InformacjeRecenzja - PC

Niech żyje król taktyki! Recenzja Battle Brothers

... Sławek Serafin

Rzecz o tym, jak banda obdartych najemników pokonała kultowe legendy

Najwięcej krwi napsuły mi gobliny. Autentycznie kląłem na czym świat stoi i wygrażałem pięścią tym małym, wrednym skubańcom, gdy raz po raz masakrowali mi moich ulubionych, od maleńkości wypieszczonych najemników. Emocje sięgały zenitu i naprawdę niewiele brakowało, żebym znienawidził, szczerze i na całe życie, tych krzywogębych sukinkotów. Dlaczego? Dlatego, że nie są głupi. Wręcz przeciwnie. Gobliny w Battle Brothers to nie są zwyczajowi chłopcy do bicia, głównie dlatego, że te, przez wrodzoną uprzejmość nie powiem czyje, syny, stosują bardzo przemyślaną i skuteczną taktykę. Bazuje ona na broni zasięgowej. Gobliny mają tych swoich łuczników-snajperów, odzianych w bieda-stroje maskujące. I mają ich dużo. I parszywcy umieją skupić się na konkretnym przeciwniku, co zwykle prowadzi albo do jego nagłej śmierci, albo do trwałego kalectwa, czy czegoś w tym rodzaju. Ale to nie jest główny problem. Nie, sęk w tym, że do tych skubanych strzelców nie można się dostać. Kryją się śmierdziele za elegancko trzymającymi szyk włócznikami, wyposażonymi w tarcze. A dobrą ścianę tarcz najeżoną włóczniami jest w Battle Brothers diabelnie trudno przełamać. Zwykle korzystamy z tego my, formując własną. I wtedy jest wszystko w jak najlepszym porządku. Ale jak wróg nam wyjedzie z taką taktyką? Cóż, wtedy jest źle. Bardzo źle, bo tutaj zwycięska bitwa to nie takie starcie, w którym wszyscy wrogowie zostali posiekani, porąbani i podziurawieni jak należy, ale taka, w której nikt z naszych nie zginął. Zgony po drugiej stronie są domyślne. Straty po naszej – nie do zaakceptowania.

Oczywiście, w końcu mnie olśniło i znalazłem sposób na gobliny. Taki prosty i oczywisty, że plułem sobie w brodę, że wcześniej na to nie wpadłem. Wystarczyło zaatakować w nocy. Łucznicy mogą sobie wtedy tymi swoimi patykami co najwyżej brud zza paznokci wydłubywać. Szansa na trafienie z powodu ciemności spada tak bardzo, że można je uzyskać tylko z minimalnej odległości. I gobliny próbowały, a jakże. Ich łucznicy skracali dystans, łamali całą formację, powodowali, że zwarta, zdyscyplinowana grupa szła w rozsypkę. Wycięcie tego tałatajstwa w pień, po tym jak rozpadł im się szyk, było już formalnością. Ale nie mogę tym parszywcom odmówić tego, że wcześniej prawie przez nich osiwiałem. A potem spotkałem po raz pierwszy oddział ciężkozbrojnych orków. I poznałem co to prawdziwy ból.

Battle Brothers jedną rzecz ma mistrzowsko dopracowaną. To znaczy, ma więcej takich aspektów, które są fantastycznie dopieszczone, jasne, że ma. Ale tym jednym się naprawdę wyróżnia. Przeciwnikami. A dokładniej tym, że są różni. Tak naprawdę różni. I gdy już się pojawią, to zmuszają nas do zmiany taktyki, do zmiany sposobu myślenia, do często rewolucyjnej modyfikacji naszych metod działania. Inaczej walczy się z obdartymi bandytami, inaczej z hordą żywych trupów, jeszcze inaczej ze zwartym szykiem powstałych z martwych legionistów. Wilkołaki to całkiem inne wyzwanie niż gobliny, a o orkach już nawet nie wspomnę, bo nie powinniśmy używać w tekstach słów niecenzuralnych, a innymi się tych *%$!@&^! opisać nie da. Jasne, mnóstwo taktycznych turówek ma zróżnicowanych przeciwników. Od dawien dawna takie klasyczne serie, jak na przykład czcigodny XCOM, urozmaicały nam zabawę, dorzucając co jakiś czas nowego wroga. Tyle, że to nic nie zmieniało, jeśli chodzi o nas. Wprowadzało się najwyżej jakąś drobną modyfikację wyposażenia i tyle. Taktyka pozostawała niezmienna. I mimo nowych przeciwników, każdą kolejną misję, każde kolejne starcie, rozgrywało się tak samo w zasadzie. Co po jakimś czasie robiło się oczywiście nudnawe dość. Battle Brothers jest inne. Tutaj nowy rodzaj przeciwnika to wyzwanie, które zmusza nas do rewizji prawie wszystkiego. Taktyki, szyku, wyposażenia. Wszystkiego. Gra zmusza nas do elastycznego myślenia, dzięki czemu godziny mijają, kolejne bitwy są toczone, a my nawet tego nie zauważamy, bo tak silnie jesteśmy zaangażowani, emocjonalnie i intelektualnie, w każde, nawet małe, starcie. Potyczka za potyczką, rzeź za rzezią, a my ciągle nie mamy dość i chcemy więcej. W innych grach tego typu ziewamy, bo robi się rutynowo. W Battle Brothers mamy w oczach łzy szczęścia i ulgi, gdy następna potyczka okaże się rutynowa. Dlatego, że to oznacza, że nikt nie zginie. I że wpadnie nam trochę grosza. Oraz łupów być może. Dzień jak co dzień to najlepszy dzień.

Battle Brothers to zabawa w zarządzanie kompanią najemników w bliżej nieokreślonym świecie niskiego fantasy. Niskiego, czyli takiego z minimalną ilością magii. Są tu jakieś dziwne bestie, owszem, ale czary mary to wyjątek, a nie reguła. A już szczególnie z naszej strony. W tej grze nie ma kul ognia, piorunów rozszczepianych ani też błogosławionych tarcz i innych głupot. Są tylko narzędzia ostre do patroszenia albo tępe do miażdżenia. I, rzecz jasna, sporo posoki też jest. W końcu gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, prawda? Battle Brothers to właśnie głównie te wióry, ale nie tylko, bo choć bitwy są świetne, to nie tylko one. To, co dzieje się między nimi też jest znakomite. Zarządzanie wciąga niesamowicie. To straszna frajda, patrzeć jak z poziomu na poziom nasi najemnicy rosną w siłę. Zaczynają jako ludzkie odpady, taki średniowieczny element i margines. Jacyś żebracy, zbiegli skazańcy, chłopi ze wsi, rzeźnicy którym się nie powiodło i tym podobni. Na początku nie ma szans na choćby byłego żołnierza, o wędrownym rycerzu czy wydziedziczonym szlachcicu już nie mówiąc. I z tego nawozu lepimy twardych, zaciętych, gotowych na wszystko sukinkotów, punkcik po punkciku. Łatwo się do nich przywiązać, bo są tacy nasi, wypieszczeni nie tylko awansami i przydziałami umiejętności, ale też pilnowaniem, by mieli co jeść, by mieli dobry humor, by nie zabrakło im opatrunków i amunicji. I ubieraniem w metalowe wdzianka.

Battle Brothers w kwestii ekwipunku jest mokrym snem miłośnika średniowiecznych militariów. Prawie tak jak Mount & Blade, a może nawet bardziej, bo tutaj każda broń spełnia bardzo określoną rolę na polu bitwy. Każde narzędzie do robienia krzywdy jest z jednej strony uniwersalne, a z drugiej wyspecjalizowane. Topory na przykład mogą niszczyć tarcze. Młoty rozrywać zbroje. Korbacze uderzać w głowę ponad tarczą. Włócznie bronić dostępu. To wszystko trzeba brać pod uwagę, podobnie jak różne dodatkowe opcje, jakie dają nam bronie drzewcowe. A jeszcze mamy zbroje, najcenniejsze, najukochańsze. Zbroja to skarb. Tarcze, hełmy i różne bronie zdobywamy głównie na wrogu. Zawsze coś zostanie po bitwie wśród trupów. Ale zbroje? Prawie nigdy. Dlatego, że żeby kogoś zabić, trzeba mu najpierw rozwalić zbroję właśnie, bo taka jest mechanika walki w Battle Brothers, znakomicie pomyślana zresztą. A skoro nie możemy pancerzy znaleźć, to trzeba je kupić. Drogie są nieludzko, co jest bardzo dobre zresztą, bo dzięki temu mamy jeszcze jeden cel w rozgrywce – zebrać górę złota.

I to zbieranie jest chyba najsłabszym elementem całości. Część pieniędzy i kosztowności znajdziemy przy trupach, albo zarobimy na jakimś pokątnym handlu tudzież sprzedaży złomu. Ale głównym źródłem dochodu są kontrakty. A te są generowane losowo i mimo tego, że zawsze opatrzone jakąś wstępną historyjką, dość sztampowe. Prowadzą do bitew najczęściej, więc nie jest źle, ale Battle Brothers cierpi na brak jakiegoś głównego wątku fabularnego. Wielka szkoda, że nie jest trochę jak… uch, no nie wiem… King’s Bounty na przykład. Że nie ma jakiejś opowieści w tle, konkretnych bohaterów, wydarzeń i tak dalej. Konstrukcją gra przypomina bardziej jakiegoś roguelike’a, który fabuły po prostu nie ma. W rogalach to zwykle w ogóle nie przeszkadza. I tutaj też nie, nie przez pierwszych kilkadziesiąt godzin, gdy stopniowo rośniemy w siłę i uczymy się pokonywać kolejnych wrogów. W pewnym momencie jednak dochodzimy do tego, że nawet pancerne orki już nie są wyzwaniem. I wtedy się nam to wszystko trochę rozłazi, bo Battle Brothers nie ma solidnego, emocjonującego finiszu, nie ma jakiegoś prawdziwego, godnego naszych weteranów wyzwania i zakończenia. Na szczęście to nie jest aż taki wielki problem, jak mogłoby się wydawać. Żeby w ogóle dotrzeć do tego momentu, potrzeba tak na oko jakieś pół setki godzin grania. Strasznie fajnego, emocjonującego grania. A to tylko pierwsze podejście, na normalnym poziomie trudności. Potem można spróbować wyższego. A jeszcze poźniej pójść na całość i zagrać w trybie rogalikowym, czyli z zapisywaniem stanu rozgrywki tylko przy wychodzeniu z niej. I to już jest gruby hardkor.

Battle Brothers jest świetne. Nie wiem nawet, czy nie najlepsze, jeśli chodzi o takie taktyczne turówki. Mnie się grało lepiej niż w różne XCOMy, Jagged Alliance i nawet mojego ukochanego Silent Storma. Gra jest genialnie pomyślana pod względem mechaniki. Ma mnóstwo kapitalnych rozwiązań. Przeuroczą grafikę, muzykę i klimat. I przede wszystkim mistrzowskie, zawsze wymagające, zawsze emocjonujące bitwy. Gra na bardzo wielu strunach, i na żadnej fałszywie. Gdyby jeszcze była tu jakaś fabuła, gdyby coś się działo w tle, to całkiem możliwe, że mielibyśmy do czynienia z jedną z najlepszych gier w ogóle. Ale nawet bez tego Battle Brothers jest wielkie. Choć takie malutkie.

PCBattle Brothers

  • stylizacja graficzna
  • kapitalne stopniowanie wyzwań
  • mnóstwo taktycznej rozkminy
  • emocje w bitwach
  • całe góry średniowiecznych zabawek do zabijania
  • zarządzanie kompanią
  • szkoda, że nie ma fabuły
  • początek jest bolesny
  • a koniec mało porywający

Mokry sen dla miłośników mieczy, toporów, tarcz, kolczug i ucinania łbów

Najnowsze
Lubisz nas?