InformacjeRecenzja - mobile

Reigns: Game of Thrones - recenzja - Winter is coming

... Katarzyna Dąbkowska

Sam musisz dokonać wyboru, a potem musisz żyć z tym do końca swoich dni - Aemon Targaryen.

Ilu z was siadając na swoim ceramicznym tronie pomyślało sobie – „A gdybym tak to ja właśnie został panem i władcą Westeros i z tego oto miejsca rządził i dzielił, zabijał i gwałcił, decydował o życiu i śmierci?”. Nie jesteście jedyni. I do tych właśnie miłośników Gry o tron skierowana jest najnowsza pozycja od studia Nerial – Reigns: Game of Thrones.

Reigns to seria, która zyskała ogromną popularność. Tytuł ten rozrósł się na tyle, by gracze otrzymali równie popularną kontynuację, jednak nie był to koniec przygody. Twórcy postanowili posadzić nas jeszcze na żelaznym tronie w roli słynnych władców z Westeros. Reigns: Game of Thrones nie różni się wiele główną rozgrywką od swoich poprzedniczek - mamy tu do czynienia z „Tinderem wśród gier”. Wcielamy się we władcę, którego zadaniem jest jak najdłuższe utrzymacie się przy władzy. Im dłużej siedzimy na tronie, tym więcej możemy zyskać i więcej kart odblokować. Z racji tego, że gra faktycznie działa jak Tinder, mamy do wyboru jedynie dwie z dostępnych opcji. Każda z naszych decyzji jest jednak niezwykle ważna dla dalszego rozwoju rozgrywki, dlatego machanie na oślep na prawo i lewo zda się na nic i nasze królewskie życie zakończy się szybciej niż panowanie Neda Starka.

Podobnie jak w poprzednich grach z serii Reigns dzierżymy berło władcy i musimy mieć się na baczności, by nie spartaczyć przyszłości naszych poddanych. Musimy zatem bardzo uważać, by zbalansować wszystkie parametry dostępne w grze. Na górze znajdziemy kilka wskaźników, które podpowiadają nam, na co musimy teraz zwrócić szczególną uwagę. Wskaźniki (prócz ikon) w zasadzie nie różnią się od tych, co dostarczały nam poprzednie dwie odsłony. Musimy zatem uważać na naszą armię, społeczeństwo, krajową kasę oszczędnościową, czyli pieniądze, a także wierzenia naszych poddanych. Każdy z tych parametrów jest niezwykle ważny i każdy może zdecydować o naszym „być albo nie być” na żelaznym tronie. Jeśli miernik spadnie do zera, stracimy życie w ten czy inny sposób. Jeśli zapełni się – cóż, również stracimy głowę. Gra zmusza więc do ciągłego zaangażowania w rozgrywkę, kombinowania, zapamiętywania kart, decyzji, kontaktów...

A jeśli już przy kontaktach jesteśmy. I tym razem będziemy się rzucać w intrygi, które pociągną za sobą krwawe ofiary. Każda z poznanych nam w grze osób będzie miała ogromny wpływ na nasze panowanie. Pozornie prosta mechanika polegająca na wybraniu opcji A czy B wciąga nas w coraz głębsze tajniki władzy w Westeros i zmusza do walki z innymi władcami, pojedynków na śmierć i życie, wchodzenia w interakcje ze sprawującymi władzę.

Nie spodziewajcie się jednak żadnego pustego walenia palcem po ekranie. Tutaj nawet podczas pojedynków trzeba ruszyć głową i zastanowić się, jakie dokładnie słowa wyprowadzą oponenta z równowagi i co sprawi, że przeciwnik zostanie pokonany na placu boju. Takie słowne zagrywki zakończą się dla nas albo tragicznie, albo wyjdziemy z nich zwycięską ręką. W grze można zdobywać również różne bonusy, które później działają na naszą korzyść podczas rozgrywki. Tych nie otrzymujemy jednak od ręki i trzeba kolejny raz trzeba wylać może potu, łez i juchy, by znalazły się w naszej gromadzie kart.

Karty są tutaj kluczowe. Początkowo otrzymujemy ograniczoną liczbę kart, dzięki którym poznajemy podstawowe scenariusze. Wraz z postępem rozgrywki wchodzimy w interakcje z kolejnymi osobistościami w Westeros i tym samym odblokowujemy kolejne wątki fabularne. Nie martwcie się! Te też są niezwykle krwawe. Kluczowym jest jednak badanie różnych opcji i wchodzenie w kolejne interakcje, co wymaga od nas w miarę zbalansowanych decyzji.

Można by pomyśleć, że w grze liczy się nasze zdanie. Nic bardziej mylnego. Jeśli będziecie szli za biciem swojego mięciutkiego serduszka, ta gra zmiażdży was w mgnieniu oka. Nie wytrzymacie przy swoim stołku dłużej niż 10 księżyców. Jeśli będziecie chcieli wybijać wszystko, co popadnie – wolna wola. Lud jest jednak chciwy i nie wybacza – nabiją cię na pal w bardziej wyszukanym stylu niż Joffrey. By zdobyć całkowitą władzę w Westeros na długie lata musicie ruszać głową i mieć się na baczności przez cały czas. Przyzwyczajcie się jednak do śmierci, bo, podobnie jak w książkach i serialu, ta czyha na was na każdym kroku.

Reigns: Game of Thrones wprowadza wiele smaczków z Gry o tron. Przede wszystkim to pierwsza gra, która daje nam wybór – chcecie rządzić Tyrionem – proszę bardzo, władza jest wasza. Chcecie poprowadzić smoki jako Daenerys, nie ma problemu – smoki są wasze. Gra zbiera takie serialowo-książkowe smaczki i w prosty sposób serwuje nam je podczas rozgrywki. Możemy umrzeć na różne sposoby – nie raz stracicie tu głowę, zostaniecie zatruci, zasztyletowani, zginiecie podczas pojedynku czy wasza krew spłynie na żelaznym tronie. Przypomina wam to coś?

Reigns: Game of Trones miesza poważną atmosferę z zabawnymi sytuacjami, które łącznie tworzą kompletnie absurdalny klimat. Brakuje mi tutaj jednak spójności pomiędzy dźwiękami w grze, które są okrutnie irytujące, a świetną, poważną muzyką przywodzącą na myśl mroźne Westeros. Ustawienia pozwalają jednak przejść grę bez ciągłego stukania, pukania i memłania postaci na ekranie.

Reigns: Game of Thrones to ciekawe „przedłużenie” serii. Jeśli podobały wam się klimaty poprzednich części, powinniście sięgnąć i po tą. To produkcja idealna na naprawdę złe dni w pracy, kiedy wymykamy się na posiadówki w świątyni dumania. Mamy wtedy czas na wysłanie ludzi na wojnę, odbycie stosunku z jedną z postaci czy ścięcie komuś głowy. Bo każdy tron jest dla tej gry dobry – czy to żelazny, czy ceramiczny...

Reigns

  • klimat rodem z Westeros
  • sporo kart
  • wciągająca rozgrywka
  • krwawe rządy
  • dźwięki postaci nie zgrywają się z muzyką

Zamień ceramiczny na żelazny tron.

Najnowsze
Lubisz nas?