej z językiem. Problem pojawia się wtedy, gdy przekładamy coś, co nie dość, że pochodzi z języka o odmiennej konstrukcji, to na dodatek ma korzenie w kulturze o innych korzeniach. Nie ma wtedy mowy o tłumaczeniu słowo w słowo, bo nie ma analogii już na tym poziomie, że o składni zdania nie wspomnę. Taki język turecki na przykład zalicza się do aglutynacyjnych, czyli bazuje na doklejaniu kolejnych zrostków pełniących z grubsza taką rolę, jak u nas przypadki czy rozdaje, ale pozostających niezmiennymi, gotowymi do doczepienia przy dowolnym wyrazie. Co robić, gdy w danym języku brakuje jakiegoś elementu? W tureckim nie ma czasownika “mieć”, zamiast tego tworzone są tak zwane związki przynależności. Polska Ala ma kota, a w Turcji Ali kot jej jest. Nie wspominając już o tym, że w większości przypadków zaczyna się tam zdanie od podmiotu a kończy na orzeczeniu. Dosłowny przekład nie dawałby się czytać.

Dlatego im większa przepaść kulturowa i morfologiczna między językami, tym bardziej praca tłumacza przypomina to, co kojarzy nam się raczej z adaptacją. Lepiej uchwycić ducha utworu, jego przesłanie, niż twardo stać przy literalnym przekładzie. Języki chińskie są na przykład tonalne, czyli jedno słowo może mieć kilka znaczeń, zależnie od tego, jakiej modulacji głosu użyjemy dla poszczególnych sylab. Ile? Cóż, wariacja mandaryńska ma cztery tony, kantońska sześć. Dodajmy do tego monoslybiczne morfemy i związany z nimi specyficzny zapis oparty o ideogramy, a nie litery... Zresztą z chińskimi tekstami kultury w Polsce było przez lata trochę jak z posiłkiem przygotowanym na kilkukrotnie przesmażonym tłuszczu. Niby składniki w porządku, ale wszystko razem nie smakowało jak trzeba. Bezpośrednie tłumaczenia były bowiem rzadkością, większość polskich wersji powstawała na bazie wcześniejszych przekładów na angielski, francuski lub rosyjski.

No i teraz uświadommy sobie, że ukochane przez nas wszystkich dziewczyny zbiorczo zwane Muzami posługują się językami różniącymi się od siebie tak, jak różnią się polski, turecki i chiński. Jakiekolwiek bezpośrednie przekładanie dzieł z dziedziny podległej jednej na dziedzinę podległą innej jest więc siłą rzeczy skazane na porażkę. Może i będzie toto wierne, ale czy piękne? Oj, nie... Dlatego nie ma nic głupszego niż oczekiwanie, że ekranizacja literatury będzie wierna. Nie może być, jeśli ma posiadać jakiekolwiek walory estetyczne. Pisarz dysponuje na przykład wspaniałymi możliwościami robienia dygresji w formie narracji. Takiej suchej, bez dialogów. Kino i telewizja do tego się nie nadają. Przecież to by oznaczało, że przez ponad połowę seansu mielibyśmy galopadę krótkich ujęć, w których jedynym głosem byłby narrator. Dziesiąta i jedenasta Muza nie przepadają też za nadmiarem postaci, bo tam, gdzie pisarz ma czas wprowadzać kolejne osoby, reżyser dociskany jest maksymalną sensowną długością filmu. Lepiej skoncentrować się na mniejszej liczbie dobrze zarysowanych osobowości niż kalejdoskopie takich, dla których na ekranie da się wygospodarować najwyżej kilka pojedynczych minut.

W ramach głośnych dzieł kultury masowej moim ulubionym przykładem dla zarysowanych przed chwilą problemów z odmiennym językiem jest postać Arweny w filmowej trylogii Władca Pierścieni Petera Jacksona . Z naciskiem na pierwszy obraz, czyli Drużynę Pierścienia. Ileż było obruszenia miłośników pierwowzoru na to, co tam reżyser nawyprawiał. Że to nie ona robiła daną rzecz. Tak, nie ona, ale o niej czytaliśmy sporo, wiedzieliśmy, że jest twardą laską. Tyle że akurat nie wykazywała się tym w momencie przybycia hobbitów w okolice Rivendell. Peter Jackson mógł nam zafundować serię wykładów, wspomnień, monologów, retrospekcji. Rozbić dynamikę obrazu. Nie był jednak głupcem, dla zachowania ducha pierwowzoru i dla budowy ważnej postaci przekręcił wydarzenia z książki. Na tym polega inteligentna adaptacja.

Jeśli bowiem spojrzymy na całość kultury, na wszystkie Muzy i ich języki, zrozumiemy, że mamy do czynienia ze swoistą Wieżą Babel. Albo więc zaczniemy szukać metod, by te dziewczyny ze sobą się dogadywały, albo zapomnijmy o robieniu adaptacji. W dowolną stronę. Wypada sobie zdawać sprawę z tego, ile fabuły potrafi mieścić powieść, a ile film. W większości przypadków obraz kinowy ma zaledwie tyle miejsca, by upchnąć w nim porządne opowiadanie. Przy próbie zrobienia tego z powieścią, trzeba pożegnać mnóstwo wątków, no i oczywiście sporo postaci pobocznych. Jeśli za kamerą stoi twórca rozsądny, do tego mający szacunek dla autora pierwowzoru, to nie ma dramatu, bo po prostu dostajemy inną jakość, ale duch oryginału istnieje. Dużo bezpieczniej jest adaptować powieść jako serial. Jeden tom zwykle wystarczy na serię, bywa że i na dwie, jeśli jest opasły (casus Przebudzenia Lewiatana bazujących na nim dwóch serii w serialu The Expanse). Wtedy nie trzeba wiele ciąć, wystarczy czasu - to jeden z powodów, dla których tak się cieszę nową złotą erą seriali.

Na tym etapie wszystko jeszcze jest miłe i mówimy o dążeniu do wzniosłego celu, jakim jest szukanie porozumienia pomiędzy rozmaitymi dziedzinami sztuki. Świat jednakże nie jest miły i zbyt wielu twórców z danej dziedziny uważa, że jest mądrzejszych od twórców z innej dziedziny. Zamiast brać się za bary z kłopotliwą adaptacją, wyciągają wytrychy w stylu "na podstawie” lub co gorsza “inspirowane postaciami z...”. W ten sposób w miejscu Wieży Babel powstaje nam popkulturowa Wieża Bubel. Zbudowana z tandetnych pseudoadaptacji, stawiających przede wszystkim na aspekty wizualne. Najbardziej boli to w kinie, bo jeśli producent i reżyser postanowili, że wizualne wodotryski i ujęcia w 3D muszą wypełnić ponad połowę czasu trwania obrazu, to oczywistym jest, iż na fabułę wiele miejsca tam nie zostaje.

Chińczycy mają takie powiedzenie: “jeden obraz wart jest tysiąc słów”. Uwielbiamy je w Europie przytaczać, czasem nawet ma to sens. Tyle że nie jest to żaden pewnik, a już w ogóle nie powinno być wytrychem ani powodem do puszenia się malarzy czy grafików. Podam tu przykład pierwszego zdania z Mrocznej Wieży Stephena Kinga. The man in black fled across the desert, and the gunslinger followed. 12 słów. Gdy to przeczytałem po raz pierwszy ćwierć wieku temu, w mojej głowie rozbłysło mnóstwo obrazów. Moja uwaga została przykuta z taką siłą, że pomimo iż mój ówczesny angielski był na poziomie lekko pół śmiesznym, a King nie należy do twórców używających przeźroczystego języka, w pocie czoła przebiłem się przez całość. Nie miałem polskiego przekładu jako alternatywy, minęły lata, nim się pojawił.

No i teraz zobaczyłem ten zwiastun filmowy Mrocznej Wieży. Twórcy zaplanowali trylogię, co przy adaptacji oznaczałoby totalną porażkę, bo właściwy cykl to siedem tomów. Użyto więc wytrycha, opierając się na bardzo specyficznym zakończeniu, jakie zafundował Stephen King. Otóż będzie to zarazem kontynuacja, jak i ponowne opowiedzenie historii o Rewolwerowcu zmierzającym do Mrocznej Wieży. No i fajnie, ale... no właśnie tych ale jest więcej niż pestek w rewolwerze. W czasie zwiastuna Roland strzela co chwilę, wygląda na to, że położy więcej przeciwników niż w dwóch pierwszych tomach razem wziętych, nawet biorąc pod uwagę masakrę w Tull. Nie od razu przyjąłem też do wiadomości, że chłopak z filmu to Jake, bo historia jego spotkania z Rewolwerowcem jest tak sztampowa, tak niepodobna do dramatycznej opowieści z książek.

Uwielbiam Idrisa Elbę, ale gdy pojawiły się pierwsze informacje o obsadzie, nim dowiedziałem się, że nie mówimy o adaptacji sensu stricto, byłem zdziwiony, bo pomiędzy Rolandem a postacią Odetty Holmes w powieściach istnieje na początku bardzo silne napięcie na bazie rasowej. Jego skóra jest biała, a jej czarna, do tego Detta pochodzi z czasów, gdy nie było Afroamerykanów, tylko czarni. Nie mający tych samych praw co biali. Widziałem kilka możliwości - na przykład Roland niewidzący we władzy białych nic złego... Twórcy załatwili to inaczej: w kinowej “kontynuacji” po prostu nie będzie niektórych postaci. W tym Odetty Holmes. Problem rozwiązany, prawda? Tyle że jeśli to kontynuacja, nawet tak specyficznie traktowana, to już nic się tu kupy nie trzyma...

Znam naturę zwiastunów, ale tu naprawdę nie pojawiło się nic z problematyki społecznej i obyczajowej, która w Mrocznej Wieży ma swoje znaczenie, jak w sporej części prozy Kinga zresztą. Nie dostrzegłem też śladu tych licznych metawarstw, które czynią cykl o Rolandzie dziełem wyjątkowym. Sam pisałem wyżej, że nie wszystko da się pomiędzy językami Muz przetłumaczyć, ale trochę się boję, że tym razem nie mówimy ani o Mrocznej Wieży, ani o Wieży Babel, tylko o Wieży Bubel. Mam nadzieję, że moje obawy są niesłuszne, że Nikolaj Arcel, Akiva Goldsman, Anders Thomas Jensen i Jeff Pinkner - odpowiedzialni za scenariusz - nie zapomnieli twarzy swych ojców. Krótko mówiąc, trochę boję się o finalny efekt. Co w zasadzie mogłem napisać krótko na początku i na tym skończyć. No ale wtedy nie miałbym okazji pobłyszczeć erudycją w felietonie...

Najnowsze
Lubisz nas?