InformacjeRecenzja - PC

War Thunder - recenzja

... Sławek Serafin

Niech buchnie ogień, niech huknie grom. I to głośno, żeby wszyscy fani lotnictwa z II wojny światowej usłyszeli i zbiegli się w to miejsce. Znajdą tutaj coś, od czego nie odejdą przez następny rok.

War Thunder mnie porwał. Nie spodziewałem się tego, ale autentycznie porwała mnie ta gra. Przypuszczałem, że może być fajna, bo wszyscy wszędzie to mówili i pisali, zwłaszcza pod tekstami o World of Warplanes, którego War Thunder jest bezpośrednim konkurentem. To znaczy, tak myślałem, że jest. A nie jest wcale, bo tych gier nawet nie ma sensu porównywać - produkcja Wargaming jest tak słaba i uboga w zestawieniu z tym, co oferuje War Thunder, że nawet wymienianie ich w jednym zdaniu to nieoczekiwany zaszczyt i awans społeczny dla World of Warplanes. Teraz to wiem. I wiem jeszcze, że będę grał w War Thunder dużo, bardzo dużo. I może nawet wysupłam jakieś pieniądze na konto premium, bo to wstyd grać ciągle za darmo w taką fajną grę, głupio trochę nie dać paru złotych gościom, którzy ją zrobili. Bo naprawdę dobrze ją zrobili.

War Thunder to darmowa lotnicza sieciówka, skupiająca się na bitwach powietrznych z czasów II wojny światowej. Ma charakter zręcznościowy... i jednocześnie jest zaawansowanym symulatorem, jeśli ktoś chce. Wszystko zależy od ustawień i wybranego poziomu trudności, a także tego, czy posiada się joystick, czy też nie i do latania używa się myszki. Ta ostatnia świetnie sprawdza się w trybie zręcznościowym, najpopularniejszym zresztą... ale żeby polatać z prawdziwymi facetami w prawdziwy sposób, trzeba już mieć drążek, orczyk i przepustnicę na biurku. Albo pod biurkiem, jeśli ktoś ma taki prawdziwy orczyk pod stopy. Gracze są poddani segregacji, więc ci z trybu realistycznego latają ze swoimi, a ci ze zręcznościowego ze swoimi, na własnych zasadach, które nieco się różnią, choćby liczbą dostępnych samolotów. W bitwach symulacyjnych ma się tylko jeden i po jego stracie można co najwyżej zgrzytać zębami, w tych prostszych zaś po prostu przesiadamy się do kolejnej maszyny, jeśli taką ze sobą zabraliśmy do boju. A zabrać można nawet do dziewięciu, jeśli tylko wydamy astronomiczne sumy na ich zakup i wyszkolenie załóg, czego zresztą nikt nie robi - zwykle ludzie używają trzech, czasem czterech samolotów.

Ale można ich mieć tak ogólnie więcej. Zdobytych samolotów się nie sprzedaje, gdy wymienia się je na nowsze i lepsze, wszystko zostaje w hangarze, a właściwie w pięciu hangarach, po jednym dla każdej nacji. Zawsze można do nich wrócić, choć ponowne przeszkolenie pilota, czy też całej załogi bywa kosztowne i sprawia, że takie powroty nie mają większego sensu. Kto by zresztą chciał wracać do Hurricane'a Mk I, gdy może latać na Spitfire Mk VC? No właśnie. W sumie w grze jest ponad setka maszyn amerykańskich, brytyjskich, japońskich, niemieckich i radzieckich - i większość z nich to wszystkim znane ikony, takie jak Bf 109, P-51 Mustang czy Ła-5. Jest też kilka maszyn mniej popularnych, kilku innych zaś w ogóle brakuje, ale generalnie drzewka rozwoju są wystarczająco napakowane świetnymi płatowcami i to bez uciekania się do różnego rodzaju maszyn eksperymentalnych czy też zmyślonych, jak w przypadku World of Warplanes. Odrzutowce tu występują, owszem, ale tylko te, które były w faktycznej służbie w czasie wojny lub tuż po niej. I jest ich mało na szczęście.

System zdobywania nowych samolotów jest dość przejrzysty. Latając płatowcami jakiejś nacji, na przykład brytyjskimi, tak jak ja (Spitfire i Mosquito to najładniejsze samoloty na świecie, kto uważa inaczej ten się po prostu nie zna), awansujemy na kolejne poziomy w ramach sił powietrznych danego kraju. Każdy poziom odblokowuje nam dostęp do nowych maszyn, czasem jednej, czasem dwóch, lub nawet trzech z różnych gałęzi drzewek. Te gałęzie są z grubsza podzielone według ról spełnianych przez samoloty - mamy gałąź myśliwców przechwytujących, mamy taką od szturmowców i taką od bombowców lekkich, średnich i ciężkich. Bez różnicy czym latamy, wszystko odblokowuje się jednocześnie - nie trzeba trzy godziny męczyć się w czymś niezbyt nam odpowiadającym, żeby tylko odblokować to, co jest wyżej w drzewku. Ale kupić poprzedni samolot mimo wszystko trzeba, tyle że latanie nim nie jest obligatoryjne. Choć z drugiej strony, niewiele jest tutaj takich, którymi nie chciałoby się latać - nawet włoskie fiaty i macchie z niemieckiego drzewka są zaskakująco przyjemne w pilotażu. Aż szkoda, że tak szybko się ich pozbywamy.

Na kolejne poziomy w War Thunder awansuje się w niezłym tempie. Pierwszych pięć czy sześć w ramach jednej nacji to kwestia jednego czy dwóch dni intensywnej gry. Później dynamika nieco spada, ale i tak nie trzeba pół roku, by dorobić się porządnych maszyn i to w kilku siłach powietrznych jednocześnie. Po piątym czy szóstym poziomie jest wolniej także dlatego, że zaczyna brakować pieniędzy - maszyny są coraz droższe, a przegranie bitwy oznacza, że po pokryciu kosztów napraw samolotów zostanie tylko tysiączek czy dwa, podczas gdy nowa zabawka kosztuje sto tysięcy. Ale to tylko w przypadku naprawdę pechowo przegranej bitwy, bo zwykle udaje się wyjść na plus nawet gdy stracimy głupio jeden czy dwa samoloty. Szybkie awanse i szybkie wymienianie płatowców nie jest też aż takie istotne, jak dobre opanowanie tych posiadanych i przede wszystkim wyszkolenie ich załóg. Załogi nasze są bowiem permanentne i mamy ich stałą ilość. Są z nami od początku i od początku przeszkalamy je na coraz to nowsze samoloty. A załogi gromadzą doświadczenie. To doświadczenie możemy rozdzielać w formie punktów na chyba ze dwadzieścia różnych współczynników - takich ważnych jak celność strzału czy bystrość wzroku, takich mało ważnych jak wytrzymałość na zmęczenie i takich, które na początku wydają się mało ważne, a potem się okazuje, że jest wręcz przeciwnie, jak choćby odporność na przeciążenia. Doświadczona załoga to skarb, tym większy, jeśli dodatkowo przeszkolimy ją na kolejne poziomy w obsłudze jakiegoś konkretnego samolotu, bo i taki trening dla asów można im zaserwować. A weteran lub as, nawet w maszynie niskiego poziomu, pobije żółtodzioba w takiej z wysokiego, zwłaszcza jeśli sam gracz będzie miał także przewagę w umiejętnościach i wystarczająco wiele sprytu... bo czasem by wygrać bitwę, wcale nie trzeba nikogo zestrzeliwać. W sumie, to bardzo często nawet.

No właśnie, bitwy. Kupowanie nowych samolotów, szkolenie załóg i odblokowywanie dodatkowego wyposażenia dla maszyn to fajna zabawa, ale w całej grze kwestia zdecydowanie poboczna. Ważne są bitwy, w których walczymy z innymi pilotami. Żeby nie było, są tu także bitwy inne, od dynamicznych kampanii singlowych aż do dowolnie ustawianych starć hostowanych przez graczy, które są nieocenione, gdy mamy ochotę na "ustawkę" klanową lub po prostu chwilę zabawy ze znajomymi. Ale serce gry to bitwy losowe, do których gracze dobierani są według poziomów swoich maszyn. A dokładniej, według poziomu swoich najlepszych maszyn - kupując nową pamiętajcie o tym, że prawdopodobnie przez nią wylądujecie "oczko" wyżej w systemie, gdy wasze pozostałe samoloty nadal są dwa czy trzy poziomy niżej. Nie jest to jakiś wielki problem, bo w ciągu dnia system kojarzy graczy naprawdę udanie i rzadkością są starcia, w których stajemy przeciw wrogom z dużą przewagą techniczną. W nocy bywa jednak różnie, to fakt, graczy jest mniej i w większości to sami hardkorzy, więc można wpaść jak śliwka w kompot na wrogów z samolotami lepszymi nawet o sześć czy siedem poziomów. W takim układzie trzeba mieć sporo szczęścia, żeby kogokolwiek zestrzelić, bo nawet jeśli te gorsze samoloty są zwrotniejsze (a zwykle są), to szybkość i ciężar salwy tych nowocześniejszych daje im po prostu zbyt wielką przewagę. Dlatego radzę unikać grania późno w nocy - inne pory dnia są jak najbardziej w porządku.

Ale bitwy... Jakie są? Fantastyczne, krótko mówiąc. Wiele się na to składa czynników, od naprawdę fajnego i intuicyjnego sterowania przez zaawansowany model zniszczeń i przepiękną grafikę aż do zróżnicowania celów, zadań i terenu - ważne jest jednak to, że za każdym razem jest świetnie. Jeśli kiedykolwiek czymkolwiek w grach lataliście, to szybko załapiecie jak to się robi tutaj - model lotu jest naprawdę bardzo przyjazny, a jednocześnie wcale nie taki uproszczony. Nawet na poziomie zręcznościowym, z którego korzystałem jako pozbawiony joysticka, można bezproblemowo kręcić beczki i immelmany, ale trzeba uważać na przeciągnięcia, przeciążenia i zbyt strome nurkowania, które mogą nas kosztować połamane skrzydła. No i trzeba się nauczyć lądować z gracją, bo w wielu bitwach należy to robić albo w celu naprawienia maszyny, albo po to, by zajmować cele strategiczne. Lądowanie na spornym lotnisku pomiędzy płonącymi wrakami, w czasie gdy nad głową kotłuje wam się kilkanaście samolotów, a dookoła sypią zapalające smugowce, daje taki zastrzyk adrenaliny, że ręce będą wam drżeć jeszcze długo po tym jak dodacie gazu, wciągniecie podwozie i klapy i położycie maszynę w ciasnym wirażu, próbując się trochę wznieść, nie tracąc jednocześnie prędkości.

Nie zawsze chodzi o zajmowanie lotnisk. Czasem celem jest eliminacja sił naziemnych. A czasem trzeba robić jedno i drugie, bo wrogie czołgi, czy też barki desantowe, zmierzają właśnie w stronę lotnisk z zamiarem ich zajęcia. Takie bitwy są najfajniejsze, bo trzeba ustalić priorytety i podejmować szybkie decyzje. Ogólnie jest tutaj dużo więcej taktyki niż mogłoby się na początku wydawać, także dzięki temu, że każdy gracz ma do dyspozycji kilka maszyn. Podstawowa strategia to wybranie na początku bombowca lub szturmowca, bo potem może nam już zabraknąć celów na ziemi, jeśli koledzy się postarają i zniszczą wszystkie. I wtedy nasz Ju 88 czy inny wellington będzie bezużyteczny. Ale można też inaczej, przewidując bombowe naloty wroga, wziąć swój najlepszy myśliwiec i pokarać zuchwalców, gdy będą się wślepiać w celownik bomb lub rakiet. Zestrzelenia są ważne, bo za nie dostaje się pieniądze i doświadczenie, ale bitwy nie wygrywa się niszcząc wszystkie samoloty wroga. Zwykle jest ich po prostu za dużo, gdy każdy ma przynajmniej dwa zapasowe. Dlatego walczy się o cele misji i gra dzięki temu ma bardziej taktyczny przebieg - to nie lotniczy deathmatch. Co oczywiście nie znaczy, że pojedynki są tu mniej emocjonujące. I to nawet wtedy, gdy lecimy jakimś cięższym bombowcem, który wydaje się być przecież łatwym celem. Nie jest, zapamiętajcie to, naprawdę nie jest. Zwłaszcza jeśli skubaniec przełączy widok na wieżyczkę strzelca i puści nam serię prosto w twarz, gdy właśnie kulturalnie siadamy mu na ogonie i przymierzamy się do wyprucia bebechów zaskakującym ogniem z 200 metrów. Widziałem bitwy, w których to właśnie piloci bombowców mieli najwięcej zestrzeleń! Co ważniejsze, zwalczanie celów naziemnych też jest opłacalne i emocjonujące oraz wymaga sporych umiejętności. Zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z czymś, co nie ginie od ognia kaemów i działek, tylko wymaga dobrze wsadzonej bomby, rakiety lub torpedy. Ataki nurkujące czy z lotu koszącego są diabelnie ekscytujące, zwłaszcza w mocno pofałdowanym terenie. A zwykle z takim właśnie mamy do czynienia.

Będziemy walczyć nad Wołgą pod Stalingradem, nad przedmieściami Berlina, nad polami ryżowymi w Birmie i pośród alpejskich przełęczy. I w wielu innych miejscówkach też, żeby nie było. Choć gra jest lotnicza, to zaskakująco często trzeba brać pod uwagę ukształtowanie terenu, zwłaszcza jeśli chcemy pobawić się w strzelanie do tego, co tam sobie pełza powoli na dole. W takich momentach War Thunder jest chyba najbardziej widowiskowy, gdy śmigamy tuż nad dachami domów lub przemykamy o kilka metrów od ściany jakiegoś kanionu. Bardziej satysfakcjonujący widok w tej grze to tylko bezpośrednie trafienie rakietą w barana, który postanowił nas samobójczo staranować. Na kilku pierwszych poziomach tarany to prawdziwe utrapienie, ale później uczymy się ich unikać w ostatniej chwili, lub też trafiać skubańców w twarz rakietami, które momentalnie kończą ich bezsensowny i zapewne pusty żywot. Samolot trafiony rakietą rozpada się w autentycznie prześliczny sposób, możecie mi wierzyć. I nie, żeby cała gra nie była wyjątkowej urody, bo tak się składa, że jest. Modele samolotów są oczywiście dopieszczone w najmniejszych detalach, ale największe wrażenie robią jednak krajobrazy, a zwłaszcza woda we wszelakiej postaci. Także ta spadająca z nieba w ilościach niedorzecznych, bo w War Thunder można trafić na bardzo różne warunki pogodowe oraz pory dnia - czasem lata się spokojnym świtem, a czasem w burzy w środku nocy. Świetny jest też model zniszczeń, nie tylko od strony mechaniki rozgrywki, ale też czysto wizualnej - niesamowitą satysfakcję daje widok odpadającego poszycia i sypiących się części z wroga, któremu właśnie sprzedaliśmy zdrową salwę z działek. Mógłbym patrzeć na to godzinami. I w sumie patrzę, bo bardzo trudno jest mi się oderwać od grania w War Thunder.

No dobra, wszystko cacy, co jednak z pieniędzmi? To gra darmowa, ale czy mikrotransakcje prędzej czy później nie skoczą nam do gardła? Cóż, nie wydaje mi się. Miesiąc konta premium kosztuje tyle, co zwykle w grach, czyli około 40 złotych. Samoloty premium, których w każdym drzewku jest około siedmiu czy ośmiu, nie są niedorzecznie drogie - najlepsze kosztują jakieś 25 złotych i co ważniejsze, nie ma maszyn premium powyżej 10 poziomu (oprócz Ła-5 FN chyba), podczas gdy normalne samoloty dochodzą nawet do 20. Można też kupować doświadczenie dla załóg i tym podobne, ale nie ma tu ani "złotej amunicji" ani żadnych innych opcji, którym można by przykleić łatkę "pay2win". A przynajmniej tak mi się wydaje. Generalnie system wygląda na uczciwy i nieinwazyjny zbytnio - raczej się chce płacić niż płacić trzeba. A chce się, bo War Thunder jest produktem bardzo bogatym i o jakości przewyższającej o głowę prawie wszystkie darmówki dostępne na rynku - tak jak pisałem na początku, trochę wstyd tyle brać od twórców i nie oddać im ani grosza.

A zatem, jeśli to jeszcze nie jest całkowicie jasne, to napiszę wprost - War Thunder to naprawdę świetna pozycja. Dla miłośników latających maszyn z II wojny światowej wręcz obowiązkowa i to bez różnicy czy są fanami symulatorów, czy wolą polatać luźniej i zręcznościowo, bo emocje i tu i tu są duże, a widowisko niezapomniane. Niewiele gier potrafi zaoferować coś takiego... a autorzy War Thunder obiecują przecież więcej. Już teraz w głównym menu oprócz zakładki sił powietrznych są także te przypisane siłom lądowym oraz flocie. Celem studia Gaijin jest stworzenie symulacji sił połączonych, w której w jednej bitwie będą i samoloty, i czołgi, i okręty. Jednocześnie. Jak w Battlefieldzie, tylko bez tej śmiesznej piechoty. Sam sprzęt ciężki. Czy to nie brzmi jak marzenie, za które można dać się pokroić na plasterki? I to marzenie, które ma szanse na realizację. A przynajmniej taką mam nadzieję, tym silniejszą, im bardziej mi się podoba lotnicze War Thunder. A podoba mi się tym więcej, im dłużej gram. I chyba już do tego grania wrócę, bo... mam przestrzelane kaemy, dobrą pozycję pod słońce i trzech bandytów na dwunastej. Tally ho!

PCWar Thunder

  • sensowny model dobrowolnych płatności
  • fantastyczna oprawa wizualna
  • dobrze pomyślany system awansu i zdobywania nowych samolotów
  • sterowanie i model lotu dostosowany do poziomu zaawansowania graczy
  • epickie, widowiskowe, pełne emocji podniebne bitwy
  • sprawiedliwy system kojarzenia graczy w bitwach losowych
  • brakuje jeszcze kilku klasycznych samolotów
  • niewielkie problemy ze zbalansowaniem historycznych maszyn

W tym momencie nigdzie nie lata się lepiej, ciekawiej i bardziej emocjonująco

Najnowsze
Lubisz nas?