InformacjeFelieton

Gram przez lata - Myszasty

... Michał 'Myszasty' Nowicki

...czyli retrospektywa z perspektywy domowego fotela.

No to stuknęła nam dyszka. Poproszono mnie oczywiście o to, bym powspominał trochę przy tej okazji, opowiedział coś ciekawego o przeszłych wydarzeniach, o tym co działo się w redakcji, a ja po chwili namysłu stwierdziłem, że... mam z tym pewien problem. Problem, który nazwałem roboczo "efektem fotela". Domowego fotela. Trudno bowiem znaleźć jakieś (nadające się przy tym do publikacji!) opowieści, jeśli większość czasu podczas pracy spędza się we własnym domu. Później jednak przyszła inna refleksja - przecież to też bardzo specyficzny sposób pracy i wbrew pozorom nie jest to zawsze ścieżka usłana różami. Co zaś najważniejsze, tak właśnie wyglądał dla mnie gram przez lata. Z perspektywy domowego fotela.

Wśród ludzi, którzy nie mieli z tym nigdy do czynienia panuje opinia, że to klasyczna "robota-marzenie". Bo gierki za darmo i to często przed premierą, bo wyjazdy jakieś, branża ogólnie taka rozrywkowa, a do tego jeszcze w domu pracować? Bajka! Otóż nie do końca. Musicie bowiem wiedzieć, że przez mniej więcej pierwsze dwa lata była to przede wszystkim walka z samym sobą. Do takiego trybu pracy trzeba się przyzwyczaić, trzeba się go nauczyć. Przede wszystkim zaś nauczyć się samokontroli. Zmusić do tego, by wstawać o ludzkiej porze (bo maile i w ogóle kontakt ze światem), kłaść się spać w rozsądnych godzinach (i weź tu oderwij się od takiego Dzikiego Gonu...) i zaczynać pisać teksty nieco wcześniej, niż godzinę przed terminem publikacji.

Pozornie powinno to być proste dla kogoś, kto - jak ja - spędził wcześniej parę dobrych lat w różnych firmach i korporacjach. Wszak organizm oraz umysł przyzwyczaiły się do pewnej regularności i rutyny, nie powinny więc stwarzać problemów przy próbie zaadaptowania tych zasad na gruncie domowym. To wszystko racja. Ale nijak ma się to specyfiki tej pracy. Tak bowiem może być jedynie przy założeniu, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Nasza kochana branża i "wszystko zgodnie z planem"? Nie na odcinku, na którym ja działam. Oczywiście zdarzają się sytuacje idealne i perfekcyjne. Gra przychodzi na tydzień przed premierą, dostarczony build działa od początku bez problemów, współpracują z nim programy do łapania zrzutów ekranu i nagrywania, miód, orzeszki i dwa wiadra małych kotków. Bywa tak, serio. I to jest właśnie to, jak sobie tę pracę, rzucając dla gramu robotę w korpo, wyobrażałem.

Bywa jednak i to dość często, że pojawiają się jakieś opóźnienia. Ot, kurier coś zawalił, build nie dotarł na czas do polskiego przedstawicielstwa lub po prostu dostarczona płyta nie chce za nic dać się odczytać. A czas biegnie. Zegar tyka złowieszczo, odliczając kolejne godziny do tego groźnie brzmiącego słowa, wiszącego nad głową każdego recenzenta niczym miecz Damoklesa. Deadline.

Pół biedy, jeśli to jakiś niezbyt długi indyk, czy strzelanka z singlem na pięć godzin i multi wyciętym żywcem z poprzedniej odsłony. Takie tematy daje się ogarnąć, zazwyczaj nie wybijając się z rytmu dobowego, a więc śpiąc, prowadząc życie towarzyskie i nawet regularnie jedząc. Tak się jednak składa, że najbardziej lubię i na własne życzenie przygarnąłem na gramie wszelakie gry cRPG. Czyli - nie licząc sanboksowych strategii i MMO - największe branżowe "kobyły". Tutaj dodam jeszcze, że wciąż wychodzę ze staroświeckiego już nieco założenia, że aby grę ocenić, warto ją skończyć. A dla pewności odegrać też kilka zapisów przed ważnymi decyzjami, czy choćby przetestować różne opcje dialogowe. Nie raz więc bywało tak, że w grę, którą bez problemu da się ukończyć w powiedzmy 70 godzin, kończyłem grać mając ich na liczniku 120.

I teraz następuje jakaś obsuwa... Powiem wam coś. Zapewne niejeden raz marzyło wam się, by w jakiś totalnie wciągający i najlepszy na świecie (przynajmniej w danym momencie) tytuł móc katować przez dwa, trzy dni bez przerwy. Mnie też. Do czasu, kiedy nie musiałem zacząć tego robić. Owszem, może nie jest to zajęcie wyczerpujące fizycznie (choć mój kręgosłup może mieć na ten temat inne zdanie), ale uwierzcie, że po niemal sześćdziesięciogodzinnym maratonie przerywanym kilkoma drzemkami po maks dwie godziny, człowiek czuje się jakby przemaszerowały po nim wszystkie armie Mordoru. Cztery razy. A po tym wszystkim trzeba jeszcze wyciągnąć wnioski, porównać, przeanalizować, rozłożyć na czynniki pierwsze, spojrzeć z dystansu na całośc i o tym wszystkim napisać.

Na pewno teraz zrodziła się w głowach wielu z was myśl: "O matulu, ależ ten Myszasty marudny i zgorzkniały...". Pewnie ktoś dorzuci przy okazji: "Jak ci nie pasuje, to zmień pracę!". Cały myk polega na tym, że nie chcę! Bo uwielbiam to co robię. Przez te kilka lat nie raz marudziłem, bluzgałem, miałem ochotę czytając kolejnego maila z wyjaśnieniami rzucić monitorem o ścianę, ale te negatywne uczucia mijały równie szybko, jak się pojawiały. To jeden z tych przypadków, kiedy, jak mawiał klasyk, "minusy nie przysłaniają plusów".

Sporo też rozmawiałem o tym z kolegami z naszej redakcji, jak i wszelakiej "konkurencji". I słuchając wszelakich zwierzeń, zarówno wciąż "aktywnych zawodowo", jak i tych, którzy z naszego frontu walki o uczciwe oceny odeszli, doszedłem do wniosku, że na pewno nie jest ze mną źle. Nie dotknęło mnie bowiem w najmniejszym nawet stopniu największe przekleństwo branży - wypalenie się. Gry wciąż mnie jarają, na samą myśl o nowym Falloucie dostaję gęsiej skórki (mimo, że bethowy) i jestem zwarty oraz gotowy, by kolejny raz zarywać noce. I nawet z totalnie przekrwionymi oczami dziękuję gramowi i Lucasowi, który mnie do tego szalonego świata wciągnął, za te ocierające się o patologię lata.

PS. A jeśli już przy latach jesteśmy, to ja również będę miał niedługo swoją małą, prywatną, gramową rocznicę. Ale o tym powspominamy w swoim czasie.

Ojoj, nie jesteś zalogowan(a)y. O_O' Aby dodać komentarz Zaloguj się w serwisie
Najnowsze
Lubisz nas?