InformacjeFelieton

Opinia: Lucas the Great i John Henry, czyli rzecz o odczytywaniu kodów kulturowych

... Łukasz Wiśniewski

Co mają ze sobą wspólnego szanty, podbój Ameryki, wielki Afroamerykanin, związki zawodowe i gra Wasteland 2? Zapraszamy na szaloną przejażdżkę koleją!

Swego czasu w ramach naszego redakcyjnego podcastu pr0gram Myszasty poruszył kwestię kodów kulturowych. Chodziło wtedy o to, jak duża część smaczków zawartych w Sercach z Kamienia (dodatku do gry Wiedźmin 3: Dziki Gon) może być nieczytelna dla odbiorców z innych krajów. Fakt, liczne odniesienia do naszej literatury, historii i kultury najbardziej bawić będą naszych rodaków, przyznałem. Zaryzykowałem jednak stwierdzenie, ze jeśli coś jest motywem na tyle wyrazistym, iż wrył się w naszą mapę pojęć i zakotwiczył w kulturze na stałe, to jest spora szansa, że - na innym poziomie - przemówi również do obcokrajowców. Dziś chciałbym wam opowiedzieć o odwrotnej sytuacji, czyli o tym, że większość z nas nie jest w stanie odczytać w pełni konotacji zawartych przez autorów gier z innych krajów.

Rzecz będzie się odnosiła do Obozu Kolejarzy z gry Wasteland 2 i wyznawanej przez nich religii. Większość osób zapewne wyłapała to, że goście tam pozują na Indian i wierzą w mitycznego twórce kolei. Pewnie mało kto zatrzymał się na dłużej nad tematem, bo jak tu szperać w źródłach, gdy fabuła goni... W moim wypadku akurat było tak, iż imię i nazwisko ich boga nie było mi obce. I nagle wszystko zaczęło się układać na nowo i śmiem sadzić, że dzięki temu w Obozie Kolejarzy bawiłem się znacznie lepiej niż większość graczy. Pozwólcie teraz na małą dygresję, opowiem Wam o mojej znajomości z niejakim Johnem Henrym...

Posąg Johna Henrego w Talcott w Zachodniej Wirginii (foto: Ken Thomas)

To było nieco ponad ćwierć wieku temu, do sklepów muzycznych trafiła debiutancka płyta (winylowa, a jakże!) zespołu Mechanicy Shanty. Człek trochę żeglował, więc i słuchał takiej muzyki - nabyłem od razu. Zaznaczę, ze zawsze bardziej pociągały mnie prawdziwe szanty, czyli pieśni pracy, niż pieśni kubryku czy insze ballady. No i na owym albumie znajdował się kawałek Paddy Works on the Railway, w którym wszystko mi idealnie grało poza... tekstem. Nie był on bowiem pieśnią mająca wyznaczać rytm pracy przy kabestanie, a przy... układaniu torów. Czasy były takie, że z internetem była bieda, dopiero za pół dekady miały wystartować dzieła bogów zwane wyszukiwarką Altavista oraz formatem kompresji dźwięku mp3. Moja nowo zrodzona miłość do pieśni pracy z czasów ekspansji kolei na jakiś czas musiała pozostać niespełniona.

Stara miłość nie rdzewieje (w odróżnieniu od niekonserwowanych torowisk) więc kiedy Bogowie Internetu stali się potężni, podążyłem tropem amerykańskich pionierów kolei. Oprócz pieśni z irlandzkim rodowodem, łudząco zbieżnych z szantami, bo wyrastających z tych samych korzeni, natknąłem się na pieśni pracujących przy układaniu torów Afroamerykanów. Poczułem w nich bluesa, dosłownie, bo przecież ten gatunek wyewoluował właśnie z niewolniczych pieśni. No i właśnie eksplorując te obszary spotkałem się z Johnem Henrym. Potem ze zdumieniem zobaczyłem, że śpiewają o nim również Johny Cash, Bruce Springsteen, Van Morrison... to chyba oczywiste, że musiałem wytropić, kim był ten facet z wielkim młotem.

Okazało się, że to jedna z legend Ameryki, postać, o której w USA słyszał prawie każdy. Najbardziej zaś John Henry odcisnął się w świadomości Afroamerykanów i członków związków zawodowych. Tu dodam, że choć Kolejarze z Wasteland 2 pozują na Indian, to mają wiele cech właśnie organizacji związkowej... Zresztą od razu dorzucę, że ich podział na plemiona Topekan i Atchisonian odnosi się do nazw dwóch z trzech kluczowych stacji linii kolejowej Atchison, Topeka & Santa Fe, powstałej w 1859 roku. Co prawda John Henry najmocniej jest kojarzony z ciut późniejszą linią Chesapeake & Ohio, ale coraz więcej elementów wpada na swoje miejsce, prawda?

Kolejarze z Wasteland 2 w swej świętej księdze przywołują fragmenty prawdziwej legendy, ubrane w odpowiedni dla nich kontekst (konflikt miedzy Topekanami a Atchisonianami). Dla nich John Henry to bóg kolei, który ułożył wszystkie tory i dzięki niemu istnieją pociągi. Co więcej, w Obozie Kolejarzy przechowywany jest złoty gwóźdź kolejowy, jakoby podarowany im przez niego osobiście. Dopasujmy więc kolejne kawałki układanki. Nie jest do końca jasne, czy John Henry to postać autentyczna, jedynie ubrana w legendarną formę, czy też całkowicie fikcyjna, swoisty archetyp czarnoskórego robotnika kolejowego. Wszystkie wersje legendy odwołują się do lat siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku, więc na pewno relikwia Kolejarzy ma fałszywy rodowód, bo nie mogli owego gwoździa otrzymać od niego.

Cała oryginalna legenda jest mocno symboliczna, jak na legendę przystało. Otóż był sobie wielki Afroamerykanin pracujący przy budowie linii kolejowej. Niewiarygodnie silny facet, dzięki któremu nie było dla kolei przeszkód. Swoim wielkim młotem wbijał stalowe kliny (tu mamy wymieszanie z gwoździami kolejowymi w legendzie Kolejarzy) w skały. Tu dodam, że procedura polegała na tworzeniu otworów, w których umieszczano dynamit i wysadzano skałę - tak wtedy powstawały tunele i tak niwelowano skały blokujące drogę dla szyn. Pewnego dnia na jego odcinku pojawił się inżynier, przekonujący szefów spółki kolejowej, że cała ta robota może być taniej i szybciej wykonana za pomocą maszyny parowej.

John Henry uniósł się honorem i powiedział, że maszyna nie będzie lepsza niż człowiek. Dzień, noc i kolejny dzień mistrz ścigał się ze swym mechanicznym przeciwnikiem. Wygrał, ale zapłacił za to wysoką cenę. Gdy odbierał nagrodę i gratulacje, padł martwy z wycieńczenia. Teraz już chyba wiecie, czemu nie tylko Afroamerykanie, ale i związkowcy podchwycili ową legendę. Zawierała aż dwa ważne dla nich elementy - wyniszczający pracowników tryb pracy dla kapitalistów i motyw związany z uprzemysłowieniem kolejnych sektorów gospodarki - człowiek i tak będzie lepszy, ale ze skąpstwa zostanie zastąpiony tańszymi maszynami. Powstawały też protest-songi bazujące na pieśni "This Old Hammer" (w klasycznej wersji poniżej) zawierające zwrotki o porzuceniu pracy, by nie skończyć jak John Henry.

Z tego materiału ekipa z inXile uszyła całą religię dla grupy ludzi żyjących po atomowej apokalipsie. Przyznacie chyba, że zrobili to całkiem porządnie? No a co z samym bohaterem legendy, czy rzeczywiście istniał? W latach dwudziestych ubiegłego wieku Guy B. Johnson, socjolog z Uniwersytetu Północnej Karoliny tropił legendę Johna Henrego. Ponieważ było to zaledwie pół wieku po czasach, gdy facet z wielkim młotem miał pracować na kolei, dotarł do ludzi, którzy pracowali przy budowie linii C&O, twierdzących, że będąc nastolatkami poznali tego człowieka. Ponoć wydarzenia z legendy miały miejsce podczas przebijania się przez skały na odcinku znanym jako Big Bend. Tak wiec to właśnie ten tunel uznawany jest powszechnie za miejsce legendarnego pojedynku człowieka z maszyną.

Ojoj, nie jesteś zalogowan(a)y. O_O' Aby dodać komentarz Zaloguj się w serwisie
Najnowsze
Lubisz nas?