InformacjeFelieton

Gdzie się podziały tamte LAN-party?

... Kamil Ostrowski

Mam nadzieję, że wśród Czytelników nie zabraknie osób, które zechcą ze mną powspominać, a może i pomarzyć o tym, że LAN-party jeszcze wrócą.

Pamiętacie LANy? Te prawdziwe LANy sprzed piętnastu z okładem lat? To znoszenie kilku, a czasami kilkunastu komputerów w jedno miejsce, to łączenie switchy, stawianie serwerów, te klawiatury kładzione na stołach w jadalniach, na deskach szkolnych ławek w salach gimnastycznych? Te prowizoryczne siedzenia i leżące naokoło stanowiska do gry napoje? Jeżeli nie macie takich wspomnień, bo jesteście zbyt młodzi czy należeliście do wąskiego grona konsolowców z lat dwutysięcznych, to mogę tylko Was współczuć, bo to se ne vrati, a było przecież takie piękne.

Dlaczego warto wspomnieć ciepło te imprezy? Powodów jest przecież bez liku. Po pierwsze, nie bez znaczenia był fakt przezwyciężenia trudności natury logistycznej. Niełatwo było załatwić odpowiednią miejscówkę, nie mówiąc o transporcie - zazwyczaj komputery przybierały w tamtych czasach formę wielgachnych skrzyń z monitorami o potężnych „tyłkach”, nie raz wydłużających kineskopy do absurdalnych rozmiarów (ja sam miałem monitor, który zdawał mi się dłuższy niż wyższy). Dodajmy do tego fakt, że na LAN-party umawiały się dzieciaki, które o samochodzie czy chociażby prawie jazdy mogły tylko pomarzyć. Druga sprawa, że było to wyzwanie natury technicznej. Dzisiaj praktycznie ciężko jest wyobrazić sobie sprzęt bez odbiornika Wi-Fi, a kilkanaście urządzeń połączy ze sobą nawet śmieciowy router dostarczany przez providera Internetu (jaka będzie jakość połączenia to inna bajka…). Wtedy trzeba było skombinować jakiś sensowne półprofesjonalne urządzenie oferujące wystarczającą liczbę wejść RJ-45, albo połączyć ze sobą całość jakąś dziwaczną plątaniną switchy, której prawie nikt nie ogarniał.

LAN-party było niczym innym zresztą, jak przeniesieniem idei uwielbianych wtedy kafejek internetowych na własne podwórko, z tą różnicą, że nie trzeba było przechodzić przez cały proces inicjacji i zapoznawania się z ludźmi często z zupełnie innej bajki niż my sami. Zaraz… bo muszę się upewnić, że wiecie o czym mówię. Kiedyś, w zamierzchłych czasach lat dziewięćdziesiątych i wczesnych dwutysięcznych w Polsce funkcjonowały kawiarenki internetowe, które można określić jako coś w rodzaju pecetowych salonów gier. W zamian za parę złotych można było na godziny siadać przy komputerach, połączonych zwykle ze sobą wewnętrzną siecią. Praktyka wyglądała następująco – raz na parę godzin ktoś wpadał wysłać maila, albo chwilę posurfować po sieci, a pozostałe miejsca okupowali ludzie w różnym wieku, tłucząc godzinami w Counter-Strike’a, albo inne kultowe produkcje. Zupełnie jak na filmikach z Ukrainy czy Rosji. Tak, to też funkcjonowało u nas.

A wszystko działać mogło, bo mieliśmy gry, które wspierały tryb grania przez sieć lokalną. Dzisiaj ciągle tylko ten Internet i Internet. A w sieci to wiadomo, trzeba podłączyć się do publicznego serwera, który czasami chrupnie, którego nie skonfigurujemy po swojemu, czasami nawet nie zagramy prywatnego meczu. Krótko mówiąc wszystko staje się o wiele mniej… intymne. Jesteśmy na łasce i niełasce wielkich korporacji. Na prawdziwym LANie mamy być tylko my, szum wentylatorów, krzyki graczy z przeciwnej drużyny i hektolitry Coca-Coli, ewentualnie piwka (jeżeli komuś udało się je podkraść z domu).

Mówię o tym dlatego, że ostatnio coraz częściej w rozmowach ze znajomymi wraca pomysł zorganizowania LAN-party z prawdziwego zdarzenia. Dzisiaj jest to łatwiejsze niż kiedykolwiek. Praktycznie każdy w domu ma router, który bez większych problemów poradzi sobie z kilkunastoma nawet urządzeniami. Mało tego, problemem nie są już kable, bo każde praktycznie urządzenie wyposażone jest w kartę bezprzewodową, które do grania wystarczają w zupełności (ba! W teorii Wi-Fi w standardzie 802.11ac może być szybsze niż połączenie przewodowe). Urządzenia są bardziej mobilne, wszyscy moi znajomi mieszkają sami, a jeżeli chodzi o młodszych graczy, to nie da się ukryć, że szkoły bardziej otwarte na wszelkiego rodzaju „nowinki technologiczne”, w zakres czego pewnie da się wsadzić również udostępnienie szkolnej klasy miłośnikom wspólnego grania (mamy przecież klasy o profilu e-sportowym).

Jest coś pięknego w LAN-party. Coś niesamowicie socjalizującego w ramach naszego niespecjalnie przecież kochającego socjalizację kręgu miłośników gier wideo. To wreszcie symbol. LAN-party były dla wielu z nas synonimem lat dwutysięcznych. Symbolem czegoś, co dzisiaj śmiało można określić „starymi, dobrymi czasami”. I chociaż generalnie rzecz biorąc nie przepadam raczej za malkontenctwem czy odniesieniami do przeszłości, tak LAN-party wspominam z prawdziwym rozrzewnieniem i autentycznie żałuję, że pozwoliliśmy rynkowi pozwolić na zanik funkcjonalności, które stanowiły kamień węgielny LANów.

Okej, powiedzmy to głośno – ta funkcjonalność zniknęła, bo korzystało z niej niewiele osób. Dzisiaj też niewiele osób by organizowało LAN-party, żeby wspólnie pograć w Battlefielda 1 czy Call of Duty: Black Ops III. Rozumiem, że to realia rynkowe pozwoliły na to, żeby twórcy odpuścili sobie ten element. Nie zmniejsza to jednak w żaden sposób mojego żalu. Popularność nie jest tutaj żadnym wyznacznikiem jakości i nazywając rzeczy po imieniu – pozwoliliśmy umrzeć czemuś pięknemu, bo nie zależało na tym wystarczająco dużej grupie ludzi.

Stąd też kiedy dziś decydujemy się na zorganizowanie LANu musimy bardzo często posiłkować się starszymi produkcjami, albo rozmaitymi dziwacznymi rozwiązaniami technicznymi, nierzadko modyfikacjami czy też zewnętrznym oprogramowaniem. Efekt jest taki, że na LANach nadal królują stare wersje Counter-Strike’a, pierwsze częściCall of Duty, Stronghold czy Age of Empires. Można tłumaczyć ten fakt nostalgią czy wręcz niechęcią do nowego, ale przez moje ręce na przestrzeni lat przechodzi naprawdę mnóstwo gier, a wciąż nie wyobrażam sobie, żeby na LAN-party odpalić coś nowego. Do posiedzenia w trzy, cztery osoby – znalazłbym coś, mam nawet na Steamie specjalny folder w którym zbieram takie perełki. Ale na LANa? Nic.

Mamy konsole na których bawimy się wspólnie, również w trybach kooperacji często nawet w cztery czy więcej osób, aczkolwiek gdy spotykamy się w większym gronie pececiarzy, to nie zostaje nam nic innego, jak sięgnąć w głębokie odmęty twardych dysków, zdmuchnąć kurz z pudełek i wsadzić do napędów dyski optyczne, które pozwolą nam zainstalować Warcrafta III czy Counter-Strike’a 1.6. Może właśnie tak ma być? Może LAN-party odeszły na zawsze, a ich rola sprowadza się pretekstu do odbycia nostalgicznej wycieczki w przeszłość, która jest okazją do wspominania „jak to drzewiej bywało?”. Cóż, nie ulega wątpliwości, że dziś tak to właśnie wygląda. Ja jednak wierzę, że przyjdą takie czasy, w których trend ten się jeszcze odwróci, a przycisk „zagraj przez LAN” ponownie pojawi się w głównym menu, przynajmniej w grach pecetowych.

Tak, jestem świadom tego, że publiczne LAN-y są jeszcze gdzieniegdzie organizowane, jak chociażby słynny Dreamhack w Szwecji. Tak, wiem że również w Polsce się to zdarza. Tekst tyczy się LAN-ów dla krewnych i znajomych królika, to znaczy imprez typowo towarzyskich.

Najnowsze
Lubisz nas?