InformacjeFelieton

Mamy w Polsce boom na inwestowanie w gry wideo. Co z niego wyniknie?

... Kamil Ostrowski

Polski gamedev to przepompowana bańka czy faktycznie największa szansa gospodarcza dla naszego kraju od lat?

Spokojnie można mówić o boomie na polskiej giełdzie, jeżeli chodzi o branżę gier wideo. Maklerzy jak szaleni rzucają się na wszystkie spółki, które zajmują się produkcją gier i wybaczają im szybko nawet spore potknięcia czy wręcz porażki. CD Projekt to oczywiście prymus ze wzrostem wartości akcjo wynoszącym 203% w skali roku. Jujubee w ciągu roku wzrosło o 176,96%, chociaż spółka dopiero teraz wypuszcza swoją pierwszą większą produkcję (chodzi o Realpolitiks). 11bit studios? 111,74%. Bloober Team? 127,29%, przy czym mówimy przecież o firmie, której już powszechnie strugano trumnę po wypuszczeniu fatalnego Basement Crawl (chociaż trzeba przyznać, że wydane później Layers of Fear było zasłużonym hitem). CI Games? 39,75%, przy czym pamiętajmy, że firma nie wydała żadnej gry od 2014 roku i dopiero za rogiem czai się Sniper: Ghost Warrior 3. Nawet maleńkie iFun4all postanowiło iść na rynek New Connect po wydaniu ledwie jednej gry na iOSa (chodzi o bardzo dobre w sumie Red Game Without a Great Name) i zaliczyło od września 2016 roku wzrost wynoszący 14,92%, pomimo faktu że Serial Cleaner we wczesnym dostępie jakiejś wielkiej furory nie zrobił. The Farm 51? 17,6% rok do roku, a powiedzmy sobie szczerze – farmersi się jeszcze niczym specjalnym nie wykazali.

Jaki płynie z tego wniosek? Na inwestowaniu w gry wideo nie da się w tej chwili stracić. Nawet firmy, które nie odnoszą żadnych sukcesów odnotowują wzrosty o których w innych branżach można tylko pomarzyć, pomimo tego, że na Giełdzie Papierów Wartościowych panują nastroje raczej optymistyczne (duża część publicystów mówi wręcz o hossie). Co najlepsze, nic nie wskazuje na to, żeby sytuacja miała się zmienić, bo gamedev stał się pupilkiem rządzących, którzy chcą utuczyć sobie kurę znoszącą złote jajka (jakby nie patrzeć, to ich zadanie).

Najwięcej do powiedzenia w tych kwestiach ma oczywiście wicepremier Mateusz Morawiecki, który jako przewodniczący Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów a przy tym jednocześnie minister finansów i minister rozwoju wyznacza kierunki dla rządowych inwestycji. Przy czym warto w kontekście wspierania branży gier wideo przeczytać artykuł, który dotyczy inspiracji wicepremiera i jego poglądów na gospodarkę. Wśród nich jest między innymi chiński ekonomista Justin Yifu Lin, który promuje selektywną proaktywność państwową. Ograniczony interwencjonizm inwestycyjny opierać się ma o identyfikacji i wykorzystanie „ukrytych przewag komparatywnych”. Stąd między innymi stworzenie ARP Games (w rozwinięciu ARP to nic innego jak stara, dobra Agencja Rozwoju Przemysłu) – spółki działającej pod auspicjami Ministerstwa Rozwoju. ARP Games ma na celu finansowe i merytoryczne wspieranie start-upów działających na rynku gier wideo. Oznacza to ni mniej ni więcej, że państwo na dłuższą metę ma zamiar „inkubować” pewne gałęzie gospodarki, w tym przypadku game-dev i wspierać je w pierwszym okresie funkcjonowania. Ma to na celu wyhodowanie tak zwanych „globalnych championów”, o których zresztą często możecie słyszeć również w wypowiedziach innych ministrów.

Przychylnym okiem na branżę gier wideo patrzy również Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego – wicepremier Jarosław Gowin. To on stoi za programem GameINN w ramach których rozdano niedawno granty w wysokości 116 milionów złotych. Prezes Polski Razem, który znany jest m.in. z promowania tak zwanego „patriotyzmu gospodarczego” marzy o tym, żeby polski rynek gier wideo podwoił się w ciągu dwóch-trzech lat. Jarosław Gowin chętnie mówi o gospodarce, a jako minister nauki i szkolnictwa dużo uwagi przykłada do „komercjalizacji” nauki poprzez powiązanie uczelni wyższych z biznesem. Co to oznacza dla nas? Prawdopodobnie w branży gier minister Gowin widzi relatywnie łatwy rynek zbytu dla specjalistów kształconych na uczelniach wyższych. Wydaje się to być idealnym rozwiązaniem, bo branża gier jak widzimy, wchłonie wszystkich specjalistów jakich tylko się da, nie tylko informatyków, a w dłuższym okresie czasu nie poskąpi też środków na dalsze kształcenie absolwentów. Mało tego, dzięki globalizacji działania branży gamedevowej studia tworzące gry mogą zaoferować relatywnie wysokie wynagrodzenia, co pozwoli zatrzymać odpływ specjalistów z kraju. Wszyscy wygrywają, bo uczelnie dostają impuls i pieniądze od deweloperów, a firmy wykwalifikowane, młode kadry.

Teraz pytanie – co może stanąć na drodze do powszechnej szczęśliwości? Biorąc pod uwagę słabość właścicieli przedsiębiorstw z branży do tworzenia spółek akcyjnych nie potrzeba wiele. Wiadomo jak działają giełdy –wystarczy błahostka, aby rozpocząć panikę, zwłaszcza po okresie gwałtownych wzrostów. Tym bardziej, że większość inwestorów jeszcze do niedawna zupełnie nie miała pojęcia o tym, jak działa rynek gier wideo. Wspomnę tutaj anegdotkę zasłyszaną z wiarygodnego źródła. Wyobraźcie sobie, że kilka lat temu CD Projekt RED organizuje wczesny pokaz Wiedźmina 3 dla przedstawicieli funduszy inwestycyjnych, potencjalnych i aktualnych akcjonariuszy. Sęk w tym, że na kilkunastu tuzów na konsoli potrafi grać jeden. Cała reszta podchodzi do ekranu, gapi się przez moment, po czym odchodzi na bok i spokojnie popija drinka przez resztę popołudnia. Zdecydowana większość osób podejmujących decyzje o zakupie akcji nie kieruje się znajomością produktu. Mówimy tymczasem o rynku, który opiera się przecież o łatwo weryfikowalną jakość. Tuzy rynków finansowych są w stanie ocenić wyniki spółki rok do roku, co jest umiejętnością bezwartościową w branży w której cykle produkcyjne stanowią okresy dwu, czasami trzyletnie. Nie mówiąc już o tym, że w przypadku spółek młodych ich szanse na sukces można ocenić tylko w oparciu o wczesne wersje demonstracyjne. W innym wypadku można polegać tylko na PRowym bełkocie, z którego wynika niewiele informacji, a jeszcze mniej sensu (bez obrazy koledzy z PRu).

Druga kwestia – inwestorzy mogą dojść do słusznego poniekąd wniosku, że spółki są przekapitalizowane. Parę miesięcy temu rozmawiałem ze znajomym, który pracuje w jednej ze spółek mających za sobą świetny debiut na rynku papierów wartościowych. Firma dzięki emisji akcji w ramach publicznej aukcji zebrała kasę na to, żeby spokojnie działać nawet przez kolejne pięć lat, więcej gdyby ograniczyli koszty. Pięć lat na to, żeby zrobić jakąkolwiek grę, która chociażby zarobiłaby na siebie. Cóż… taki komfort musi rozleniwiać. Miejmy jednak nadzieję, że ciąg do tworzenia jest silniejszy niż naturalna potrzeba leżenia do góry brzuchem.

Do załamania się rynku i paniki na giełdach nie potrzeba wiele. Wystarczy parę gorszych premier, a już ktoś w wieżowcu w Warszawie może dojść do wniosku, że w gruncie rzeczy nie jest w stanie nawet stwierdzić czy jego pieniądze są dobrze ulokowane, bo się na tym nie zna, więc lepiej będzie je wycofać. A giełda… znając życie zadziałać może mechanizm śnieżnej kuli. Z punktu widzenia dewelopera wychodzenie po pieniądze na giełdę ma swoje plusy, ale i wady. Jedną z nich jest pewna doza niepewności i konieczność brania pod uwagę interesów akcjonariuszy.

Kolejnym zagrożeniem jest znaczna różnica między popytem a podażą. Nie ulega wątpliwości, że miłośnicy akcji spółek gamedevowych mają więcej opcji inwestycyjnych, niż jeszcze parę lat temu. Nie zmienia to faktu, że gigantyczne branie na gry wideo, w związku z przerośniętym apetytem inwestorów, może odbić się czkawką. Jeżeli na rynku nie pojawi się więcej wartościowych spółek, to może się okazać, że te już istniejące staną się ofiarami klęski urodzaju – kursy poszybują w górę do niebotycznych rozmiarów, aż do bolesnego pęknięcia bańki. Pytanie brzmi czy potencjał rodzimych firm, chodzi tutaj głównie o potencjał kadrowy, jest w stanie sprostać apetytom inwestorów. Dowiemy się za jakiś czas – póki co firmy rozpaczliwie niemalże poszukują pracowników, otwierają kolejne projekty i przerzucają się pomysłami. Co z tego wyrośnie? Oby nie krach.

Podsumowując te rozważania –mamy się z czego się cieszyć, oby ostrożnie. Przedstawiciele branży od lat postulowali o to, aby rodzimy gamedev otrzymał odpowiednie wsparcie ze strony rządu, o plusach wynikających z przyciągnięcia uwagi inwestorów nie trzeba wspominać. Dodajmy do tego coraz większe zainteresowanie uczelni wyższych, a nawet opinii publicznej i mamy przepis na długoletni wzrost. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, wyhodujemy sobie tych mitycznych już „krajowych championów” (CD Projekt w sumie już może się do nich zaliczać), a szeregi specjalistów znajdzie w Polsce zatrudnienie. Obym tylko nie chwalił dnia przed zachodem.

Najnowsze
Lubisz nas?