Informacje

Konkurs Risen 2: Mroczne Wody - dokończ opowiadanie i zgarnij wspaniałe nagrody

186 gram.pl

Zapraszamy na udział w kolejnym konkursie, w którym liczymy na Waszą kreatywność. Przyda się także kunszt pisarski i bogata wyobraźnia. Na najlepszych czekają wspaniałe nagrody!

Konkurs Risen 2: Mroczne Wody - dokończ opowiadanie i zgarnij wspaniałe nagrody - obrazek 1

Z niekłamaną przyjemnością jako jedyni prezentujemy Wam powstałe z okazji nadchodzącej premiery Risen 2: Mroczne Wody opowiadanie "Błędny rycerz" Marcina Mortki, polskiego pisarza fantasy specjalizującego się w tematyce pirackiej. Jeśli z niecierpliwością wypatrujecie debiutu RPG-a autorstwa doświadczonej ekipy Piranha Bytes, teraz możecie jeszcze lepiej wczuć się w klimat, jaki ma do zaoferowania wyczekiwana przez Was gra.

Aby dodatkowo zachęcić Was do lektury zapraszamy do udziału w konkursie organizowany wspólnie z firmą Cenega Poland, w którym na najlepszych czekają fantastyczne nagrody. Ponieważ opowiadanie ma otwarte zakończenie, możecie wykazać się inwencją i dokończyć dzieło Marcina Mortki. Wyróżnimy trzy najlepsze prace, których autorzy otrzymają następujące nagrody:

  • Za 1. miejsce - Edycja Kolekcjonerska Risen 2
  • Za 2. miejsce - luneta + gnom Jaffar + Edycja standardowa Risen 2
  • Za 3. miejsce - Edycja standardowa Risen 2

Regulamin znajdziecie w tym miejscu. Na Wasze zgłoszenia zamieszczane w komentarzach czekamy do 15 kwietnia włącznie.

Konkurs Risen 2: Mroczne Wody - dokończ opowiadanie i zgarnij wspaniałe nagrody - obrazek 2
Konkurs Risen 2: Mroczne Wody - dokończ opowiadanie i zgarnij wspaniałe nagrody - obrazek 3

Nie przegapcie tej wyjątkowej okazji do wczucia się w klimaty Risen 2: Mroczne Wody, a jeśli przedstawiona przez polskiego autora historia Was wciągnie, nie krępujcie się i weźcie udział w zaproponowanym przez nas konkursie. Wszystkim życzymy przypływu weny!

186 komentarzyDodaj swój

Przeczytaj wszystkie komentarze na forum
Kajzus

Ładny zestaw, ale kasy mało. Chetnie bym kupił ze względu na pierwsza część.

Odpowiedz
Feflar

Nie raczyliście podać wyników ostatniego konkursu Risena a bierzecie się za następny?

Odpowiedz
G Harrolfo

Regulamin 5.1 - "nagrodów"?!

Jaki jest limit znaków?

Odpowiedz
G Rzulek

A takie głupie pytanie mam, gdzie to publikować ? Komentarze, gramsajt czy jakiś specjalny mail ?

Odpowiedz
G kotlecik5

Pewnie wygra i tak ktoś, kto napisze wiersz albo narysuje tonę obrazków, więc dam sobie spokój.

Odpowiedz
G Laid_back

> A takie głupie pytanie mam, gdzie to publikować ? Komentarze, gramsajt czy jakiś specjalny
> mail ?
"Na Wasze zgłoszenia zamieszczane w komentarzach czekamy do 15 kwietnia włącznie."

Odpowiedz
oxygar

> "Na Wasze zgłoszenia zamieszczane w komentarzach czekamy do 15 kwietnia włącznie."
Zgłoszenia, czyli zgłoszenia: Chcę to napisać, czy gotowe prace? Dosyć nieprecyzyjne to określenie.

Odpowiedz
G Laid_back

> Zgłoszenia, czyli zgłoszenia: Chcę to napisać, czy gotowe prace? Dosyć nieprecyzyjne
> to określenie.
Zgłoszenia chęci o gotowości zgłoszenia swojego zgłoszenia gotowości do napisania pracy. a tak na serio to przecież oczywiste, że gotowej pracy...

Odpowiedz
G KapiKullo

W przypadku wygranej mamy powiadomić organizatorów na jaką platformę chcemy otrzymać grę, tak?

Odpowiedz
G Harrolfo

Wydaje mi się, że lepiej byłoby załączać pracę przez formularz.Przecież ktoś może podłapać pomysł innej osoby, czy styl pisania, zarys fabuły, przedstawić pracę jako swoją i wygrać.

Odpowiedz
G kotlecik5

> Wydaje mi się, że lepiej byłoby załączać pracę przez formularz.
> Przecież ktoś może podłapać pomysł innej osoby, czy styl pisania, zarys fabuły, przedstawić
> pracę jako swoją i wygrać.
Uwierz mi, że zawsze wygrywają takie prace, że osoba, która chciałaby taką skopiować/przekształcić itp. poniosłaby porażkę :P

Odpowiedz
pobite_gary

> Wydaje mi się, że lepiej byłoby załączać pracę przez formularz.
> Przecież ktoś może podłapać pomysł innej osoby, czy styl pisania, zarys fabuły, przedstawić
> pracę jako swoją i wygrać.
na to jest sprytne rozwiazanie, bo przeciez widac kto pierwszy zamiescil prace na forum i kto od kogo skopiowal

Odpowiedz
nerofire

Roland i reszta grupy biegli przez cuchnący, ciemny tunel nie wiedząć w co się wpakowali - szybko dotarli to dużej sali przypominającej punkt handlowy - było tam mnóstwo nowo wyglądająych skrzyń, beczek, worków i podobnych pojemników.Dragon nie myśląc o zagrożeniu podszedł do skrzyni, i biorąc w ręce leżący obok łom wyłamał górną pokrywę.
- Zostaw to idioto ! - powiedział Roland.
- Chcę tylko sprawdzić czy jest tu coś ciekawego.
- A jeżeli obudzisz jakieś złe moce przez swoją pazerność ? - powiedział Strup.
- Nic sie nie stanie, opamiętajcie się ! - Wrzasnął Moonshine.
Wtem jakiś niepokojący odgłos przerwał im kłótnię.
- Wszyscy zginiemy ! - Krzyczeli bliźniacy Cloudy.
- Zagłada ! Zagłada ! - Nie ma nadziei ! - Krzyczał Baobab.
- Spokój ! Musimy iść przed siebie, nie możemy się zatrzymywać ! Rozumiecie ? - Próbował wytłumaczyć Roland.
- Tak chodź...
Przerwał im głośny ryk mieszkającego tu olbrzymiego, humanoidalnego aligatora pędzącego na nich na 2 nibynogach.
I zaczęła się walka...
Pierwszy oberwał Strup - Dostał mocny cios lewą ręką i wyleciał uderzając plecami o skrzynię.Kopnięcie potwora było zarezerwowane dla nie wiedzącego co się dzieje Willowa - wyleciał z sali z dużą prędkością.Aligatora próbował trafić Dragon, ale nie zdążył wycelowac i dostał w twarz pazurem.Baobab skryty za filarem zaczął czarować i uderzył potwora falą uderzeniową - ten po wstaniu nie zobaczył w sali nikogo - Piraci ukryli się w środku miejsca ze skrzyniami.O dziwo potwór nie posiadał zmysłu wzroku, a nie mógł ich rozpoznać węchem bo mądry Moonshine polał wszystko flaszką z grogiem którą zawsze nosił przy sobie - A, że piraci również "pachnęli" grogiem, monstrum nie mogło wyczuć gdzie są.Grupa przygotowywała się do ataku pokazując sobie na migi co kto będzie robił.Po obmyśleniu strategii zaczęło się :
Willow rzucił kamień w stronę wyjścia z tunelu - Potwór podbiegł tam, a wtedy cała grupa pognała do miejsca skąd wyszło to "coś" - Tam mieli większe szanse na walkę, bo było to dość ciasne miejsce.Aligator nie zdążył złapać nikogo z nich, ale wyczuł zapach krwi kiedy Strup po drodze nadepnął na sporego gwoździa wystającego z deski.Potwór pognał w ich stronę, ale wtedy oberwał z pistoletu od jednego z bliźniaków Cloudy - Baobab rzucił weń kulą ognia a monstrum zacharczało - cała kompania stała w nadzwyczaj zwartym szyku - To monstrum to nie przelewki.Kiedy przeciwnik wykorzystując chwilową dezorientację grupy próbował włożyć rękę do wąskiego przejścia - dostał po łapie cutlasem Rolanda.Aligator zaprzestał dalszej walki i uciekł w drugą stronę.
No ! Narazie mamy z nim spokój.Ale co z wejściem - potem może się tu wślizgnąć. - Powedział Willow
Nie bój się. Baobab zawal przejście - Tylko zrób to solidnie ! Nikt nie może tędy wejść ! - Odparł Roland
Zagłada ! Zagłada ! - Mówił ciągle Baobab zawalając przejście.
No dobra, chodxmy dalej - oby obyło się bez niespodzianek. - Dodał Dragon
Po około 20 minutach wyszli na powierzchnię - Nic się tam nie waliło ani nie paliło.Było spokojnie.
Cała grupa poszła dalej wydeptaną drogą - nie wiedzieli co ich jeszcze w życiu spotka.

Odpowiedz
G Harrolfo

Panowie, chodzi mi o to, że ktoś podpatrzy sposób prowadzenia fabuły, jej zarys, czy chociażby wydarzenia i ich łączenie. Formularz rozwiązałby problem.

Odpowiedz
Valmar

Ciekawa sprawa. Może coś skrobnę :)

Odpowiedz
G Thalanthas

Jaki limit znaków, by się zbyt nie rozpisać. ;-)

Odpowiedz
G Harrolfo

Posty 3 i 4.

Odpowiedz
G Muradin_07

Też myślę że lepszym rozwiązaniem byłoby nadsyłanie swoich opowiadań na maila i do tego jakiś limit znaków. Bo co z tego, że liczy się jakość a nie ilość... jak ktoś by miał wenę to by napisał drugie tyle i jakby było dobre to też by wygrało.

Ale pomyślę i może udział w konkursie wezmę...

Odpowiedz
Gorthak

Trochę tego wyszło... mam nadzieję, ze to nie problem :) Faktycznie, chyba lepszym pomysłem byłoby wysyłanie tego na maila.

Jak Roland mógł przypuszczać, że Złe, czymkolwiek by było, akurat im pozwoli przejść nietkniętym? To znaczy, owszem, spodziewał się walki, lecz na trochę innych zasadach. Ta była nieuczciwa, co nie było dla pirata większym problemem, pod warunkiem, ze to on stosował nieuczciwe sztuczki.

Tunel szybko się zwężył, tak, że ramię w ramię mogły iść tylko dwie osoby, a i to z trudem. Początkowo wszystko szło dobrze, uciekali wgłąb, mimo, że przejście było nie tylko niewypucowane, lecz momentami ciężko było je nazwać przejściem. Tunel wił się we wszystkie strony, sprawaijąc wrazenie, że drążył go jakiś pijany marynarz z chorobą lądową i nikłą wiedzą o wyjściach. Żadnych odnóg, zwyczajny prosty korytarz... cholernie pokręcony prosty korytarz. Częste korzenie zwisające ze stropu nie sprawiały problemu, ponieważ awanturnicy wycięli je w drodze ku sławie i nawet Baobab, choć z trudnościami, mógł się przecisnąć. Po kilku minutach zaczęly się narzekania. Poza Baobabem i Willowem dało się już słyszeć Dragona i Strupa a po chwili wszyscy już wygłaszali swoje uwagi na temat... właściwie wszystkiego. Tak to własnie jest z załogą, dziewieciu, kuźwa, kapitanów w zasranym tunelu pod plonącym miastem. I wszyscy wiedzą co robić. Może lepsze to niż robić w gacie.

A potem się zaczęło.

Korytarz powoli się rozszerzał aż nagle przerodził się w większą grotę. Idealną na zasadzkę. Ścigający ich żołnierze wychodziliby praktycznie pojedynczo i nawet broń palna by im nie pomogła... nie można strzelać w kogoś kogo nie widać. Niestety, grota była idealnym miejscem na zasadzkę także z innego powodu. Grząski grunt pozwala się zakopać, truposzom dużo łatwiej byłoby pochwycić czyjąś nogę stąd niż spod brukowanych ulic Necroville, co z resztą często robiły. I doskonale o tej przewadze wiedziały. Gdy Roland doszedł do, mniej-więcej, połowy groty, zostawiając za sobą większość załogi, trzymając przy sobie jedynie Dragona, nieumarli postanowili pokazać, czemu miasto ma w nazwie necro. Spod ziemi wyciągnęły się w ich stronę ręce. Las rąk. I wszystkie przegniłe.

- Zagłada! - ogłuszający ryk Baobaba odbił się echem od ścian groty, oznajmiając wszystkim to co już zdążyli zauważyć... byli w dupie... i to bardzo ciemnej.

Uhu i Willow wzięli na siebie pierwszych zgnilców, odrąbując im łapy i przecinając glowy, choć tych było tak dużo, że obracali kordelasami jak młynkami bez większego skutku. Piraci rzucili im się na pomoc, w ruch poszły ostrza, bełty, macki i...

- Dragon, nie strzelaj! - krzyk Rolanda w ostatniej chwili powstrzymał kamrata od odstrzelenia łba jednemu zgniłkowi. Broń odbierająca za każdym razem życie jest dobra, pod warunkiem, że walczy się z żywymi.

- Nienawidzę cutlasów...

- Zamknij się i wyciągaj żelastwo, chcesz nas pozabijać?! - Roland jak mógł dzielił uwagę miedzy fechtunkiem, operowaniem mackami i opieprzaniem podwładnego.

Mimo wprawy w licznych mordobiciach i walkach o nierównych proporcjach, przeciwników było zwyczajnie za dużo. Cloudy, plujący ogniem na wszystkie strony, dostał jako pierwszy. Jakiś zdechlak rzucił mu się do gardła i... widok ognia plujacego wzdłuż szeregu zombie był imponujący i nie można mu było odówic skuteczności. A Cloudyemu zdecydowanie nie można było odmówić spalonej czaszki i sztywności. Następny poszedł Strup. Kusza to kiepska broń na krótki dystans, ale niski wzrost zadbał o to, by zniechęcić go do walki czym innym - nie taka była jego rola. A nieumarli skutecznie zadbali by nie miał nóg... a potem stracił głowę - taki był jego koniec.

No pięknie - pomyślał Roland - dwóch padło, trzech rannych, Dragon walczy jakby chciał a nie mógł, a Baobab zna tyle zaklęć, że najsłabsze zawaliłoby nam strop na glowy. - Faktycznie sytuacja nie wyglądała zbyt ciekawie, cyklop, potężny chłop, bronił się bez większych problemów. Ale mocno krwawił i się męczył. Sam Roland nie mógł nic zrobić, zombiaki rzuciły mu się na macki i zwyczajnie go przygniotły, gdyby nie reszta załogi już by nie żył. Jedynie Moonshine trzymał się bez większych problemów. Kanibal cuchnął padliną, moze zombiaki wzięły go za swojego. Walczyli długi. Za dlugo.

- Szybciej! Nie mogli uciec daleko, ładować broń! - ten krzyk zdecydowanie pokrzepił Rolanda. Chwilę później do groty wpadli ścigajacy ich żołnierze i rozpętało się piekło. Każdy walczył z każdym, słychać było ogłuszaję strzały, członki latały we wszystkich kierunkach, krew lała się strumieniami.

- Taaak jest, chodźcie tu! - Dragon wyciągnął swoją rusznicę i z wielką radością zajął się pancernymi.

Nie wiedzieli jak długo walczyli. Przeżyli - to wiedzieli. Poza Strupem i Cloudym padł jeszcze Slash, reszcie jakoś się udało. W śmierdzącej grocie, wsród masy bezwładnych ciał narodził się problem. Co teraz?

- Mamy stąd trzy wyjścia. Jednym przyszliśmy, jedno... chyba jest zalane a kolejne wydaje się bezpieczne i opada - Moonshine dzielił się swoimi spostrzeżeniami... umarlaki nawet go nie drasnęły, zasranego mięsożercy.

- Tak, chyba każdy kto tu schodził tak myślał - odparował Roland - Musze przypominać, ze żaden nie wrócił? Tutaj było ich po prostu dużo, a już nas przetrzebili, pomyślcie co będzie dalej. Nie, idziemy tym zalanym. Jeśli jest tu woda, to musi się łączyć z zatoką, mam pomysł.

Wszyscy weszli do zalanego tunelu i podpłynęli do końca. Faktycznie, było to wyjście na port. Miasto nad nimi się paliło a Blędny Rycerz stał w doku. Bylo już ciemno. Dało się słyszeć pijackie przyśpiewki, ale jakieś bardziej ugrzecznione. Kto by pomyślał, że zaraz po wyrżnięciu miasta, dobrzy żołnierze pójdą się schlać? Roland.

- Widzicie ten statek? Plan jest taki, wspinamy się po burcie od strony morza, wyżynamy schalną załogę, nie schlaną.. też wyżynamy i zabieramy statek.

- I jak niby nim odpłyniemy? - Moonshine był zdecydowanie zbyt niektnięty, miał siłę zadawać głupie pytania.

- Popatrz idioto, stoi na żaglach, zostawili na pokładzie kilku majtków, ktorzy ledwo sobie dają radę z ich zwijaniem. Zabieramy go teraz, albo zostajemy tu i walczymy ze wszystkimi.

Schalni czy nie, kilkadziesiąt muszkietów to dość poważny argument, aby unikać walki. Zgodzili się. Podpłynięcie do burty okazało się dość proste, wśród tych wszystkich wraków można się było łatwo ukryć, a trupy w wodzie ułatwiały zadanie jeszcze bardziej. Prosta część planu się udała. Teraz krótka wspinaczka na wysoki okręt... o dziwno bez strat i pojękiwań. Nawet wybicie resztek załogi poszło bez problemów. Cieżko o problemy jak wszyscy sa nieprzytomni lub nieuzbrojeni. Albo oba na raz. Statek należał do nich. Teraz przyszła pora na najtrudniejszą część.

- Baobab, zrób swoje sztuczki i wywołaj wiatr, chcę, żeby ten statek gnal jak żadna jednostka wcześniej. Dragon, wciągniesz kotwicę, Uhu zabezpiecz żagle a Moonshine przeszuka jeszcze raz cały statek. Nie ma sensu szukać reszty załogi, sami musimy sobie poradzić, całe szczęście, że byli tak mili i zostawili statek gotowy do wypłynięcia.

Wciągnęli kotwicę, Baobab coś wymamrotał, wyraźnie zadowolony, że opuszczają to miejsce. W chwili gdy odbijali od doku, z nabrzeża rozległy się strzały z muszkietów. Ale to oni mieli działa. Niestety, było ich za mało do ostrzelania sukinsynów, ale odpłynięcie żywcem wystarczyło. Na razie. Błędny Rycerz wyglądał na świetną zdobycz. To dziwne, w piątek nic nie powinno się udawać. Gdy wypłynęli na otwarte morze, za Rolandem rozległ się glos podwładnego.

- Kapitanie - to był Moonshine, który skończył obszukiwać statek - znalazłem tu kogoś.

- Kogoś... kurwa, na wszystkie krakeny tego morza, czemu istnieją piątki!? - Kimś okazał się stary czlowiek w lekko pobrudzonych szatach... i znakiem inkwizycji na płaszczu. - Pięknie, kurwa... Tego tylko brakowało. Na port napadła inkwizycja a my zwinęliśmy ich statek z inkwizytorem na pokładzie. Musimy szybko znaleźć jakąś obsługę do tych dział, będzie potrzebna.

- A co z nim? - Moonshine najwyraźniej był dumny ze swojego znaleziska. Trzeba przyznać, ze pojmanie inkwizytora to nie lada sztuka. Najwyraźniej pokurcz znalazł go śpiącego i jeszcze walnął po głowie. Na to wskazywałaby krwawiąca skroń. Inaczej staruch by go rozniósł. Ale teraz inkwizytor był przytomny, związany a Baobab już umiał zadbać o zniwelowanie jego sztuczek. Chyba nadeszła pora, by coś sobie wyjaśnić.

- Dzisiaj rano pieprzyłem się z dziwką portową, chciałem się nawalić i powtórzyć to jeszcze kilka razy. Nie tylko dzisiaj. Przez Ciebie i Twoich przydupasów nie tylko tego nie zrobiłem, ale straciłem statek, większość załogi i jeden z ulubionych portów. Teraz grzecznie opowiesz co was przywlokło do Necroville, tylko nie próbuj swoich inkwizytorskich sztuczek, ten duży za mną zablokje każdą magię, a ręczę, że mnie nie przegadasz.

- Nie mam zamiaru. - nie takiej reakcji spodziewał się Roland - Ładunek z tego statku już został wyładowany na ląd, a... przydupasy... zajmą się zadaniem i bez mojej pomocy. Nie myśl więc, że cokolwiek wygrałeś. Ale ja też mogę za coś ręczyć. Jak mnie wysłuchasz, zaraz zawrócisz ten statek do Necroville i z ochotą odstawisz mnie na ląd.

- Nie wydaje mi się. Ale mow, to może być zabawne.

Mówił. Dlugo i szczegółowo. Kiedy skończył, Roland kazał obrać kurs na... Necroville. Staruch miał rację, gra była warta świeczki. Ale on też miał rację. Piątek to zdecydowanie zly dzień dla marynarza. Na horyzoncie wstawało słońce... sobota. Miał cały tydzień na zwinięcie jednego z największych łupów swojego życia i już obmyślał plan.

Ale to inna historia.

Odpowiedz
piopal

Wśród zgrai panuje cisza i napięta atmosfera, jedynie Willow, zwykle zachowujący się względnie spokojnie co raz cicho chichoczę, Strup podenerwowany słysząc kolejny cichy śmiech odwraca się by ulżyć swemu zdenerwowaniu .
-Może się zamkniesz przygłupie?
-Prz-przepraszam *zawstydzony odpowiada
-co ciebie tak śmieszy? *szukając zaczepki ciągnie rozmowę
-Te ściany, one one mi przypominają tą kochankę kanibala którą podczas kontroli
kapitańskiej zjadł próbując ukryć ją by uniknąć konsekwencji. *kończąc zdanie chichocze

Nagle Baobab powstrzymał Strupa gotowego zbesztać barczystego pirata i wskazał palcem górne warstwy ściany na których widniały wyryte rzeźby kobiet niosących głowy zwierząt.

-Zagłada *rzekł Baobab wskazując

-Wie ktoś co to może oznaczać * zapytał Roland

Załoga patrząc na siebie nawzajem wzrusza ramionami w niewiedzy.

-Zagłada *powtórzył Baobab

Lekko zirytowany Roland ignoruje maga i zamierza iść dalej, lecz powstrzymują go jego kolejne słowa .

-Zagłada wszystkim którzy kroczą drogą Salvadusa a nie mają potęgi którą złożą mu w ofierze.

-No to mamy swojego Błędnego rycerza *odpowiedział z rozbawieniem Dragon

-Ruszajmy czas nagli* skwitował Roland

-Czekaj kapitanie słyszysz ?*obgryzłszy rękę do kości chirurg zapytał

Roland z zdziwieniem –Co słyszę, nic nie słyszę !?

-Właśnie czyżby agresor skończył bombardowanie miasta?

-Górę zdobyli może zeszli niżej *odparł Cloud

Nagle niezauważenie podczas rozmowy na Cyklopa Uhu rzucił się jeden z oczekiwanych w tym tunelu jaszczurów rosły cyklop z pomocą „bliźniaka” pozbył się gada lecz ekipa zorientowała się że nie ma do czynienia z jednym gadem a z całą gromadą . nie był to silny przeciwnik lecz jego ilość była przytłaczająca.

-Slash, Uhu osłaniajcie mnie, nic nie może mnie drasnąć * z powagą krzyknął Mag

Slash posługujący się cutlasem na dłoni zabijał przeciwników którzy gromadzili się przy osłaniającym maga Uhu. Nagle Slash w wirze walki zapytał maga.

-Co się stanie gdy ktoś zada ci rany?
-Wtedy to wasze duszę posłużą mi do zabicia wroga.

Uhu nieco przestraszony zaczął jeszcze skuteczniej odpychać bestie od kompana.

Nagle Cloudy celną kulą ognia oczyścił pole trzem przyjaciołom w potrzasku i z dumą wrzasnął
-Co tak słabo panienki.
Po czym na wsparcie maga dołączyła reszta ekipy Bao nagle zaczął wymawiać sekwencje po czym połowa wyrwanych z ciał dusz jaszczurów zabiła drugą połowę tych jaszczurów które duszę jeszcze mieli.

Cały odcinek w którym znajdowali się wojownicy był wypełniony trupami jaszczurów z oddali było słychać krzyki polegających ludzi.

Wykończony walką Dragon z lekką otuchą rzekł– nie tylko my walczymy z jaszczurami.

-Najwyraźniej ci którzy atakują miasto zapragnęli je pozwiedzać* rzekł Roland
-Na nasze szczęście wybrali najgorsze miejsce na zwiedzanie *chichotał Willow
-Nie zostajemy tu dłużej nie będziemy chyba na nich czekać *zakończył Roland

Po krótszej wędrówce ocalała załoga orlicy dochodzi do Sali wyglądającej jak Sala tronowa na końcu znajdował się tron a na nim jedynie zbroja, w Sali wszędzie były ustawione ołtarze
Na środku znajdował się pergamin a w nim opis czasów Świetności miasta, jego upadku i historia Rycerza Salvadusa który miał bronić lecz potęga zrobiła z niego potwora. Roland zaczął o tym czytać zaś towarzyszom kazał rozejrzeć się po Sali. Po przeczytaniu ważniejszych fragmentów do Sali wpadli uzbrojona grupa atakująca miasto.

Cloud jedynie zdołał krzyknąć zasadzka, niestety przeciwnik był liczny po długiej walce piraci zostali skuci a agresorzy szykowali się do ich egzekucji wtem wpadł ich dowódca którego zwali Iryton. Po krótkiej rozmowie z swoimi żołnierzami. Rzekł do Rolanda

-nie sądziłem że spotkam tu kogoś, to raczej mało uczęszczane miejsce *rzekł ironicznie
Roland na złość zuchwałemu dowódcy odpowiedział –Pewien palant atakuje miasto więc pomyślałem że tu wpadnę.
-uhm nie spodziewałem się takiego chamstwa po jeńcu ale cóż to nie długo nie będzie miało znaczenia.
-to znaczy?
-nie udawaj że nie wiesz głupcze nie można tu wejść przez przypadek zrobiłeś to szybciej nawet niż ja a byłem w pełni przygotowany by tu przybyć.

Jeden z wrogich żołnierzy podchodzi do swego dowódcy
-Panie rytuał gotowy możemy zaczynać
-Świetnie nie ma co odwlekać *oznajmił zniecierpliwiony Iryton
-A co z nami* zapytał ciekawski Slash
-W pierwsi złożycie mi swoją moc w ofierze *odparł Iryton po czym odszedł

Zdenerwowany Uhu krzyknął -o co tu chodzi?
Na co pogrążony w melancholii Iryton odpowiedział –Kiedyś żył tu rycerz, ludność miasta chciała się chronić przed najazdami bandytów więc rada miasta sprowadziła najlepszych starożytnych magów którzy obiecali uczynić obrońcę miasta bardzo potężnym ale cena była wysoka rycerz otrzymywał moc z każdą zabitą na jego ołtarzu osobą wiele osób zgłosiło się na ochotnika dzięki czemu rycerz powstrzymał najeźdźców lecz rycerz pragnął jeszcze więcej mocy wkrótce zaczął zabijać aż w końcu mieszkańcy uciekli a ci którzy zostali w mieście wkrótce byli złożeni w ołtarzu wkrótce w agonii z braku nowej mocy rycerz zmarł na swym tronie ale niebo nad miastem pozostał ciemne teraz ja obejmę jego moc ale nie ograniczę się do jednego miasta zdobędę wszystko.

Drużyna podczas długiej opowieści szaleńca dzięki swoim umiejętnościom wydostała się z więzów i przystąpili do walki tym razem to oni mieli przewagę zaskoczenia .

Roland kolejny raz udowodnił że szczęście stoi po jego stronie nim zdążył podnieść broń w górę ta wystrzeliła i trafiła w podbrzusze jednego z strażników ten nie był już zdolny do walki

-Nażryjcie się tym *krzyczał rozjuszony Cloud ciskający kulami ognia
-tak dalej synu a przy następnej wizycie w tawernie będziesz pił za mój koszt *odparł półgoblin Strup który swym zaprawieniem w szabli siatkował wrogów.
-kamraci Iryda nie mieli szans z rozwścieczoną grupą Rolanda wkrótce na polu bitwy żywym przeciwnikiem pozostał jedynie Iryton

-Głupcy rytuał zakończony a ja właśnie zdobyłem umiejętności tych których zabiliście.
*w furii wyznał Iryton.
-To może się okazać za mało *odparł Roland i przystąpił do ataku.
Potęga mocy dawnego rycerza była potężna a każdy atak był odpierany
-Tak go nie pokonamy *wątpiący Strup
-Zagłada *prorocze słowa Baobaba
-Słuchajcie on ma jeden słaby punkt podczas ataku ale musicie wystawić się na atak, wtedy ja się przebiję *stwierdził uważnie Roland
Drużyna zaczęła wypełniać taktykę Rolanda najpierw wszyscy zaatakowali Irytona Strup próbował zranić go szablą, Baobab rozpraszał go magią , Bliźniacy i Willow próbowali zadawać mocne ciosy z bliska zaś Cloud próbował ograniczyć widoczność oponenta przez palenie dywanów z Sali tronowej które wytworzą dym, Chirurg-Kanibal próbował zaskoczyć Irytona swoim niekonwencjonalny atakiem niczym zombie rzucający się na mięso, wtedy przyszedł czas na kontratak Iryto miał się zamachnął by skrócić o głowę któregoś z załogantów.
-To moja potęga *krzyknął rozwścieczony Roland po czym przebił serce Irytona a ten zsunął się martwy na ziemię.
Cała załoga padła na ziemię z wykończenia tylko Willow chichocząc wyznał
-I po sprawie
-Ty przygłupie *wybuchając wraz z innymi śmiechem powiedział Strup.

Kilka chwil później kompani zauważyli za tronem wyjście na powierzchnie do którego udali się bardzo chętnie a podczas wychodzenia Roland rzekł.
-Jak następnym razem wpadnie mi do głowy chodzenie po tunelach to obierzcie mnie do naga i wrzućcie do morza. *po czym drużyna oddaliła się do najbliższego żywego miasta i opowiadała swoje przygody w tawernie aż ….. ale to następnym razem XD.


________________________________________
Jeśli można i mam szanse wygrać to prosił bym wersje na Xbox 360 na kompa nie odpali za słaby XD.

Odpowiedz
G Veniu1

Zdaje się, że to wcale nie było prawdą, iż niewolnicy czyścili podziemie tylko do setnego metra. Brygada z Rolandem na czele, przekroczyła już około 200 metrów. Nagle przewodnik się zatrzymał i zniżył pochodnie.
- Psiakrew, wiedziałem! Jesteśmy w dupie!-krzyknął Dragon na widok stosu czarnych, rozkładających się kości, a wśród nich leżały dwie czaszki, jeszcze z gałkami ocznymi, ale były całe czarne, jakby pokryte sadzą.
Na ten widok, wszystkim zmrożyło krew, nawet Baobab zaczął coś pomrukiwać w swoim języku, Strup praktycznie kompletnie zzieleniał, a Moonshine nerwowo oblizywał resztki żołnieża.
-Idziemy.- rozkazał Roland, głosem kompletnie pozbawionym wszelkich nadziei.
W tyle slychać było grom kroków, rozkazów krzyków i sporów-"Już tu są.."- pomyślał Roland.
Szli cały czas prosto, przechodząc obok setek tuneli. Im dalej tym bardziej dawał się znać stęchły zapach, aż swędziała ich skóra i oczy.
Ściany były pokryte czarno- żółtą, strasznie lepką substancją. Kroki z tyłu stały się cichsze, niepewne, a smród już tak nie drażnił, nawet lepiej, czasem czuć było świeże powietrze.
Nagle, zza ich pleców dał się słyszeć głuchy, cichy świst, który powtarzał się. Pierwszy odwrócił się Dragon i już zaczął celować.
Morda umarlaka, odległego o góra póltora metra ukazała się w świtle Rolandowej pochodni. Jego wyciekające oczy, czarno-żółta skóra pokryta sadzą i skręcona dolna żuchwa, była przykładem najgorszych koszmarów. Długie łapy za kolana i długie, lecz słabe nogi, dawały dość kolosalny wygląd zgarbionego skurwiela.
-Nieee!-krzyknał Roland rzucając się naramie Dragona i zabierając mu spluwe.
-Ty tumanie, on nie ma duszy, mogłeś zginąć!
W tej samej chwili Cloudy pożądnie dmuchnął na umarlaczka, po czym Willow rzucił się na niego rozdrabniając jego kości i łeb w drobny mak.
Roland i Dragon wstali z klejącej się ziemi i spojrzeli w dal. Słychać było krzyki. Ludzki, przeraźliwe krzyki, jakby ktoś hakiem chciałby zrobić komuś operacje żołądka.
-Chooduuu!- zawował, tym razem Strup, który zaczął biec co sił w nogach, w kiedunku, którym przedtem się udawali.
Wszyscy wiali ile tylko mieli sił w nogach, nawet Willow, w sumie nie rozumiejąc co się dzieje, biegł razem z nimi, z lekką niechęcią zostawiając możliwość
dowalenia wszystkim tym kruszliwym truposzczom.
Po dość długim biegu, ze Strupem na czele, wszyscy wbiegli do ogromnej jaskini. Na jej końcu był ocean. Jednak co ciekawsze, był tam nawet mostek, a przy nim zacumowany statek, stary lecz olbrzymi Galeon, nawet gotowy do odpłynięcia.
Bez zastanowienia Roland wydał rozkaz:
-Na statek, bigiem! Odcumować i rozwinąć żagle!-po czym splunał na tą zepsutą ziemie i wszedł na statek.
Baobab, kończąc jego (prawdopodobnie) modlitwy, stanał za sterem, podniósł ręce i szeptał coś patrząc w góre. Szept dał się słyszeć z wiatrem, który wciąż się nasilał napędzając ich statek. Kapitan spoglądnąl na płonący ląd.
"Zapluta dziura.."- pomyślał, po czym wyjął znalezioną lunetę i spojrzał na statek, który spoglądał z lądu. "Błędny Rycerz". "Co on cholera od nas chce? Co tu robi?.. Dorwę cię... Jeszcze przyjdzie czas."-myśląc, zwinął
lunetę i nadał kurs na pólnoc, jak najdalej od wrogiego statku, a zarazem do miejsca, gdzie zbierze co nieco informacji o jego nowych "przyjacielach". I tak uciekli od nieznanego nowego wroga, Baobab będący zagadkowym kluczem nawet dla Rolanda, żadny dusz Dragon na bocianim gnieździe, Strup, zzieleniały ze strachu, Willow, który zapodział się w kuchni, i reszta załogi, której ledwie udało się uciec z krainy śmierci... Nie. Krainy nieumarłych, Necroville.

Odpowiedz
jamchosq

Cała gromada, z Rolandem na czele, kroczyła powoli przed siebie, patrząc się z obrzydzeniem na śluz , który był na ścianie jak i na podłodze. Wszyscy mieli beznadziejny humory, oprócz Willowa, który cały czas podśmiechiwał się pod nosem z niewiadomych powodów. Po przejściu dwóch kilometrów, grupa nie myślała już o tym , że na trasie nie będzie pochodni, bo przez całą dotychczasową trasę, były one rozmieszczane dość regularnie. Nagle jednak, zaczęły się one pojawiać coraz rzadziej, aż w końcu zaczęło ich brakować, a zostały im tylko dwie pochodnie, które ze sobą wzięli.
-Cała szczęście , że je zabraliśmy, bo mielibyśmy problemy – powiedział Roland.
- Ile to cholerstwo może jeszcze się dłużyć? – zapytał zniecierpliwiony Dragon, lecz nikt mu na jego pytanie nie odpowiedział.
Po chwili usłyszeli przed sobą hałas, który był tak dziwny, że żaden z tej załogi nie słyszał takiego na uszy w całym swoim życiu mimo tego , że dużo rzeczy każdy z nich przeżył. Po tym odgłosie Willow przestał się w końcu podśmiechiwać , a Moonshine przestał podgryzać dłoń i chwycił jakby zaraz szykowała się jakaś walka, po swojego cutlasa.
- Co to było? – zapytali naraz Bliźniacy
- Zagłada, zagłada- powiedział Baobab
-To , na pewno nie było nic takiego – powiedział Roland, który chciał okazać swoją odwagę, mimo tego że i tak wszyscy wiedzieli ,że również i on przestraszył się tego dźwięku.
-Zagłada- powtórzył się Baobab
- Nie idziemy w tamtą stronę, prawda? – zapytał się Cloudy
-Musimy tam iść, chyba nie chcesz się wracać do tej ruiny i do tych, którzy nas zaatakowali. Kimkolwiek oni są , moje przewagę liczebną i nie mamy z nimi szans- powiedział stanowczo Roland i nie czekając na reakcję grupy ruszył przed siebie.
Nagle, zobaczyli przed sobą rozwidlenie, jedna droga prowadziła w lewo, druga w prawo. Szybko postanowili się rozdzielić na dwie grupy. W jednej Roland, Dragon, Moonshine i Baobab, drugą natomiast Bliźniacy ,Willow i Cloudy. Każdy dostał pochodnie i za pół godziny mieli się tu spotkać się z powrotem. W pierwszej gromadzie tunel zaprowadził ich do wielkiej komnaty, w której po całej były schowane dziury.
-Ale to jest duże – powiedział Dragon, który gestykulując przy okazji zrzucił pochodnię Rolandowi na ziemię.
-Ty … ty debilu, jak teraz wrócimy? – zapytał się Moonshine
-Zagłada- powiedział Baobab i wskazał na ciemność.
I nagle z dziur zaczęły wychodzić nieżywi. Całe szczęście, że tak samo jak gromada, równie słabo widzieli w ciemności. Na całe szczęści mieli ze sobą Baobaba, który rzucił zaklęcie które dało im światło. Nie bijąc już się z licznymi jednostkami wrogo nastawionych trupów, zaczęli uciekać co sił w nogach na miejsce spotkania. Jedynie Willow co chwilę strzelał swoim ze swojej broni. Gdy dobiegli już do miejsca, gdzie czekali na nich druga grupa, krzyknęli „W nogi”
- Co się stało? – zapytał się Cloudy podczas biegu
-Nic specjalnego, po prostu rzuciło się na nas setki nieumartych- rzekł Dragon
- Czyli dzień jak co dzień – powiedział i zaśmiał się Willow.
- Znaleźliście wyjście?- zwrócił się do bliźniaków zdyszany od biegu Roland
-Tak, jest całkiem blisko stąd. Około 5 minut stąd. - odpowiedział mu Slash
Uciekali tak cały czas, aż w końcu nie wiadomo czy przypadkiem , czy specjalnie Dragon strzelił w skałę przyczepioną do sufitu tunelu, która opadła na ziemię i zablokowała przejście nieumartym. Mimo tego nie zwalniali tempa, bo chcieli jak najszybciej wydostać się z tego tunelu. Po 3 minutach byli już na zewnątrz, na świeżym powietrzu na którym nareszcie odpoczęli.
-O kurwa, ale się zmęczyłem- powiedział zdyszany Uhu
-Ciesz się, że wyszliśmy z tego cholerstwa. Boże jak ja nie mogłem wytrzymać z tamtym smrodem – mówił Slash, który momentalnie położył się na ziemię.
-Wolność, wolność- rzekł uradowany Baobab, który wreszcie powiedział inne słowo od ranka mimo tego , że zaczynał robić się już wieczór.
-Moja kochana- głaskał swoją broń Dragon , która prawdopodobnie uratowała wszystkim życie- całe szczęście , że miałem cię przy sobie.
- A co tak ogólnie stało się w tym waszym tunelu?- zapytał Cloudy
Moonshine zaczął mu wtedy opowiadać całą historię grupie, wyolbrzymiając wszystko i opisując wszystko pięknymi słowami, ponieważ mimo tego , że był on chirurgiem to znał on dużo słów. Powiedział im o wielkiej komnacie, o tym jak Dragon zrzucił im pochodnie oraz o tym co wydarzyło się potem.
-Nieźle , nieźle – powiedział Willow słysząc tą całą historię- A ty, Roland czemu tak cicho siedzisz?
-Myślę sobie…- odpowiedział mu zamyślony Roland- Myślę sobie , dlaczego ktoś chciałby zniszczyć Necroville.
I od tego czasu do nocy wszyscy przy ognisku i jedzeniu zastanawiali się nad tym pytaniem.

Odpowiedz
lisek696

Co dziewczynki-Rzekł Roland.-Wy się boicie.
Ale kapitanie my się wcale, nie boimy-Rzekł Dragon.
Po dojściu do bram zauważją potwora z mackami,
o zębach oraz mordą ja Baobab, macki miał jak karczma
a dorównywał wielkościom 15 ośmiornicom.
Bracia to legendarny Kraken-Rzekł Roland.
Kraken-Rzekł Dragon.-,myślałem że to legenda.
Ja też,myślałem że to legenda-Rzekł Uhu.
Lecz wiedzieli że steruje nim błędny rycerz nie poddali się,
chcieli zabić legende za wszelką cene, lecz załoga oprócz kapitana się po prostu bała, prawie posikała się ze strachu.Roland wiedział co robić żeby go zabić, i motywowł załoge że zabiją legende, że mają się nie bać, lecz wtedy jeden się posrał, bo go zauważył, i zobaczył jaki jest wielki.
Przynieście rum-Rzekł Roland-Najlepiej beczki pietnaście beczek.
Dobrze już się robi-Rzekł Dragon- już sobie pójde.
Wtedy nagle Kraken zabił czarnego maga, wchłaniając go w otchłań,
lecz wtedy przybiegł dragon, który miał te beczki, a dalsze wskazówki powiedział mu Roland.
Już masz kapitanie, pietnaście beczek rumu-Rzekł Dragon.-Co ochlejemy Krakena tym rumem- znowu rzekł Dragon.
Nie-Rzekł Roland.-Przywiąż wszystkie beczki, migim strachli wa dziewczynko.
Pomysł Rolanda wył sprytny, najpierw oszołomi go wybuchem potem będą odcinali macki.
Dobrze załogo rzucać przywiązane beczki, migiem-Rzekł Roland.
Gdy podrzucili Roland strzelił oraz rzucił w niego piaskiem.
Kabracia odcinać mu macki-Rzekł Roland.-Nie opierdzielać się.
Tak jest kapitanie-Powiedział Dragon.
Po odcięciu wszystkich macek, Roland i jego załoga chciała uciekać,
lecz Roland zauważył że potwór nadal żyje ale bez macek nie jest grożny.
Wtedy Roland rzucił się na nie go z mieczem i przebiłgłowe.
Zagiliśmy go-Rzekł Roland.-Nie ma na nas mocnych.
Tak, racja kapitanie-Rzekła załoga.
Uczcijmy to rumem, żarciem oraz dziewczynami-Rzekł Roland-Uciekamy.
Ale jak Kapitanie nie mamy statku-Rzekł Dragon.
Ukradniemy ich-Rzekl Roland-Przecież ta wioska jest sfajczona.
Gdy odpłynenli statkiem, popłyneli do innego miasta gdzie uczcili wygraną z Krakenem, stawiając wszystkim rum i grog, tak balowali że prawie cała karczma się zawaliła.Lecz po przespaniu wyruszyli dalej ponieważ nie było już piątku.

Odpowiedz
oxygar

Wygrać można Risen 2 tylko w wersji na PC? Czy na konsole też?

Odpowiedz
G Moooras

Dobry konkurs, tylko to opowiadanie troche chaotyczne jest ;/ Będę musiał trochę pomyśleć, zanim cokolwiek do niego dopiszę

Odpowiedz
Artogg

Po kilku minutach drogi zauważyli dwóch leżących na ziemi zakrwawionych żołnierzy, takich z jakimi walczyli w mieście.
- Cholera, patrzcie może żyją i wytłumaczą nam co tu się dzieje - krzyknął Dragon
Jeden z żołnierzy jeszcze żył ale miał wbity sztylet w pierś i był zakrwawiony.
- Kim jesteś i co tu się dzieje? - spytał Roland.
Żołnierz coś powiedział ale w nieznanym dla piratów języku.
- Proponuje go dobić i obrabować - rzekł Strup po czym przebił mu serce sztyletem.
- Dobra bierzemy wszystko co mają i spieprzamy, to miejsce zaczyna mnie przerażać - Warknął Cloudy.
Piraci się z nim zgodzili i poszli dalej w głąb tunelu.Po kilku minutach zauważyli szkielety przybite do ścian tunelu.
- Cholera, szybciej to miejsce robi się coraz straszniejsze - rzekł Uhu
- Kurwa, patrzcie! - krzyknął Dragon
Kilka metrów od nich stała ogromna postać mierzyła ponad dwa metry i zmierzała ku nim.Po chwili zauważyli czym jest naprawdę ten potwór.
- Zombie! - krzyknął Moonshine.
- Strzelać! - warknął Roland.
Baobab podniósł topór i odciął bestii głowę.Potwór padł załoga poszła dalej nareszcie zobaczyli wyjście z tunelu.
- Nareszcie wyjście - krzyknął Baobab.
Piraci wyszli z tunelu znajdowali się w środku jakiegoś lasu.
- Dobra teraz musimy się gdzieś ukryć i znaleźć transport - rzekł Roland
Załoga rozbiła obóz w lesie i zbudowała łódź.Wkrótce piraci opuścili wyspę i popłynęli szukać przygód ale to już inna historia.

Odpowiedz
I3ig

Proszę moderatora o usunięcie mojego poprzedniego posta z pracą konkursową, gdyż wkradły mi się drobne błędy. Teraz pragnę wprowadzić poprawki:


Piracka zgraja stąpała ostrożnie, nasłuchując dźwięków dobiegających z głębi tunelu. Strach i przerażenie przezwyciężyła żądza przygód i nadzieja na wzbogacenie się. Wszyscy liczyli na zdobycie sławy poprzez eksplorację od lat nieuczęszczanych tuneli. Nieuczęszczanych oczywiście z teorii, gdyż mimo tego, że wielu śmiałków zapuszczało się w labirynt podmiejskich tuneli, nikt nie powrócił z nich cały zdrów. Coś musiało być tego powodem... Roland marzył dodatkowo o założeniu potężnej, wzbudzającej strach i respekt na morzach bandy pirackiej, a obecna sytuacja wydawała się znakomita na rozpoczęcie realizacji swoich planów. Cała drużyna więc, mając podreperowane morale i lepszy humor, ruszyła przed siebie i zaczęła podśpiewywać swoją ulubioną pieśń:

"Czarny okręt, na nim śmierci znaki,
Trupia czaszka, dwa piszczele w skos!
Na pokładzie same zabijaki,
Brudne szaty, stargany ich włos!"

Po kwadransie bezowocnego błądzenia po łańcuchu tuneli paczka dotarła do wielkiej jamy, z której biegło sześć rozgałęzień. Grota wzmocniona była przegniłymi od wilgoci balami i spróchniałymi deskami. Poustawiane na stojakach wzdłuż ścian beczki z piwem i antałki z rumem mogą świadczyć o dawnym wykorzystywaniu jaskiń pod Necroville jako ciemnicy do dojrzewania alkoholu. Willow z Dragonem, nie mogąc oprzeć się pokusie, podeszli do baryłek. Gdy się no nich przyssali, nie było żadnego sposobu, aby ich oderwać. W pewnym momencie Roland, poczuwając się za nich odpowiedzialny, nie wytrzymał i wypalił:

- W dupę węgorza, przyszliście się tutaj nachlać się jak świnie ?! Macie, kurwa, świadomość, że zaraz mogą nas zeżreć jakieś zasrane potwory ?! Myślicie, że te gnoje, którym skopaliśmy tyłki nie wysłały za nami pościgu?! Chcecie skończyć jako pokarm dla piranii?!

- On ma rację - odrzekł Moonshine. - Całe życie przechlaliście, chociaż teraz wysłuchajcie rozkazu.

Wtedy odrzucili na bok antałek i zaczęli razem z resztą przyglądać się tajemniczemu miejscu. Beczki pokryte były grubą warstwą kurzu, ze stropu gdzieniegdzie kapała woda. W powietrzu dało się wyczuć zapach stęchlizny, było duszno.

- Ciekawe, dlaczego tak ważne i dochodowe miejsce zostało opuszczone? - ni z tego, ni z owego powiedział Strup.

- Pewnie potwory jakieś się zalęgły - odrzekł bezmyślnie Slash i splunął na ziemię.

- Zagłada! Zagłada! - znowu zaczął Baobab, jednak nikt go nie słuchał.

- A tam, pieprzysz, Slash. - kontynuował Strup. - Często sami ludzie wmawiają sobie istnienie dupowęży lub innego cholerstwa. Wydaje mi się po prostu...Nie zdążył dokończyć, gdyż nagle wykrzyknął Uhu:

- Patrzcie pod nogi!

Na ziemi było można dostrzec wiele śladów, niektóre nawet wyglądały na świeże...i na niepozostawione przez człowieka. Gdy Uhu zwrócił na nie uwagę reszty zgrai, po plecach wszystkich przeszły ciarki. Zdeformowany ślad ludzkiej stopy w brunatnej ziemi nie wróży niczego dobrego...W tym momencie, Baobab, nie tracąc ani chwili, użył swojej magii Voo Doo do wykrycia jakiegoś ruchu lub magicznej aktywności. Zrobił to zbyt późno, gdyż ze wszystkich tuneli zaczęły wylewać się fale truposzy.

- Nie panikować, kuźwa! - wrzasnął Roland. - Do attaaaku! Odesłać kurwiszonów do piachu! - po czym rzucił się na zgniłą armię, dając przykład reszcie swojej pirackiej hałastry. Wywijając cutlasem przebijał się przed hordy nieumarłych, siekał, zabijał, siekał, zabijał i tak na okrągło. Reszta zresztą nie była gorsza. Dragon strzelał ze swojej rusznicy, raz za razem trafiając w blade czerepy wrogów. Willow natomiast niszczył beczki na głowach zgnilców, przez co wszyscy wokół byli przemoczeni rumem do suchej nitki, a Baobab z Cloudym nie mogli w pełni wykorzystać swych magicznych mocy. Reszta drużyny opatentowała świetny sposób na walkę. Podczas gdy cyklop Uhu ogłuszał umarlaków swą zdobyczną maczugą, Strup, Moonshine i Slash dobijali ich wszystkim, czym popadnie. W powietrzu latały beczki, deski, sztylety, bełty, kamienie, potem nawet ręce, nogi i głowy. Strumieniom truposzy nie było końca, a piracka banda zaczęła się już męczyć. Poza tym zapach rumu i stęchlizny w powietrzu stał się tak uciążliwy, że walka sprawiała o wiele większy trud, nawet dla tak zatwardziałych marynarzy, jak oni. Pewnym jednak momencie w korytarzu z którego przyszli pojawił się pościg. Gromada ludzi w tych samych barwach, co ci, z którymi banda Rolanda mierzyła się w Necroville, wkroczyła do groty, w której aktualnie trwała walka.

- Stać w im...! Kuurrrwa! - wrzasnął ich dowódca, po czym padł na ziemie, ugryziony w szyję przez jednego z nieumarłych. Fala zgniłych przeciwników ruszyła na dopiero co przybyłych, kompletnie ignorując piracką hałastrę. Był to doskonały moment na ucieczkę.

- Odwrót, kumotrzy! Za mną! - zasygnalizował wyraźnie Roland, po czym zapuścił się w jeden z tuneli. Wszyscy pobiegli za nim, wiedząc, że to najlepsze wyjście. Błądząc w plątaninie korytarzy, zapuszczali się coraz dalej i dalej. W pewnym momencie dotarli do kolejnej jaskini. W jej centrum usypany był stos kości, zapewne były to ofiary krwiożerczych mieszkańców miejskich podziemi. Omijając go, natknęli się na tajemniczą skrzynię, którą postanowili ze sobą zabrać jako łup. W historiach, które słyszeli, zawsze takie skrzynie mieściły w sobie masę kosztowności. Po wzięciu jej, zapuścili się w nieopodal położony, drugi korytarz i szli nim do momentu wyjścia na powierzchnię. A wyjście było we wnęce skalnej, na nieuczęszczanej przez nikogo plaży.

- Wreszcie! Do stu tysięcy spróchniałych beczek z rumem, udało nam się! - wykrzyknął uradowany Dragon.

- Ratunek, ratunek! - wymamrotał niespodziewanie Baobab.

- To jeszcze nie wszystko, kompani! Zamierzacie zostać na tej śmierdzącej gównem wyspie, przeoranej przez setki armatnich kul?! Mam pomysł! - odrzekł Roland, po czym ruszył wzdłuż plaży, pragnąc dotrzeć do miejsca, gdzie ostatnio upatrzył pewien okręt.

Nagle ich oczom ukazał się ogromny, niezwykle kunsztownie wykonany i wzbudzający grozę statek. Wszyscy pomyśleli o tym samym. Wspięli się nań po linach, wybili pojedynczych majtków i jak najszybciej postanowili oddalić się z tego miejsca.

- Tia, "Błędny Rycerz", wiedziałem... - rzekł w zadumie Roland.

- Co? - odparł Strup, popijając z kufla piwo, znalezione w pobliskim kambuzie.

Nowy kapitan chciał już swoim sposobem odpowiedzieć: "gówno", w ostatnim jednak momencie, biorąc pod uwagę fakt, że ten piątek był całkiem udany, odpowiedział:

- Nie, nic. "Błędny Rycerz". Podoba mi się ta nazwa...

Zdobyczny o zachodzie słońca okręt obrał trasę na wschód. Legendy mówią, że błądził on parę miesięcy aż do momentu, gdy sztorm go doszczętnie roztrzaskał. Czasami jednak można w przeróżnych tawernach spotkać awanturników i gawędziarzy, którzy widzieli tajemniczego "Błędnego Rycerza" lub rozmawiali z kimś z załogi. W karczmach często usłyszymy pieśni bardów wychwalających czyny dzielnego Kapitana Rolanda lub bosmana Dragona. Nigdy jednak nie dowiemy się, jak było naprawdę i jak zakończyła się historia tej szajki pirackiej.

Odpowiedz
G cygan21

Super konkurs! :)

Odpowiedz
G cygan21

Szli w milczeniu. Ciszę towarzyszącą piratom przerywały jedynie przytłumione odgłosy wybuchów z armat oraz denerwujący plusk kapiącej wody. Tunel był kręty i ciasny, przez co musieli pojedynczo przechodzić przez niektóre odcinki. Z czasem to tajemnicze i mające złą sławę miejsce przybrało taki wygląd, jaki wyobrażali sobie piraci z Necroville. Zapalona pochodnia rozświetlająca im drogę ukazywała raz po raz białe czaszki śmiałków, którzy odważyli się przekroczyć Bramę, a także resztki uzbrojenia, którym naiwniacy pragnęli pokonać Zło, bytujące głęboko w czeluściach podziemi. W końcu paraliżującą ciszę postanowił przerwać Baobab.

- Zagłada! - czarnoskóry mag utkwił swoje spojrzenie w nadjedzonym torsie istoty, której płci ani rasy nie dało się zdefiniować z uwagi na brak głowy.

- Milcz idioto! - rozkazał Roland - Nigdy w życiu trupa nie widziałeś? Chyba nie przyglądasz się swoim ofiarą po podpaleniu im tyłków, gdy strzelasz piorunami!

Kapitan rozejrzał się dookoła i stwierdził, że znajdują się w jakiejś krypcie, pełnej naskalnych napisów i malowideł. Kiedyś może zachwycałby się rysunkiem imitującym pojedynek cyklopa z nagą goblinką, lecz w tej chwili bardziej zainteresował go ekwipunek, który pozostawiły po sobie leżący obok trupy.

- Dragon i Strup! - zwrócił się do kompanów - przeszukajcie te truchła, zabierzcie pochodnie i broń. Odwagi wy nędzne piraciny!

Po chwili szli już w blasku żywo tańczących płomieni w pochodniach. Widok wiecznie uśmiechniętego Willowa kontrastował z przerażoną miną Baobaba, który wyglądał tak, jakby nadal rozpamiętywał nagryzionego trupa i szczerze żałował jego śmierci. Przemierzali kolejne metry tunelu, który zdawał się nie kończyć, i cały czas trzymali w gotowości broń. Ich mięśnie były naprężone, oczy i uszy czujne. W każdej chwili gotowi byli rzucić się do walki i odstrzelić łeb każdej istocie, która pojawiłaby się przed nimi.

Ku ich zdziwieniu nie spotkali żadnej bestii, żadnego uosobienia Zła, którego tak się lękali. Mimo wszystko żaden z nich nie poczuł ulgi, bo ta cisza i ten spokój były dla nich gorsze od krzyku, łuku strzałów i dźwięku metalu. Z każdym krokiem w głowie Rolanda brzmiało pytanie - skąd wzięły się te trupy, skoro po drodze nie natknęliśmy się na żadne niebezpieczeństwo? Wkrótce miał dostać odpowiedź na swoje pytanie

- Gdzie my, do cholery, jesteśmy? - odezwał się Dragon - idziemy tędy już z 1000m. Po drodze tylko trupy, szczury i ten smród! Wolałbym już zostać w mieście i ukręcić łeb temu Błędnemu Rycerzowi!

- Ciekawe, czy na górze przeżyły jeszcze jakieś dziwki...- mina Slasha sugerowała, że rzeczywiście jest to teraz najważniejsza kwestia, nad którą próbował usilnie myśleć.

- W gębie już mi zaschło od tego zapalania pochodni - skarżył się Cloudy - wracajmy do Necroville, może rzeczywiście poszły już sobie te przydupasy w śmiesznych hełmach. W "Orlicy" na pewno zostały jeszcze pełne butelki wódki!

Tym rozważaniom nie przysłuchiwali się Uhu i Strup, którzy odeszli od grupy. Po przejściu 150m skończył się wąski tunel i wyszli na otwartą przestrzeń, która była podzielona na dwie części głęboką przepaścią. Nad nią znajdował się most, który swą konstrukcją nie zachęcał do wycieczek na drugą stronę. Mimo wszystko była to jedyna droga, jaka im pozostała.

- Kapitanie! - zawołali jednocześnie.

Chwilę później rozpoczęła się żywa dyskusja na temat tego, kto ruszy na śmiałka przez próchniejące deski tego czegoś, co zapewne tylko w planach miało być mostem. Całą kompanię pogodził Roland, który w czasie dyskusji przedostał się na drugą stronę.

- Hej panienki! Ruszcie te tchórzliwe tyłki To, wbrew pozorom, solidna konstrukcja, ale będę was ubezpieczał, na wypadek gdyby jakiejś panience podwinęła się nóżka! - pomachał do towarzyszy mackami i wykrzywił twarz w ironicznym uśmieszku.

Do śmiechu nie było Baobabowi, który miał iść jako ostatni, lecz uparł się, że poszuka innej drogi. Wreszcie uległ namową kompanów, lecz, jak na ironię, pod jego ciężarem liny zaczęły pękać i Roland rzeczywiście musiał wspomóc swojego towarzysza.

- Zagłada! - były to ostatnie słowa, jakie kapitan i reszta usłyszeli od swego druha podczas przygody w podziemiach.

Przeprawa nad przepaścią była jedynie wstępem do tego, co ujrzeli chwilę później. Tuż przed nimi znajdowała się ogromna kotlina, która swym kształtem przypominała wielki kocioł wyżłobiony w skale. Nie to jednak było najbardziej zaskakujące. Wreszcie odkryli, co spowodowało śmierć wszystkich śmiałków, których trupy widzieli na swej drodze. W oddali, w centrum kotliny, znajdowało się coś na kształ obozu, a w nim dziwne istoty swoimi wyglądem przypominające połączenie człowieka i małpy. Mieli owłosione twarze, długie nosy i pazury, a ich oczy miały czerwony kolor. Ubrane były w w podarte szmaty, które z pewnością ściągały ze swoich ofiar.

- Co to kurwa jest!? - krzyknął Dragon.

Pod każdym z piratów ugięły się nogi. Stali jak sparaliżowani.

- Dlaczego moje złe przeczucia muszę się zawsze sprawdzać...-jęknął Uhu.

- Ciszej kumotrzy, bo nas zobaczą! - skarcił ich Roland - Spróbujemy przedostać się obok nich. Z drugiej strony na pewno jest jakieś wyjście.

Kapitan rozejrzał się dookoła i zobaczył, że po ich prawej stronie ciągnie się wąskie przejście, oddzielone skałami od obozu dziwnych istot.

- Tam! - zwrócił się do towarzyszy pokazując palcem, co ma na myśli. - Naprzód, z życiem!

Dwa razy nie trzeba było im powtarzać. Ruszyli jak pielgrzymka do świętego miejsca, natchnieni wizją przestrzeni, w której będą niewidoczni. Cały misterny plan zepsuł jednak jego twórca, który potknął się o leżącą na ziemi czaszkę i uderzył jedną ze swych macek w ścianę, z której oderwał się duży fragment skały.

- Kurwa! Jak ja nienawidzę piątków! - krzyknął ze złości Roland i wydobył swego cutlasa widząc, że zbliżają się już do nich wściekłe dziwne istoty.

Kompania, jak w prawdziwym wojsku, jednocześnie przygotowała się do walki, lecz bestie były szybsze i, co najbardziej istotne, było ich więcej. O dziwo nie rzuciły się one do wściekłej walki i nie wbijały swych szponów w ciała piratów, choć Baobab i tak został obdarowany głęboką raną na lewym policzku. Istoty chwyciły swymi długimi rękoma całą drużynę i zanieśli w okolice swego obozu, gdzie kapitan i towarzysze zostali dokładnie przywiązani do drewnianego słupa.

- No to wpadliśmy... - odezwał się markotny do tej pory Mooshine, który bezskutecznie próbował oswobodzić sobie ręce. - Osobiście wolałbym zginąć w walce z Błędnym Rycerzem, zamiast zostać zjedzonym przez to...coś! Ej ty kutafonie! Ja wcale nie jestem smaczny!

- Cicho bądź! - rzucił gniewnie Slash - Patrzą się na nas dziwnie...Czego oni chcą? Dlaczego nie zabili nas jak tych pozostałych?

- Zamknijcie się obaj, durnie! - Roland patrzył się w przeciwną stronę i pot zaczął mu spływać na policzki, co bardzo go denerwowało. - Spójrzcie na lewo. Czy tylko mnie się wydaje, że z tamtej strony idzie w naszą stronę coś większego i jakby...bardziej groźnego?

- Może to ich kucharz! - krzyknął podniecony i cały czas uśmiechnięty Willow.

Cała kompania spojrzała na niego z pogardą.

Roland miał rację i rzeczywiście ku nim kierował się stwór podobny do pozostałych, lecz swoim wyglądem i zachowaniem bardziej przypominał człowieka, niż małpę. Ubrany był w długie szaty, na szyi miał naszyjnik z kości, a na długim palcu ogromny pierścień. Podszedł do unieruchomionych piratów i patrzył się na nich chwilę. Następnie odwrócił się do reszty dziwolągów i odezwał się ludzkim głosem.

- Uwolnić ich! - jego głos był donośny, złowrogi.

Dało się poznać, że był to przywódca grupy. Polecenie zostało szybko wykonane i po chwili oszołomieni piraci rozcierali już swoje zdrętwiałe ręce. Istota będąca wodzem cały czas przyglądała się im. Wreszcie odezwała się.

- Nie wiem, kim jesteście, lecz podziwiam was jednak, że odważyliście się dojść aż tutaj. Moi bracia dobrze zrobili, że pozostawili was przy życiu. Umiemy wyczuć intencje ludzi, ich zamiary. Wszyscy ci, których trupy spotkaliście po drodze szli tutaj z zamiarem ograbienia nas, podporządkowania sobie i wykorzystania do własnych głupich celów. Zostali zabici. Wy macie szansę. - istota poruszyła ustami, co z pewnością było rodzajem uśmiechu - Szczerze powiedziawszy to jesteśmy podobni do was i nam też nudzi się czasami. Chce zatem dobić z wami targu. Zagram z jednym z was kości. Jeśli wygracie, jesteście wolni i pokażemy wam bezpieczne wyjście na zewnątrz. Jeśli jednak to ja odniosę zwycięstwo, zostaniecie tutaj i będziecie grać ze mną w karty, kości i nauczycie mnie innych, ludzkich gier. Zgadzacie się?

Piraci spojrzeli na siebie i próbowali zrozumieć to, co usłyszeli. Sam fakt, iż ta dziwna istota mówi do nich był zaskakujący. Jego propozycja stała się zatem czymś niewiarygodnym. Baobab rozglądał się dookoła i już chciał krzyknąć: "Zagłada!", lecz w porę przypomniał sobie, że przysiągł nie odzywać się więcej w tym przeklętym miejscu, gdzie o mało nie zginął w mrocznej przepaści.

Najszybciej zmysły odzyskał Roland, który zrozumiał, że lepiej nie sprzeciwiać się temu czemuś. Mimo to, prawie do rozpaczy doprowadziła go świadomość, że najlepiej z nich w karty potrafi grać Willow, który w tym momencie głaskał się po brzuchu i miał wyraz twarzy, jakby chciał położyć się na ziemi i zasnąć. Była to jednak ich jedyna szansa...

- Zgoda! - odezwał się kapitan - z naszej strony do gry wysyłamy Willowa!

Pochwycił za ramię towarzysza i zaczął mu coś tłumaczyć do ucha. Twarz niezbyt rozgarniętego pirata nagle rozchmurzyła się, a w oczach pojawił dziki błysk. Reszta drużyny patrzyła z trwogą na całe zajście.

To, co wydarzyło się potem wielokrotnie śniło się Rolandowi i z czasem nie potrafił sobie już uświadomić, czy był to jedynie sen, czy też taka sytuacja naprawdę miała miejsce. W jaskini pełnej pochodni, przy małym stoliku siedziała istota będąca czymś pomiędzy człowiekiem i małpą, a na przeciwko niej Willow, cały czas ze swym idiotycznym uśmiechem. Trwała zacięta gra w karty. Dookoła nich biegały dziwolągi, podobne do postaci siedzącej przy stole. Roland z druhami stali obok, patrzyli na kości, od których zależał ich los.

Gra wreszcie zakończyła się. W trzech turach szczęście uśmiechnęło się do piratów i mogli oni odetchnąć z ulgą. Pomimo swej porażki dziwna istota zanosiła się czymś na kształt śmiechu i z radością zaprowadziła ich do wyjścia. Piraci mogli wreszcie odetchnąć świeżym powietrzem...

- Powiedz mi proszę - zwrócił się Dragon do Rolanda, gdy byli już 500m za wyjściem z podziemi, a słońce chyliło się już zachodowi - co powiedziałeś Willow'owi w jaskini, gdy miał grać w karty z tym...czymś!

Kapitan zaczął się śmiać i dopiero po chwili potrafił odpowiedzieć swojemu towarzyszowi.

- Obiecałem mu, że jeśli wygra, dostanie od nas jedzenia i wódki na tydzień, dziwkę na własność i własny statek, żeby nie musiał być już piratem z przymusu!

Odpowiedz
oxygar

Do przejścia przed sobą mieli wąski korytarz liczący jakieś 20 metrów. Gdy już przez niego przeszli dotarli do jaskini wielkości podobnej trzech tawern, w której były klatki, dyby i stare, przerdzewiałe kajdany wskazujące na to, że były to lochy. Na ziemi leżało kilka szkieletów, drużyna wędrująca przez podziemia dokładnie się rozejrzała, można by rzec po każdym zakamarku jaskini. Cloudy, żauważywszy pod leżącym szkieletem kufer zwrócił się do reszty trzymając pochodnię w ręku:

- Hej, tam coś leży.

Moonshine krzyknął z drugiego końca jaskini:

- Więc rusz się i to sprawdź.

Cloudy więc podszedł do dostrzeżonego przez siebie przedmiotu, nogą odsunowszy szkieleta otwarł kufer, w którym znalazł tylko stary klucz. Podszedł do Rolanda i pokazał mu trzymany w dłoni przedmiot pytając:

- Do czego to może być?

- A skąd ja mam to niby wiedzieć? Zostaw, może się do czegoś przyda - odpysknął Roland.

Cała grupa po chwili zebrała się i poszła przed siebie zauważając jakieś stare drzwi. Roland rozkazał Cloudy'owi:

- Widzisz? Ten klucz pewnie do tego.

- Ale dlaczego w takim razie leżał w kufrze pod truposzem, objęty jego kościanymi rękami, jakby to było coś ważnego... - Retorycznie odpowiedział Cloudy.

- Jeszcze niewiemy co jest za drzwiami. Otwórz je. - Stwierdził Roland.

Grupa zdecydowanie podeszła pod drzwi z Cloudy'm na czele, który otwarł drzwi, wszedł i gdy zobaczył co jest w środku oniemiał. Za drzwiami bowiem znajdował się wąski korytarz a na jego końcu ułożone od podłoża do góry kamienie, przypominające stojącego człowieka.

- Nie zbliżać się do tego. Muszę to sprawdzić. - oznajmił Baobab.

Mag podszedł do dziwnie ułożonych kamieni i gdy był już metr od nich, krzyknął:

- To golem!

Gdy próbował się odwrócić i odbiec od potwora, ten go złapał i cisnął za grupę Rolanda. Cała drużyna wyjęła miecze z pochwy i próbowali zrobić nimi krzywdę golemowi, ale nic nie przynosiło rezultatu.

- Nie ma się co dziwić że na niego to nie działa, w końcu to sterta kamieni. - rzekł Moonshine.

Golem zrobił duży zamach i uderzył swoim wielkim ramieniem, ale wszyscy zdążyli odskoczyć. Baobab gdy już podniósł się z podłogi uklękł, położył swe dłonie na podłodze i wymamrotał coś pod nosem. Ziemia zaczęła lekko się trząść ale mimo to wszyscy opierali się o ścianę. Kamień z golema zaczął się kruszyć, a towarzyszył temu dziwny dźwięk jakby zgrzytanie zębów. Gdy kamienna istota była już rozsypana nikt się nie odezwał, poprostu na skinienie głową przez Rolanda, wszyscy odważnie, lecz niepewnie za nim poszli. W końcu znaleźli kamienne zakręcone schody prowadzące w górę, do klapy. Roland wyszedł jako pierwszy, a za nim całe towarzysto. Na zewnątrz była mgła, padał deszcz i słychać było lekkie wyładowania atmosferyczne jakoby miało to zwiastować nadejście burzy. Roland powiedział do wszystkich:

- Zadowoleni że już wyszliście?
- Napewno lepiej tutaj, jak tam. - odparł Dragon.
- Dokładnie - potwierdził Uhu.

Reszta skinęła głowami.

- Tylko dlaczego te podziemia wydawały mi się takie krótkie, a nie słychać już żadnych armat? I kim do cholery był ten Błędny rycerz? - Zapytał Strup.

- Błędnego rycerza spotkałem raz...Gdy jeszcze służyłem w armii królewskiej. Jego twarzy nikt nie widział, cała jest obwiązana chustą, widoczne jest tylko jego lewe oko. Z ostrza jego miecza emanuje mroczna energia. Jeszcze żaden z jego wrogów nie przeżył bezpośredniego spotkania z nim. - opowiedział Roland.

- Jak to, a ty? - zapytał Willow.

- Wtedy jeszcze nie byłem jego wrogiem. Pewnego razu natknęliśmy się na dobrze dowodzoną flotę piratów. Mieliśmy znacznie mniej okrętów, jednym z nich dowodził właśnie Błędny rycerz. Gdyby nie on przegralibyśmy bitwę. Później jednak oskarżono go o zdradę przez kolaborację z piratami i odebrano mu honor oraz wszystkie zaszczyty związane z jego rangą. Teraz jak widzicie to on sam jest piratem, ale zależy mu tylko i wyłącznie na zemście.

- Skoro tak to dlaczego zaatakował Necroville? - odparł Moonshine.

- Właśnie tego chcę się dowiedzieć. Jego wojsko nie dorównuje liczebności królewskiej armii, więc musiał mieć powód żeby tutaj przybyć. Muszę się z nim spotkać, pewnie jeszcze mnie pamięta. Kto idzie ze mną? - pyta Roland.

- Jaa, ja! - wykrzyknęła drużyna.

Grupa towarzyszy udała się tym razem nie przez podziemia, ale przez lekkie zalesione wzniesienia. Zajęło im to jeden dzień, ale gdy mieli już widok na miasto nie widzieli już żadnej bitwy, a jedynie rzezimieszków popleczników Błędnego rycerza wyładowujących zaopatrzenie z okrętów do miejscowych magazynów. Roland i jego towarzysze udali się do bramy miasta, gdzie otoczyli ich piraci. Ronald zakomunikował:

- Chcę się widzieć z waszym przywódcą.

- Oddajcie broń, a was puścimy - rzekł pirat.

Roland nakazał towarzyszom zostać i poczekać, podczas gdy sam zdjął z pasa pochwę z cutlasem i udał się prosto do siedziby Błędnego rycerza. Gdy już dotarł na miejsce, podszedł do niego i zaczął od pytania:

- Czego tutaj szukasz? Wiem, że pragniesz zmesty na Trorgharze, królewskim generale.

- Owszem, masz rację. Ale nie mam wystarczająco dużo ludzi do walki z nim dlatego potrzebuję czegoś silniejszego niż ludzie. - odparł Rycerz.

- O czym ty mówisz?

- Nie spotkałeś niczego w podziemiach? - powiedział rycerz.

- Żartujesz sobie? Niby jak byś chciał przekonać do siebie...golu..golema?

- A to już moja sprawa jak. Przydałbyśmi się jednak, ty i twoi znajomi.

- Co dostaniemy w zamian?

- Niech pomyślę...miasto, okręty, wojsko i bogactwo.- Zaproponował rycerz.

Roland poszedł do jego kompanów czekających przed bramą i przedstawił im ofertę Błędnego rycerza.Wszyscy się zgodzili, jedynie Baobab miał co do tego pewne wątpliwości, ale nikomu ich nie przedstawił i poszedł za innymi.

W nocy, Błędny rycerz kazał zwołać nowo zrekrutowanych na plac zgromadzeń w centrum miasta. Na środku placu było namalowane okrągłe koło przypominające pentagram. Rycerz rozkazał Baobab'owi wejść w środek tego koła i dał mu zwój, który kazał przeczytać.. Baobam wypowiedział na głos słowa zapisane w zwoju i po chwili cała wyspa zaczęła drżeć. Piraci się pobudzili, a z ziemi zaczęły wychodzić golemy i to nawet jeszcze wieksze od tego, którego spotkali w podziemnym tunelu. Dragon z wściekłością w oczach stwiedził do Błędnego rycerza:

- Nie mówiłeś, że to tak będzie wyglądać!

Na co ten drugi odpowiedział:

- Masz racje, nie mówiłem, ale to teraz i tak nieważne. Stało się co chciałem i teraz w końcu mogę dokonać zemsty,a wy nie jesteście mi już do niczego potrzebni.

Baobab oznajmił:

- Błędny rycerzu, zapomniałeś tylko, że władzę nad golemami ma ten, czyjego krew dotknie tego zwoju.

Baobab wyjął więc szybko sztylet, rozciął sobie dłoń i poplamił zwój kroplami swojej krwi. Nakazał golemom zgładzić Błędnego rycerza i jego piratów, jak też się stało. Po wydanym i spełnionym rozkazie golemy rozpadły się, a grupa towarzyszy, której przewodził Roland zabrała jeden z większy okretów przycumowanych do brzegu i odpłyneła.

Odpowiedz
viwern7

Szli długimi krętymi tunelami dobre dwie godziny,aż w końcu ujrzeli światłość,w którą bez wahania wstąpili.
Znaleźli się na piaszczystej plaży.Jakże ich zdziwienie było wielkie gdy ujrzeli kobiety ubrane w czerwone suknie
mało tego na morzu stał olbrzymi statek.
-Kim jesteście-zawołał głośno Roland
-To kim jesteśmy nie powinno cię interesować.Ale ja widzę że jesteście piratami,toteż umiecie prowadzić statek.
-Spostrzegawcza-powiedział drwiąco Dragon-i jakie piękne!
-Zamilcz gnido-powiedziała kobieta-mam dla was propozycje.Widzę że zostaliście z niczym,a my potrzebujemy
kogoś kto poprowadzi statek...statek który jeżeli przystaniecie na propozycję będzie wasz.Musicie tylko zapłynąć z nami
tam gdzie chcemy.
-Macie statek a załogi nie?
-Załogę zaatakowały ścierwojady.Tylko my przeżyłyśmy.
-Coś mi tu śmierdzi-powiedział Roland.
-Jeżeli coś tu śmierdzi to tylko ty,piracie.Chcecie statek czy nie?
-Bierzmy te robotę,one zastąpią nam dziwki!-Krzyknął Slash
-Zgoda,nic nie mamy do stracenia,możemy tylko zyskać-Rzekł Roland.
Kobiety zaczęły wchodzić na statek.Wcześniej się przedstawiła i omówiły z Rolandem wszystkie szczegóły.
Roland i jego ludzie nie wiedzieli w jakie gówno się pakują...

Sześć kobiet zbudziło się jednocześnie, echo ich krzyków wciąż jeszcze odbijało się
od ścian zatłoczonej kajuty oficerskiej. Siostra Ulicia słyszała w mroku, jak tamte z trudem
oddychają. Starając się uspokoić przyspieszony oddech, przełknęła ślinę i natychmiast się
skrzywiła, poczuwszy ostry ból w gardle. Powieki miała wilgotne, lecz wargi tak spieczone,
iż ze strachu, że popękają i zaczną krwawić, musiała je zwilżyć językiem.
Ktoś dobijał się do drzwi. Jego krzyki brzęczały głucho w uszach Ulicii. Nie zaprząta-
ła sobie jednak głowy znaczeniem wykrzykiwanych słów; ów człowiek nic nie znaczył.
Wyciągnąwszy drżącą dłoń ku środkowi czarnej jak węgiel kajuty, siostra Ulicia
uwolniła strumień swojej Han, esencji życia i ducha, i skierowała iskrę ku wiszącej na niskiej
belce lampie naftowej. Knot posłusznie zapłonął, a smużka dymu chwiała się w rytm kołysa-
nia statku.
Pozostałe kobiety, również nagie, siedziały i wpatrywały się w słaby żółtawy płomyk,
jakby oczekiwały odeń zbawienia lub zapewnienia, że wciąż jeszcze żyją i że ujrzą światło.
Widok płomienia sprawił, że po policzku Ulicii spłynęła łza. Przedtem czerń pozbawiała
Siostrę oddechu niczym góra czarnej, wilgotnej ziemi. Jej posłanie było zimne i wilgotne od
potu, ale nawet gdy się nie pociła, w słonym powietrzu i tak wszystko było zawsze wilgotne,
zwłaszcza że od czasu do czasu fale spadały na statek i woda ściekała na pokład. Ulicia daw-
no już zapomniała, jak wyglądają suche ubrania czy nie przemoczona pościel. Nienawidziła
tego statku, panującej na nim bez przerwy wilgoci, obrzydliwych zapachów, nieustannego,
przyprawiającego ją o mdłości kołysania. Lecz przynajmniej żyła i dzięki temu mogła go
nienawidzić. Delikatnie przełknęła ślinę, pozbywając się z ust smaku żółci. Starła palcami
ciepłą wilgoć zalegającą nad oczami i spojrzała na wyciągniętą rękę - czubki palców połyski-
wały krwią. Niektóre z Sióstr, jakby ośmielone jej przykładem, uczyniły ostrożnie to samo.
Każda miała krwawe zadrapania na powiekach, dokoła brwi i na policzkach - ślady po tym,
jak desperacko, acz bezskutecznie usiłowały rozewrzeć powieki i wyrwać się z sideł snu, snu,
który nie był snem.
Siostra Ulicia starała się odzyskać jasność myślenia. To musiał być zwykły koszmar.
Z trudem oderwała wzrok od płomyka i spojrzała na pozostałe kobiety. Siostra Tovi garbiła
się na dolnej koi naprzeciwko. Grube fałdy skóry na jej bokach obwisły i wydawało się, że
dopasowują się do posępnego wyrazu poznaczonej zmarszczkami twarzy, kiedy wpatrywała
się w lampę. Siwe, kręcone włosy Siostry Cecilii, zwykle starannie ułożone, sterczały teraz na
wszystkie strony, a nie znikający z jej oblicza uśmiech, gdy patrzyła ze swego miejsca obok
Tovi, zastąpiła poszarzała maska strachu, Ulicia pochyliła się trochę i spojrzała na górną koję.
Siostra Armina - nie tak stara jak Tovi czy Cecilia, a raczej w wieku Ulicii i wciąż jeszcze
atrakcyjna - wyglądała na półprzytomną. Zrównoważona zazwyczaj Armina ocierała drżący-
mi palcami krew z powiek.
Po drugiej stronie wąskiego przejścia, na kojach nad Tovi i Cecilią, siedziały dwie
najmłodsze i najbardziej opanowane Siostry. Nieskazitelne policzki Siostry Nicei przecinały
krwawe zadrapania. Kosmyki blond włosów przylgnęły do splamionej potem, łzami i krwią
twarzy. Siostra Merissa, równie piękna jak Nicei, przyciskała koc do nagich piersi - nie ze
skromności, ale z przeraźliwego strachu. Jej długie, ciemne włosy tworzyły splątaną gęstwinę.
Pozostałe Siostry były starsze i po latach ćwiczeń wprawnie posługiwały się ujarz-
mioną mocą, lecz Nicei i Merissa miały rzadko spotykane, wrodzone mroczne umiejętności -
talent, którego nie zastąpi największe nawet doświadczenie. Przenikliwsze, niż można by się
spodziewać po osobach w ich wieku, nie dawały się omamić sympatycznym uśmiechom
i uprzejmościom Cecilii lub Tovi. Młocie i pewne siebie Siostry doskonale wiedziały, że
Cecilia, Tovi, Armina, a zwłaszcza Ulicia, gdyby tylko zechciały, mogłyby je z łatwością
rozerwać na strzępy. Jednak ta świadomość w niczym nie umniejszała ich opanowania
i biegłości - były jednymi z najgroźniejszych kobiet. Opiekun wybrał je właśnie ze względu
na ich zdecydowaną wolę zwycięstwa.
Widok dobrze jej znanych kobiet znajdujących się w takim stanie mógł wytrącić
z równowagi, ale dopiero niepohamowane przerażenie Merissy naprawdę wstrząsnęło Ulicia.
Nigdy przedtem nie spotkała Siostry tak opanowanej, tak nieskorej do wzruszeń, tak bezlitos-
nej i nieugiętej jak Merissa. Ta kobieta miała serce z czarnego lodu.
Ulicia znała Merissę od blisko stu siedemdziesięciu lat i nie mogła sobie przypomnieć,
by przez ten czas choć raz widziała ją płaczącą. A teraz Merissa łkała.
Ulicia czerpała siłę z widoku odrażającej słabości tamtych i prawdę mówiąc, cieszyło
ją to - była ich przywódczynią, była silniejsza od nich.
Dobijającym się mężczyzną okazał się Roland, chciał się dowiedzieć, co to za zamieszanie
i skąd te krzyki. Ulicia zionęła gniewem ku drzwiom.
- Zostaw nas w spokoju! Jeśli będziesz nam potrzebny, wezwiemy cię!
Stłumione przekleństwa oddalającego się Rolanda wkrótce ucichły.Jednak coś kazało mu wrucić i wsłuchać się w rozmowe kobiet,
Nie wiedział jakie będą tego konsekwencje...
Słychać było jedynie łkanie Merissy i trzeszczenie wręg kołyszącego się na wzburzonych falach statku.
- Przestań się mazać, Merisso - warknęła Ulicia. Skarcona spojrzała na nią. W jej
ciemnych oczach wciąż jeszcze widać było przerażenie.
- Nigdy przedtem tak nie było. Tovi i Cecilia przytaknęły jej.
- Wypełniłam jego swolę,czemuż to uczynił?Przecież go nie zawiodłam...
- Gdybyś go zawiodła były byśmy tam razem z siostrą Lilianą-powiedziała Ulicja
-I ty ją widziałaś? Była... - Armina wzdrygnęła się.
- Widziałam ją. - Obojętny ton głosu Ulicii miał ukryć jej przerażenie.
Siostra Nicei odgarnęła z twarzy splątany kosmyk wilgotnych blond włosów. Opanowała się i powiedziała nor-
malnym tonem:
- Siostra Liliana zawiodła Pana.
Spojrzenie Siostry Merissy, której łzy już zasychały, pełne było lodowatej pogardy.
- Płaci cenę zawodu, jaki sprawiła. - Chłód w jej głosie przybrał na sile jak zimowy szron na szybach. - I będzie ją
płacić przez wieczność. - Merissa niemal nigdy nie pozwalała, by na jej gładkiej twarzy malowały się jakiekolwiek uczu-
cia, tym razem jednak ściągnęła brwi w krwiożerczym gniewie. - Postąpiła wbrew twoim rozkazom, Ulicio, wbrew rozka-
zom Opiekuna. Zniweczyła nasze plany. To jej wina.
Liliana rzeczywiście zawiodła Opiekuna. Gdyby nie ona, nie tkwiłyby na tym przeklętym statku. Ulicia aż poczer-
wieniała ze złości, gdy pomyślała o pysze tamtej kobiety. Liliana chciała chwały tylko dla siebie. Ma to, na co zasłużyła.
Ale i tak Ulicia przełknęła nerwowo ślinę na wspomnienie widoku jej męki i nawet nie poczuła ostrego bólu gardła.
- Ale co z nami? - spytała Cecilia. Znów się uśmiechała, lecz raczej przepraszająco niż wesoło. - Musimy uczynić
to, co nakazał ów... człowiek?
Ulicia przesunęła dłonią po twarzy. Jeśli to była prawda, jeśli naprawdę wydarzyło się to, co zobaczyła, nie miały
czasu na wahania. Ale to nie mogło być nic więcej niż zwykły koszmar senny, dotychczas jedynie Opiekun przychodził do
niej we śnie, który nie był snem. Tak, to na pewno był tylko koszmar senny. Ulicia obserwowała pływającego w nocniku
karalucha. Gwałtownie podniosła wzrok.
- Ów człowiek? Nie widziałaś Opiekuna? Widziałaś jakiegoś człowieka?
- Jaganga - odparła drżąca Cecilia.
Tovi uniosła dłoń ku ustom, żeby ucałować palec serdeczny - był to starożytny gest szukania opieki Stwórcy,
nawyk nabyty pierwszego dnia szkolenia nowicjuszki. Wszystkie nauczyły się go wykonywać każdego ranka po prze-
budzeniu, a także w chwilach cierpienia. Tovi wykonała zapewne ów gest tysiące razy, podobnie jak one wszystkie. Siostra
Światła była symbolicznie zaślubiona Stwórcy, spełniała jego wolę. Ucałowanie serdecznego palca stanowiło rytualne od-
nowienie tych ślubów.
Nie wiadomo jednak, czym skończyłby się teraz ów pocałunek, skoro zdradziły. Przesąd głosił, że oznacza on
śmierć tej, która oddała swą duszę Opiekunowi: Siostra Mroku umrze, jeżeli pocałuje serdeczny palec. Chociaż nie było
pewne, czy rzeczywiście rozgniewa to Stwórcę, nie było wątpliwości, że wzbudzi to gniew Opiekuna. Dłoń była już
w połowie drogi ku ustom, kiedy Tovi zdała sobie sprawę, co czyni, i gwałtownie ją cofnęła.
- Wszystkie widziałyście Jaganga? - Ulżcia popatrzyła po kolei na każdą, a one przytaknęły. Wciąż migotał w niej
płomyczek nadziei. - A więc widziałyście imperatora. To nic nie znaczy. - Nachyliła się ku Tovi. - Czy słyszałaś, by mówił
cokolwiek?
Tovi podciągnęła okrycie aż pod brodę.
- Byłyśmy tam wszystkie, jak za każdym razem, gdy wzywa nas Opiekun. Siedziałyśmy półkolem, nagie, jak
zawsze. Ale to Jagang się zjawił, a nie Pan.
Z górnej koi dobiegł ich cichy szloch Arminy.
- Cicho! - nakazała Ulicia i ponownie skupiła uwagę na roztrzęsionej Tovi. - Ale co powiedział? Jak brzmiały jego
słowa?
Tovi wbiła wzrok w podłogę.
- Powiedział, że nasze dusze należą teraz do niego. Powiedział, że należymy do niego i że może z nami zrobić, co
zechce. Oznajmił, że mamy jak najszybciej się u niego stawić, bo w przeciwnym razie pozazdrościmy Siostrze Lilianie jej
losu. - Spojrzała w oczy Ulicii. - Powiedział, że pożałujemy, jeśli każemy mu czekać. - Zapłakała. - A potem pokazał mi, co
czeka tych, którzy mu się narażą.
Ulicia poczuła nagły chłód i zdała sobie sprawę, że i ona otuliła się przykryciem. Z trudem zmusiła się, żeby je
opuścić na kolana.
- Armina? - Z góry dobiegło ciche potwierdzenie. - Cecilia? - Zapytana skinęła głową. Ulicia spojrzała na Siostry
zajmujące przeciwległą górną koję: choć z trudem, udało im się jednak zapanować nad sobą. - No i? Czy wy również
słyszałyście te słowa?
- Tak - potwierdziła Nicei.
- Dokładnie te sarnę - rzuciła obojętnie Merissa. - Liliana to na nas sprowadziła.
- Może Opiekun nie jest z nas zadowolony i oddał nas na służbę imperatorowi, byśmy w ten sposób zapracowały
na powrót do jego łask - zastanawiała się Cecilia.
Merissa wyprostowała się dumnie. Spojrzenie miała równie lodowate jak serce.
- Przysięgłam i ofiarowałam Opiekunowi moją duszę. Skoro mamy służyć temu wulgarnemu bydlakowi, żeby
odzyskać łaskę naszego Pana, to będę służyć. Jeżeli będzie trzeba, nawet lizać jego stopy.
Ulicia przypomniała sobie, że w tamtym śnie, który nie był snem, Jagang - zanim opuścił półkole - nakazał Merissie
wstać. Potem niespodziewanie wyciągnął rękę, chwycił krzepkimi palcami prawą pierś Merissy i ściskał ją dopóty, dopóki
pod Siostrą nie ugięły się kolana. Ulicia spojrzała na jej pierś i zobaczyła fioletowe siniaki.
Merissa nie starała się przykryć i spokojnie spojrzała Ulicii w oczy.
- Imperator powiedział, że pożałujemy, jeśli każemy mu czekać. Siostra Ulicia usłyszała to samo. To, co zrobił Ja-
gang, graniczyło z lekceważeniem Opiekuna. Jak imperator zdołał zająć miejsce Opiekuna w tym śnie, który nie był snem?
Uczynił to - i tylko to się liczyło. Przytrafiło się to każdej z nich. To nie był zwyczajny sen.
Nikły płomyczek nadziei zgasł i żołądek Ulicii skurczył się z przeraźliwego strachu. I ona poznała przedsmak tego,
co czeka nieposłusznych. Krew, która zakrzepła nad oczami, przypomniała Siostrze, jak bardzo pragnęła uciec z owej lek-
cji. To się naprawdę wydarzyło - wszystkie to wiedziały. Nie miały wyboru. Nie było chwili do stracenia. Kropla lodowa-
tego potu spływała między piersiami Ulicii. Jeśli się spóźnią...
Zeskoczyła z posłania.
- Zawróćcie statek! - wrzasnęła, otwierając gwałtownie drzwim,Roland zdążył wejść do kajuty. - Natychmiast zawróćcie statek!
W korytarzu nie było nikogo (tera oczywiście). Siostra z krzykiem ruszyła na pokład. Pozostałe biegły za nią, uderzając po drodze
w drzwi kajut. Ulicia nie traciła na to czasu - to sternik wyznaczał kurs statku i posyłał marynarzy do żagli.
Gdy Siostra Ulicia z trudem odrzuciła klapę luku, powitał ją mrok: świt jeszcze nie nadszedł. Nad ciemną pow-
ierzchnią morza wisiały ołowiane chmury. Kiedy statek ześliznął się z potężnej fali i przez moment zdawało się, że wpa-
dają w czarną otchłań, tuż za relingiem zabieliła się piana. Pozostałe Siostry wypadły na wilgotny od morskiej wody
pokład.
- Zawróćcie statek! - wrzasnęła Ulicia do członków drużyny rolanda, którzy w niemym zdumieniu spoglądali na kobiety.
Ulicia mruknęła jakieś przekleństwo i popędziła na rufę, ku sterowi. Pięć Sióstr rzuciło się za nią po nasmołowanym
pokładzie.Dragon poczuł, że ktoś chwyta go za bluzę, i podniósł głowę, by sprawdzić, co się dzieje. Z luku u jego stóp wy-
dostawało się światło latarni, ukazując twarze czterech ludzi kierujących rumplem. W pobliżu brodatego Dragon zgro-
madzili się marynarze i stali, wpatrując się w sześć kobiet.
Ulicia z trudem łapała oddech.
- Co z wami, opieszali głupcy? Nie słyszeliście, co powiedziałam? Kazałam zawrócić statek!
Nagle pojęła, dlaczego się tak gapią - ona i pozostałe Siostry były nagie. Merissa stanęła u boku Ulicii, dumnie wy-
prostowana, jakby osłaniała ją sięgająca pokładu szata.
- No, no. Wygląda na to, że paniusie przyszły się zabawić - odezwał się Slash, przyglądając się młodszej
kobiecie.
Merissa, chłodna i nieprzystępna, spojrzała władczo na uśmiechającego się lubieżnie Slasha.
- Wszystko, co moje, należy tylko do mnie i nikomu nie wolno na to patrzeć, dopóki mu nie pozwolę. Natychmiast
przestań mi się przyglądać albo się tym zajmę.
Gdyby Slasch miał dar i władał nim tak mistrzowsko jak Ulicia, wyczułby, że Merissę otacza nimb mocy.Męszyżni
wiedzieli jedynie, że pasażerki są bogatymi szlachciankami płynącymi do dziwnych, odległych miejsc, i nie
zdawali sobie sprawy, z kim naprawdę mają do czynienia. Roland wiedział, że są Siostrami Światła, lecz Ulicia
zakazała mu informować o tym innych.
Slasch drwił z Merissy, poruszając obscenicznie biodrami i przybierając pożądliwe miny.
- Nie bądź taka sztywna, dziewuszko. Nie przyszlybyście tu w takim stroju, gdybyście miały na myśli coś innego
niż my.
Powietrze dokoła Merissy, zasyczało. Krew splamiła w kroczku spodnie Slasha. Wrzasnął i podniósł oszalałe oczy.
Wyszarpnął zza pasa długi nóż, po czym z krzykiem rzucił się ku kobiecie, najwyraźniej chcąc ją zabić.
Pełne usta Merissy uśmiechnęły się zimno.
- Ty sprośna szumowino, wysyłam cię w lodowate objęcia mojego Pana - mruknęła do siebie.
Ciało mężczyzny popękało niczym zdzielony kijem przejrzały melon, a uderzenie mocy wyrzuciło je za burtę.
Krwawy ślad znaczył jego drogę przez deski. Mroczna woda niemal bezgłośnie pochłonęła zwłoki. Pozostali marynarze
skamienieli ze zdumienia.
- Macie patrzeć wyłącznie na nasze twarze. Nie ważcie się spoglądać na cokolwiek innego - syknęła Merissa.
Tamci potaknęli tylko, zbyt przerażeni, żeby się odezwać.Cloudy spojrzał bezwiednie na ciało Merissy, jakby jej
zakaz wyzwolił w nim niepowstrzymany odruch. Strwożony zaczął się natychmiast usprawiedliwiać, lecz cięła go po oc-
zach ostrym niczym topór bojowy uderzeniem mocy. Wypadł za burtę jak tamten.
- Wystarczy, Merisso. Myślę, że zrozumieli lekcję - powiedziała cicho Ulicia.
Spojrzały na nią lodowate, zamglone Han oczy.
- Nie pozwolę, żeby patrzyli na to, co do nich nie należy. Ulicia uniosła znacząco brew.
- Potrzebujemy ich, żeby wrócić. Nie zapomniałaś chyba, że się nam spieszy?
Merissa popatrzyła na marynarzy, jakby obserwowała kłębiące się u jej stóp robactwo.
- Oczywiście, że nie, Siostro. Musimy natychmiast wracać.-Ulicia odwróciła się i stwierdziła, że właśnie zjawił się
Roland. Stał za nimi z otwartymi szeroko ustami.
-Jak śmiałaś zabić moich ludzi...-Krzyknął ta jednak przerwała i rzekła.
- Zawróć statek, kapitanie - poleciła. - Natychmiast. Wysunął język i oblizał wargi, a następnie przebiegł wzrokiem
po twarzach Sióstr, patrząc im kolejno w oczy.
- Teraz chcesz zawracać? Dlaczego?-Ulicia wyciągnęła w jego stronę palec.
- Dobrze ci zapłaciłyśmy, kapitanie, żebyś zabrał nas tam, dokąd chcemy, i wtedy, kiedy chcemy. Mówiłam, że
umowa nie daje ci prawa zadawania pytań, i obiecałam, że obedrę cię ze skóry, jeżeli pogwałcisz któryś z jej punktów. Jeśli
wystawiasz mnie na próbę, przekonasz się, że nie jestem tak pobłażliwa jak Merissa. Nie obiecuję szybkiej śmierci. A teraz
zawróć statek, i to już!
-A może to dla tego chcesz zawrucić bo kazał ci to zrobić Nawiedzający sny?
-Podsłuchiwałeś nędzny robaku?Jesteś naprawdę głupi że o tym mówisz ale dobrze się składa.Dam ci wybór albo będziesz służył mnie
i mojemu panu albo zginiesz ciężką i powolną śmiercią.Co wybierzesz?Zycie czy śmierć?...

Odpowiedz
viwern7

BY: Szymon Madeja viwern7@o2.pl

Odpowiedz
M4rek18

Strup miał rację. Im bardziej kompani posuwali się w głąb tunelu tym widok był mniej zachęcający. Smród wszechobecnej uryny tak drażnił nozdrza, że wszyscy najchętniej opuściliby to przeklęte miejsce, lecz wiedzieli, że jest to ostatnia rzecz na jaką zgodziłby się Roland, który co chwilę przystawał, rozglądał się, po czym kroczył dalej.
W tunelu panowała grobowa cisza. Słychać było tylko mlaskanie Moonshine'a, który widocznie ukończywszy swój ,,posiłek" grzebał między zębami wyskrobójąc resztki przegniłego mięsa.
Roland znów zatrzymał się i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że przemierzył całą zgraję piratów wymownym spojrzeniem.

- Coś tu chyba człapie! - wyjęknął Dragon skrobiąc się po swej pustej głowie.

- Brawo! - wykrzyknął Roland - A już myślałem, że pod tym zakutym łbem są tylko trociny brodzące w denaturacie.

Po chwili zza rogu wyłoniła się jakaś sylwetka. To był Vortex.

- Gdzie rześ się do chuja-pana podziewał!? Wiesz co się tam na górze dzieje? - wrzasnął Willow pieniąc się przy tym niczym rozwcieczony kojot.

Vortex puścił te uwagi mimo uszu i zwrócił się do Rolanda:

- Ratuj! ... to coś ... tam! - wymamrotał i wskazał sam nie będąc pewien co i gdzie.

Roland przeraził się choć nie dał tego po sobie poznać. Z Vortexem stoczyli niejeden bój i nigdy nie widział go w takim stanie.

- Uspokój się! Co się stało? Gdzie pozostali? - zasypał pytaniami kapitan.

- Ehh... A więc, gdy to wszystko się zaczęło postanowiliśmy was szukać... to znaczy: ja, Sax, Julia i ten popiepszeniec Ogopogo, ale poszukiwania sczezły na niczym, więc pomyślałem co zrobiłbym na twoim miejscu. Do tunelu trafiliśmy widocznie na niedługo przed wami. Nic nie zapowiadało, że...

- No gadaj! - wyrwał się Uhu, który widocznie zainteresował się całą sprawą i nie na rękę było mu przesiadywanie w tym ponurym miejscu.

- Stul pysk i daj mu dokończyć! - odezwał się Baobab po czym spojrzawszy na Vortexa rzekł:

- Kontynuuj proszę

- Dziękuję. Chodzi o to, że ... Oni wszyscy są martwi! Na chwilę zostawili mnie samego. Mieli się tylko rozejrzeć. Długo nie wracali, więc poszedłem ich śladem, ale widok jaki mnie czekał mroził krew w moich żyłach. Rozszarpane zwłoki i tylko krew, krew, krew!!!

- Wystarczy - rzekł spokojnym tonem Roland - Nie jesteśmy tu sami, więc od tej pory musimy się trzymać razem. Czy to jest kurrrwa jasne?!

- Tak jest! - odparli zgodnie jak jeden mąż co miało miejsce nad wyraz rzadko i zwykle wtedy, gdy chodziło o kolejną kolejkę rumu.

Od tej pory panowała cisza jeszcze większa niż przedtem. Zapytacie jak to możliwe? Ano! Po prostu Moonshine przestał mlaskać.
Po niedługiej wędrówce dotarli do miejsca, gdzie cała woda i inne substancje spływały do jednego miejsca. Prawdziwe szambo.

- Ja już nie mogę - stęknął Slash.

- Cierpliwości - skomentował pokrótce Vortex.

Nagle głośny plusk przerwał tą ,,żywą" dyskusję.

- Nadchodzą!!! - wrzasnął Cloudy, który oprócz swego gorącego oddechu mógł pochwalić się naprawdę nie najgorszym słuchem.

Po chwili spod wody wynurzył się tuzin olbrzymich, człekokształtnych monstrów, na których porównanie do jakichkolwiek istot było zbyt mało czasu. Teraz liczyło się tylko to by uchronić swój zad.

- Chodźcie ty obślizgłe robale! Urządzę wam taką jadkę, że nie pozna was rodzona matka hahaha! - ryknął Dragon po czym wystrzelił z rusznicy rozbryzgując na ścianie głowę jedenj z bestii.

Jacy to z nich awanturnicy nie byli to jedno, ale zapało do walki nie można im było odmówić. Strup miotał bełtami z kuszy jak opętany, Cloudy pluł ogniem na prawo i lewo, a Baobab z Uhu stanowili naprawdę przerażający duet. Willow z kolei miażdzył kończyny bestii swym ołowianym ciosem, a i Moonshine nie ustępował mu dźgając potwory z chirurgiczną precyzją. Roland, Vortex i Slash stanowili szermierczy tercet, a macki tego pierwszego siały prawdziwą zagładę.
Walka szybko dobiegła końca i co najważniejsze bez strat własnych. Ich serca biły tak mocno, że omal nie powyskakiwały z piersi.

- Co to za diabelstwo? - zapytał Dragon, choć wolał nie znać odpowiedzi na to pytanie.

Roland rozejrzał się i postanowił przeszukać zwłoki pokonanego ścierwa. Była to słuszna decyzja, gdyż jeden z człekokształtnych, który swymi rozmiarami wyraźnie odróżniał się od reszty - prawdopodobnie wyższy rangą - miał przy sobie starą, poszarpaną i pożółkłą od słonej wody rycinę.
Na tej nazwałbym to mapie czarnym krzyżem zaznaczone był Necroville.
Roland był tak pochłonięty odczytywaniem pozostałych znaków, że dopiero po chwili spostrzegł, że jest sam.

- Gdzie oni się podziali do kurwy nędzy? - pomyślał.

Wówczas ciemność ogarnęła cały tunel. Roland zląkł się.

- Ehh... Ciemno tu jak w dupie Murzyna - wysapał.

I nagle poczuł na ramieniu dotyk czyjejś ręki. To był Baobab.

- Przepraszam PRZYJACIELU - wyjęczał głosem wykastrowanego pisklaka Roland.

- Nie chowam do ciebie urazy są ważniejsze sprawy... - odparł Murzyn.

- Co się dzieje? - zapytał rozkojarzony kapitan.

- Musimy się stąd wynosić, nie wiem co z resztą, ale udało mi się znaleźć to.

I wówczas oczom Rolanda ukazała się rycina łudząco podobna do tej, którą sam znalazł. Od razu rzucił mu się w oczy napis ,,Błędny rycerz" oraz rysunek przedstawiający twierdzę - prawdopodobnie siedzibę tego Mrocznego Pana.

- Cieszę się Baobab, że ze mną jesteś. Chyba pora to wszystko wyjaśnić. Spójrz, na tej mapie zaznaczona jest wyspa. Jak myślisz czy nie powinniśmy złożyć wizyty jej gospodarzowi?

- Ooo tak! - wyraził zadowolenie czarny kompan - Ale jak się tam dostaniemy?

- Niech cię o to głowa nie boli - odparł skrobiąc się po swoim kilku... kilkutygodniowym zaroście Roland jednoscześnie wskazując wyjście z tunelu.

Ale o tym co spotkało ich w drodze na wyspę Błędnego Rycerza i czy udało się im uratować kompanię opowiem innym razem, przy okazałym kuflu czegoś mocniejszego. Teraz pozwólce, że udam się na spoczynem bo podobnie jak Roland nie cierpie piątków. Kto wie, może znam go lepiej niż wam się wydaje?

Odpowiedz
I3ig

Panie Szymonie Madeja aka viwern7, ładnie to być na nagrodę aż tak pazernym, żeby wklejać fragmenty z innej książki i podmieniać imiona jeszcze z błędami ? Myślę, że skoro nagroda jest taka sowita, to i praca włożona w to, aby ją wygrać, powinna być wielka...a to jest po prostu żałosne. Aby nie rzucać słów na wiatr, podaję od razu autora i książkę: Terry Goodkind i trzeci tom powieści "Miecz prawdy", czyli "Bractwo czystej krwi". Proszę wkleić fragment "Sześć kobiet zbudziło się jednocześnie" do wyszukiwarki i już wyświetlą się dziesiątki wyników do pobrania z pewnej nie do końca legalnej strony. Zatem nie muszę mówić nikomu, jakie działanie wobec tej pracy powinno zostać podjęte.

Odpowiedz
G Stapler

Roland wraz z swoimi kamratami ruszył w głąb ciemnego i cuchnącego korytarza.
Wszyscy czuli że nie przejdą przez podziemia spokojnie, wiedzieli że coś się wydarzy coś złego...

-Czujecie ten okropny fetor ? spytał Strup

-Śmierdzi jak twoje onuce powiedział Dragon

-Cicho bądźcie kretyni warknął Roland

-Coś się poruszyło za rogiem

Roland ujrzawszy cień za rogiem rzucił w jego kierunku pochodnie. Światło płonącej pochodni oświetliło to coś co stało za rogiem , a było to niezmiernie brzydkie. Poczwara ta miała zieloną cerę była niska i miała wielki garb , za strzępów ubrań widać było kości i resztki skóry.Strup od razu przymierzył do poczwary z swojej kuszy już chciał puszczać cięciwę leczu usłyszał straszny głos mówiąc.

-Nędzny człowieku nie radzę

-Zdziwiony Roland spytał kim jesteś ?

-Nie ważne "kim jestem" wynoście się z mojego domu !!!

-Powiedz dziwolągu co stoi na przeszkodzie abym nie wpakował ci bełtu z kuszy prosto w oczy rzekł Strup.

-Możesz mnie zabić ale ty także zginiesz, za mną stoją moi pobratymcy gotowi odgryźć wam głowy i wypić waszą krew

-Roland przerażony powiedział: nie przybywamy w złych zamiarach i opowiedział całą historię temu dziwnemu stworzeniu. Okazało się że te poczwary są ghulami , myślącymi stworzeniami które niegdyś były ludźmi ale umarli i w skutek niewyjaśnionych przyczyn po paru latach w grobie obudzili się. Ghule opowiedziały im że zamieszkały w tych podziemiach bo nie chciały zabijać ludzi. Chwile później nastąpił wielki huk , drzwi przez które weszli wyleciały a na schody za nimi wskoczyli żołnierze którzy wcześniej atakowali miasto.

-Jeden z ghuli chrapliwym głosem powiedział do Rolanda pomożemy wam jeśli obiecacie że potem wyniesiecie się z naszej wyspy i nigdy nie wrócicie .

-Roland nie miał wielkiego wyboru zgodził się

Żołnierze ruszyli na nich zaczęła się krwawa jatka ghule , Roland i kamraci przeciwko setką żołnierzy walka trwała kilka chwil , Roland z załogą nawet się nie rozruszali . Ghule ruszyły na żołnierzy biegnąc po ścianach całą chmarą . Wszyscy napastnicy polegli.

-Całą grupa kompanów z przerażeniem patrzyła na zabitych

-Wreszcie Roland rzekł do gula który był jak mu się wydawało kimś na wzór króla , dziękujemy za pomoc yyy... panie... jak się nazywasz ?

-Jak już mówiłem nie jest to istotne wynoście się z naszego domu i nigdy nie wracajcie tu .

Cała kompania wyszła z podziemi i zdobycznym okrętem opuściła Necroville , potem rozmawiali o tym co się wydarzyło tylko jeden jedyny raz , doszli do wniosku że ci co im pomogli byli trupami którzy żywili się zwłokami . Ale co z tego jeśli nam pomogli powiedział Roland . Nigdy już nie byli na Necroville omijali ją szerokim łukiem .

Co się stało z Necroville ??? Ghule które mieszkały w tamtejszych podziemiach wyszły na powierzchnie i zabijały każdego kto pojawił się w ich mieście .


Odpowiedz
G LordMordoru

Na twarzach piratów było widać przerażenie,tylko Roland starał się zachować zimny wyraz twarzy choć wiedział że i tak nie najlepiej się to dla nich skończy.Szli przed siebie prawie nic nie widząc , co jakiś czas pochodnie zgaszały się i nagle zapalały jakby coś oprócz nich czaiło się w tunelach.
Nagle ktoś z przerażeniem zawołał
-Patrzcie tam coś leży !
Roland niepewnym krokiem podszedł do miejsca wskazanego mu przez jednego z towarzyszów
-O kurwa - powiedział Roland
Oczom wszystkich ukazała się wielka , otwarta skrzynia w której roiło się od bogactw i kosztowności
-Hah ! Teraz już wiem jak pospłacam te wszystkie dziwki ! - zażartował Dragon
-Hola ! Najpierw musimy podzielić sensownie ten łup - rozkazał Roland
Każdy dostał po 2 diamentach i odrobiny złota.Każdy z nich coraz bardziej był zadowolony z pomysłu zejścia do podziemi i wszystko było by dobrze gdyby nie niespodzianka czająca się za zakrętem...
-O mój boże - krzyknął przeraźliwie murzyn !
Wyskoczyła na nich gromadka przeciwników , podobnych jakby do widma (szkieletów) z masą mieczy i łuków
Każdy wiedział co ma robić i co sił ciskali toporami i mieczami w grupę przeciwników.
-Każdy cały ?- zapytał Roland
Nagle ujrzał zakrwawioną postać Slashiego i płaczącego nad nim Strupa.
Każdy milczał ale wiedzieli że wchodząc tu ryzykują życiem , ale była to jedyna droga ucieczki
-Odpoczniemy chwilę i ruszamy dalej - zarządził Roland
-Zwariowałeś ?! Człowieku nie widzisz co się stało przez twoją głupotę ? - krzyknął Dragon
-A masz może jakiś lepszy pomysł zakuty łbie ?! Myślisz że jest mi dobrze widzieć martwe ciało ? Ktoś musiał polec w walce byśmy mogli dalej iść i walczyć o życie . Przykro mi ...
Ruszyli dalej , milczący do tej pory Strup zarzucił ciało martwego i ruszył za nimi.Ciągle było słychać echo strzałów armat ale z czasem przywykli do tego odgłosu.Zbliżali się do wielkiej jaskini,towarzyszyły im wtedy odgłosy pluskania wody,nagle ich oczom ukazał się wielki wypełniony ciemnością obszar.
Nagle pośrodku ujrzeli postać coś jakby widmo,o niebieskiej niebiańskiej cerze.Okazało się że była to postać najpiękniejszej kobiety jaką którykolwiek z piratów widział w życiu.Dragon pewnym krokiem zaczął podbiegać do tej nieznajomej postaci , wtedy też Roland zawołał :
-Stój to pułapka !
Postać szybkim ruchem odwróciła się i jednym ciosem położyła Dragona na ziemie , z siłą nie z tego świata i znikła.
Roland wręcz osłupiał nie wiedział co ma powiedzieć bo sam nie wiedział co własnie się stało.
Rozejrzał się i wokół siebie zobaczył tylko Strupa , obaj nie mieli pojęcia co stało się z resztą
-Co to było - wyjąkał Strup
Nie mam pojęcia ... uciekajmy stąd i to szybko - odparł Roland !
Odwrócili się w przeciwną stronę i zaczęli biec co sił w nogach , ze ścian wypełzały żółte straszliwe oczy które ciągle śledziły ich wzrokiem.
Roland odwrócił się i spostrzegł że Strup leży na ziemi martwy .
Wielki na 2 m Potwór wysysał z niego krew i odrywał mu głowę
Myślał tylko o jednym bramie która widział przed sobą , serce biło mu jak nigdy dotąd starał się na oślep rzucać kamieniami w potwora a zarazem uciekać.
Udało mu się, szybko zamknął bramę i uciekł przed siebie.Schował się za wielkim pniem i odetchnął , nieznajomych wrogów których wcześniej widzieli nie było już widać.Miasto było zupełnie spustoszone został w nim sam , on sam tylko jedna żywa dusza w mieście.
Roland resztkami sił powiedział tylko dwa słowa
-Nienawidzę Piątków

Odpowiedz
Valmar

- Kurważ mać - szepnął schrypniętym głosem Roland. Był cały skąpany we krwi. Nie, nie swojej.
Ale jeśli zaraz się nie ruszy, nie będzie mu to robiło różnicy. - Martwi nie czują - pomyślał.


Wszystko wzięło w łeb zaraz po wejściu w Bramę, gdy ranny Uhu, osunął się na ścianę tunelu.
Slash odrzucił swoją pochodnię i natychmiast do niego doskoczył, ale gdy tylko dostrzegł ciemną krew wypływającą z rany na piesi, wiedział że to ostatnie chwile przyjaciela.

- Co jest. Uhu? - Roland obejrzał się za siebie.
- On ... - zaczął Slash
- Zagłada - nieprzytomnie stwierdził Baobab
- On umiera, kapitanie.
- Jes ... jeszcze nie ... - z wysiłkiem wyrzęził Uhu. Oczy miał półprzymknięte i zamglone.

W ciemnościach tunelu, doszły ich głosy żołnierzy zbierających się przed Bramą.
- Musimy ruszać Slash. Nie możemy mu pomóc. Nie teraz gdy w każdej chwili mogą tu wejść. A wejdą napewno.
- Nie! Nie możemy go tu zostawić!
- Nie mamy wyjścia gówniarzu. Rusz się, albo zostań i zdychaj! - zawołał wyraźnie zdenerwowany Strup.
- Lepiej posłuchaj szefa - dodał Willow, unikając wzroku młodego kamrata.
- Ale ...

Cóż. Każdy ceni życie. Zwłaszcza swoje - pomyślał Roland. Mały zdecydował się iść.
Może pogodził się z nieuniknionym. Tak czy inaczej - dobrze, bo nie mieliśmy za plecami towarzystwa spragnionego wesołej pogawędki.
- Zbieramy się chłopcy? - spytał Moonshine, obgryzając resztki mięsa z ręki niedawno pokonanego żołdaka.

Ruszyliśmy wgłąb tunelu. Choć wtedy tego nie wiedziałem, śmierć zaciskała na nas swe zimne i bezlitosne trupie dłonie.

Mrok i smród. Mrok wbijający nam się w trzewia, małymi ostrymi sztyletami niepewności, od którego odzielały nas tylko nikłe i słabe światła naszych pochodni.
Smród który nie pozwalał się skupić i pomyśleć o czymkolwiek innym niż gówno i gnijące mięso. Wszyscy byliśmy milczący i zasępieni.
Całymi godzinami przedzieraliśmy się przez ten odpychający podmiejski świat, skupiając się tylko na tym, by stawiać krok za krokiem. Tunel, w którym przyszło wyzionąć ducha Cyklopowi z początkowego - ciasnego, powoli przechodził w coraz większy i okazalszy korytarz. W pewnym momencie doszliśmy do murowanego przedsionka, który prowadził w jeszcze większe głębiny pod Necroville.
Przed wejściem wisiał sporych rozmiarów gobelin, przedstawiający, jak na moje - stwierdził Roland, - za bardzo udaną wizję krwawej jatki. Nie można tego nazwać dobrą wróżbą.
Za sobą, w oddali, słyszeliśmy niepewne kroki pogoni, która za nami wyruszyła. Ale nie czuliśmy już takiego lęku, jak u stóp Bramy. Na tej czarnej drodze zła, perspektywa walki z paroma żołnierzynami,
nie wydawała się obezwładniająca. Zwłaszcza w obecnym położeniu. Teraz już przeczuwaliśmy, że musimy jak najszybciej się stąd wydostać, inaczej życie, a raczej same fizyczne istnienie,
może nie być jedyną ceną, jaką przyjdzie nam zapłacić, tkwiąc w tym przeklętym miejscu.

- Co za pierdolnik! - szczeknął wściekle Dragon. - Jesteśmy piratami, kurwa, a ten krajobraz nie wygląda mi na morze.
- Twoje smęty w niczym nam nie pomogą, więc ryj w sracz baranie - Roland był wyraźnie zgorszony. - Wpakowaliśmy się w kabałę, wiemy wszyscy, ale może uda nam się z tego wyjść cało.
Ale musimy iść naprzód.
- Szefie - rzekł Dragon - chyba coś słyszę!
- Dochodzą nas?
- Wolę nie czekać na potwierdzenie. Wam też bym nie radził.
- Jazda głąby! Co tchu. - sapnął Roland.

Ruszyli.
Droga różniła się znacząco od poprzedniego odcinka. Strzelista, prosta i solidnie wykonana, w niczym nie przypominała obskurnej nory, jak u początku.
Może to uśpiło ich czujność. Willowa i Slasha napewno. Mimo tego że szli na przedzie, niby zwiad. Nawet nie poczuli, gdy cienkie stalowe ostrza, które wystrzeliły ze ściany, przebiły ich na wylot.
Slash zdążył tylko zamajtać prawą nogą, nim znieruchomiał. Nie żył. Podobnie jak Willow.

- Chodu kurwaaa!! - ryknął Roland.
- Zagłada, zagłada! - wrzeszczał Baobab.

Puścili się biegiem. Mieli w oczach strach. Nie patrzyli za siebie, mimo że niedaleko słyszeli równie obłąkancze wrzaski, jak swoje własne. Widać i żołnierzyków nie omineły tutejsze atrakcje.
Dostrzegli niebieskawą poświatę, odbitą w marmurze posadzki i zanim się obejrzeli, stali w wielkiej komnacie. Rzut oka wystarczył, żeby stwierdzić, że znaleźli się w sercu podziemnego Necroville.
Wzdłuż kulistego hallu, ramię przy ramieniu, były wbudowane stare płaskorzeźby. Przedstawiały nieznane postacie, wyglądające na dostojników. Ich oblicza były pełne okrucieństwa i czystej nienawiści.
Na przeciw wejścia do komnaty, umiejscowona była ciężka i wyglądająca na metalową brama. Choć była nieco mniejsza, z wyglądu bardzo przypominała zewnętrzną - prowadzącą do tego piekła.

- Co to kur ... zaczął Strup
- Założyciele - burknął Roland.
- Ale, ale jak?
- Wyjście? Czy ...
- Dragon, co z tobą?

Dopiero po chwili zorientowali się, że kamienne wizerunki na nich patrzą. Jakby z głodem.
Nagle wzmógł się ogłułszający potępieńczy jęk. Potem inny. Po chwili kolejne. Spazmy kaźni wypełniły ich uszy. Wypełniły ich c a ł y c h.
Z wejściowego korytarza zaczeli napływać wrodzy żołdacy. Dosłownie. Jedni brodzący we własnej krwi, flakach i gównie. Inni w takiej samej sytuacji, ale targani przez niewidzalne siły.
Czas niesamowicie przyspieszył. Wszystko stało się prawie w tym samym momencie.
Dragon, który od wejścia do hallu, zachowywał się dziwnie ospale, wycelował swoją rusznicę w Strupa i odstrzeił mu połowę twarzy. Runy na jego broni błyszczały. Stojący po prawej Rolanda, Moonshine,
rzucił się na niego, ale w połowie drogi, nie wiadomo jak, został obdarty ze skóry. A jego trup rzucony ku bramie. Jucha soczyście pokryła zdębiałego kapitana.
Cloudy niczym wilk zaatakował swojego niedawnego kompana, opluwając go płomiennym jadem. Dragon, choc twarz nu nikła, topniała wręcz, zdołał nieludzkim wysiłkiem wycelować swoją broń i wystrzelić.
Padli na ziemię, niemal w tym samym momencie. Jeden bez twarzy, drugi bez duszy.

Sparaliżowany grozą Roland nie był wstanie się poruszyć. Żolądek podjeżdzał mu do gardła. Patrzył jak giną jego ludzie, jak giną wrogowie, i nie wiedział co tu się kurwa dzieje.

- Czarowniku. Baobabie. Zrób coś!
- A więc to teraz. Tu.
- Co?
- Zagłada.

Mag wydał z siebie ogłuszający ryk. Ziemia zatrzęsła, a na płaskorzeźbach zaczeły pojawiać się coraz wyraźniejsze nitki peknięć. Rzeź w komnacie, nabrała większego tempa. W powietrzu latały ludzie ochłapy.
Fala krwi, wnętrzności i kawałków posadzki, miotała się po całym grobowcu. Powiększała się z każdą chwilą.

- Zaraz sforsuję bramę. Nie będziesz miał dużo czasu - niezwykle pewnie rzekł czarnoskóry mag.
- A ty?
- Przygotuj się.

Moc z dziką werwą uderzyła na bramę, przełamując metalową zaporę. Roland nie zdążył zareagować, gdy jakaś siła, wyrzuciła go ku wyjściu.
Usłyszał trzask walącego się stropu i urywanych krzyków. Potem wszystko ucichło. Zemdlał.


Nie wiedział ile czasu był nieprzytomny. Gdy się ocknął, było całkiem spokojnie. Czuł jednak, że to kiepskie miejsce na odpoczynek.

- Kurważ mać - szepnął schrypniętym głosem. Był cały skąpany we krwi. Nie, nie swojej.
Ale jeśli zaraz się nie ruszy, nie będzie mu to robiło różnicy. - Martwi nie czują - pomyślał.

Przed sobą widział jasny punkt wyjścia z tunelu. Ruszył.
Gdy szedł, poczuł na sobie dotyk. Jak? Skąd? A więc to tak się skończy?

- Skąd, kurwaa! Aaaaaaaaaaargghhh
Zaczął walczyć. Mocował się z niewidzialnymi rękoma. Niewidzialne paznokcie, orały mu policzki. Krew zalewało mu usta ... Odpływał. Zasypiał. A może jednak bu ...


- Puść mnie! PUŚĆ SKURWYSYNU!!! - darła się Margaret
- Co.. ja ...
- Płac kutasie i won. Nie chcę cię więcej widzieć! Nikt nie będzie mnie szarpał i podduszał.

W oddali słychać było dźwięk armat i walących się murów.
- Co się dzieje? - Dragon uniósł głowę znad blatu stołu, na którym spał. - Strzelają?

Pobladły Roland, wykrzywił usta w paskudnym uśmiechu.

- Jak ja nienawidzę piątków.

Odpowiedz
Valmar

Optymizmu za dużo w tym nie ma, ale końcówka daje pewne nadzieje.

:f

Odpowiedz
G Domini90

Przez pierwsze pół godziny marszu tunel był prosty i prowadził pochyło coraz głębiej pod ziemię. Przez pierwsze pół godziny czuć się dało na plecach chłodny powiew, który kontrastując z coraz wyraźniejszym ciepłem, narastającym w miarę zagłębiania się w ciemne odmęty korytarza obiecywał bezpieczny powrót na powierzchnię (już nawet walka z oddziałami Błędnego Rycerza wydawała się bezpieczniejsza niż dalsze uparte podążanie za kapitanem!). „Ciepło” jednak nie jest dobrym określeniem na to, czego doświadczała załoga spoczywającej już pewnie na dnie zatoki Orlicy – ciepło kojarzy się dobrze – to ciepło, wbrew prawom fizjologii przyprawiało o gęsią skórkę nawet Rolanda, który jednak starał się nie okazywać po sobie zdenerwowania, nie chcąc pogarszać wystarczająco już napiętej atmosfery.

Kiedy jednak pierwsze pół godziny marszu towarzystwo miało już za sobą, jednomyślnie uznając owe pół godziny za najdłuższe w swoim pełnym wielu bogatych w grozę przygód życiu (czego nikt jednak na głos nie wypowiedział), na drodze Rolanda i towarzyszy stanęło rozwidlenie (stanęło, a jakże! W końcu pojawiło się nagle i wcale nie zostało przyjęte przychylnie). Od prostego to tej pory korytarza odchodziły pod kątem prostym dwa kolejne, identyczne z resztą, przed nimi zaś ciągnęło się przedłużenie tego, którym podążali dotychczas. Nie wiedzieć czemu, ustał towarzyszący im do tej pory powiew chłodu, powietrze jak na zawołanie stało się jeszcze cięższe, a smród się zaostrzył, choć przed momentem mogło się to wydawać niemożliwe. Mimo, że przez całą drogę nikt się nie odzywał, to ciszę przerywały rytmiczne, mlaskające odgłosy ciężkich butów kroczących po przemokniętej posadzce – aż do teraz, należało się bowiem zatrzymać i zastanowić co dalej. Teraz złowroga cisza zapanowała nad piratami, dla których stała się prawdziwą władczynią, królową tej przedłużającej się chwili, zaś ich sapiące oddechy były niczym hołd dla niej. Na nic więcej nie było ich stać.

-Zagłada – rzekł cicho Baobab.
Wydawać by się mogło, że ta krótka wypowiedź stanie się gwoździem do trumny, którą sami sobie wybudowali, decydując się przemierzać podziemia Necrovile. Nie spełniła jednak swojej roli i paradoksalnie rozluźniła napiętą do granic możliwości atmosferę. Roland wybuchnął gromkim śmiechem. Z początku jego dziwna reakcja spotkała się ze skonsternowanymi spojrzeniami towarzyszy, jednak już po chwili wszyscy dołączyli do niego, nawet Baobab, który do tej pory wieszczył jedynie zagładę. Nawet światło pochodni, które z trudem przebijało się przez gęstą zasłonę ciemności zaledwie na kilka metrów, stało się, jakby jaśniejsze, mocniejsze.
-No, tośmy sobie kurwa pożartowali – przerwał salwy śmiechu Dragon – tylko którędy do cholery teraz?
-Możemy się rozdzie… - Willow nie zdążył nawet skończyć, gdyż złowrogie spojrzenie Baobaba sprawiło, że w gardle stanęła mu wielka, mokra klucha.
-W lewo – odparł z przekonaniem kapitan i bez chwili zastanowienia ruszył wybraną drogą, reszta załogi zaś, nie chcąc zostawać w tyle bez słowa podążyła za nim.
Korytarz nie różnił się niczym od poprzedniego i już parę kroków wystarczyło, by ciemność spowiła tunel, który przemierzali dotychczas. Nie pozostało nic innego, jak tylko iść przed siebie. Parę kroków wystarczyło też, by to chwilowe rozluźnienie prysło niczym te bańki, które Baobab tak często wypuszcza z nosa przez sen.

Nagle, w oddali za sobą usłyszeli to, czego się obawiali, kroki podążających za nimi oddziałów z tajemniczego statku, który równał Necrovile z ziemią.
-No to sobie pobłądzą, błędni rycerze, psia ich mać – spróbował zażartować cichy do tej pory Moonshine, jednak nawet nie oczekiwał od swoich kamratów śmiechu, sam zdawał sobie bowiem sprawę, że tak prosty tunel nie skręci się nagle przed ich prześladowcami.
-Musimy się pospieszyć – skwitował dowcip medyka Strup, spoglądając na Rolanda, który kiwnął głową z aprobatą. Tylko dokąd my się właściwie spieszymy, chyba ku własnej zagładzie – pomyślał zielonoskóry bosman.

-Zagłada! - krzyknął czarownik, gdy przed załogą pojawiła się, jakby znikąd, kobieta. Jedyne słowo do jej opisania, jakie przychodziło wszystkim na myśl to „piękna”. Rzeczywiście, można rzec, że była urodziwa. Jej bujne włosy koloru rdzy, która zżerała niesioną przez strupa kuszę, pomimo że były tłuste i rozmierzwione, w świetle trzymanej przez nią pochodni robiły niesamowite wrażenie. Ubrana była w krótką koszulę nocną, nie sięgającą nawet do połowy jej całkiem zgrabnych ud. Koszula była luźna, jednak podkreślała kobiecość kształtów kobiety, zwłaszcza spore piersi, zwieńczone sterczącymi brodawkami, uwypuklającymi cienki materiał oraz krągłe biodra, zdające się zapraszać do sięgnięcia między owe smukłe, nieznacznie tylko zakryte uda. Roztropny zastanowiłby się, czy zjawisko, jakie ogląda, nie jest przypadkiem efektem gry światła rzucanego przez tańczący płomień pochodni. Poza przerażonym Baobabem jednak, wszyscy wpatrywali się w dziewczynę, jak w anioła. Z rozmarzenia wyrwał towarzyszy Roland:
-Margaret, dziwko! Co tu robisz? - krzyknął.
-Haha, to faktycznie ta zdzira, nie poznałem. Ciemno tu, jak w dupie mojej starej. Odpowiedz kapitanowi, co tu kurwa robisz? - obudził się z zauroczenia Dragon.
-Ciszej, bo ściągniecie ich tu szybciej, niż to konieczne – odparła Margaret, nie robiąc sobie nic z obelg, jakimi została obrzucona, jakby przyzwyczajona do takiego traktowania – musicie iść za mną, nie ma czasu do stracenia.
-Nigdzie nie pójdziemy, dopóki nie wyjaśnisz, co się tu dzieje – obojętnie rzucił Roland. Obojętność ta była jednak sztuczna, na co jednak nikt nie zwrócił uwagi. Każdy z jego towarzyszy w takim samym stopniu, jak i kapitan był ciekaw, o co chodzi w tej dziwnej sytuacji.
-Dobrze, wyjaśnię wam wszystko, ale po drodze. Błagam, chodźcie za mną!
Roland kiwnął głową i ruszył, pozostali bez słowa poszli za nim.
-Zagłada – szepnął Baobab. A może nie, może to głosy w mojej głowie – zastanawiał się kapitan.
-Może się wam to wydać nieprawdopodobne – podjęła Margaret – ale w sercu tych podziemi jest skarb – w tym momencie piratom zaświeciły oczy, Strupowi zwłaszcza (ah, ta goblińska krew) – największy, jaki jesteście sobie w stanie wyobrazić, nie tylko złoto i klejnoty. Tu ukryta jest władza...
-A skąd coś takiego może wiedzieć takie ścierwo jak ty? - przerwał milczący przez całą drogę Cloudy, co wywołało falę śmiechu u pozostałych.
-To długa historia i obiecuję, że opowiem wam ją, jak będzie po wszystkim – prostytutka nic nie zrobiła sobie z kolejnej obelgi – tymczasem mogę wam obiecać, że jeśli pomożecie nam obronić skarb, będziecie mogli zabrać tyle złota, ile tylko będziecie w stanie udźwignąć.
-Ja tam w skarby nie wierzę – rzekł Dragon – wzbogacić można się tylko uczciwie okradając statki pieprzonych bogaczy – i tej wypowiedzi towarzyszył wybuch śmiechu.
-Kogo masy na myśli, mówiąc „nam”? – spytał trzeźwo, nie zwracając uwagi na kompanów Roland.
-Zaraz zobaczysz.
W tym momencie korytarz skończył się, a przed załogą otworzyła się przestrzeń olbrzymia w porównaniu do klaustrofobicznie ciasnego tunelu. Pomieszczenie było okrągłe, na ścianach w niewielkich odstępach wisiały pochodnie, rzucając wystarczająco dużo światła, by uwidocznić wszystkie zakamarki sali oraz wysoko osadzone sklepienie. Na samym środku posadzki umieszczona była wielka metalowa klapa, nie to jednak przykuwało uwagę piratów. Znajdowało się tam bowiem kilkanaście kobiet, z których każda miała szablę i tarczę, żadna zaś, poza tym wyposażeniem nie miała przy sobie i NA SOBIE nic. Również Margaret w mgnieniu oka pozbyła się koszuli, która zniknęła nie wiadomo gdzie, nikt też nie widział, skąd w jej rękach pojawiła się tarcza i szabla.
Wszyscy równocześnie chcieli coś powiedzieć, co w rezultacie doprowadziło do niezrozumiałej plątaniny słów, zdań i krzyków. Zamieszanie to przerwał huk wystrzału.

W tym samym momencie Moonshine padł powalony na wilgotną posadzkę, wokół niego zaś poczęła rozlewać się czarna kałuża krwi, na co jednak nie miał już kto zwrócić uwagi, gdyż zarówno kobiety, jak i piraci rzucili się w wir walki.
Zapanował chaos. Huki kolejnych wystrzałów, szczęk ostrzy, krzyki ranionych i okrzyki bojowe mieszały się ze sobą, na to wszystko nakładały się syki płomieni wypluwanych przez Cloudy'ego. Niczym to jednak było w porównaniu do dźwięku, jaki wyrwał się z szeroko rozwartych ust Baobaba. W jednej chwili wszyscy napastnicy zawisnęli w powietrzu i w ułamku sekundy zostali rzuceni przez tajemniczą moc na ściany pomieszczenia z niewyobrażalną siłą.

Wszystkie kobiety, poza Margaret leżały martwe, z załogi Rolanda zaś przy życiu pozostał tylko on sam, Dragon, Cloudy i Baobab. Piraci otrzepywali się i spluwali z pogardą na poległych przeciwników. Roland podszedł, do jednego z napastników, który ostatkiem sił utrzymywał się przy życiu i wyraźnie starał się coś powiedzieć. Kapitan nachylił się i posłuchał.
-Głupcy, nie z nami powinniście walczyć – szepnął umierający.
-Zagłada – znów dało się słyszeć.
Roland kątem oka zauważył, że Dragon mierzy z rusznicy do Margaret. Był zbyt daleko, by cokolwiek zrobić, więc obserwował dalszy przebieg wydarzeń.
-Co robisz? – spytała kobieta bez emocji.
-Jestem piratem, kurwo! Jestem piratem i wezmę sobie cały Twój skarb!
Nacisnął spust i rusznica grzmotnęła, dziwka jednak stała dalej, natomiast to Dragon był tym, który upadł. Zagłada – pomyślał Roland, widząc, jak oczy Margaret przybierają barwę krwi, a spod rozchylonych warg wyrastają białe kły. Zagłada – pomyśleli wszyscy, gdy martwe wydawałoby się kobiety powstały, prezentując także wampirze gabaryty. Nim jednak zdążyły się rzucić na piratów, Baobab wykrzyknął potok niezrozumiałych słów, wszystkie pochodnie zgasły i nastała ciemność. I cisza, która była niczym władczyni, niczym królowa, nie było jednak słychać żadnych oddających owej ciszy hołd oddechów.

Kiedy Roland otworzył oczy leżał na łóżku w burdelu, na nim drzemała Margaret, z głową na blacie stołu zaś chrapał Dragon. Kapitan wymacał dłonią belkę łóżka, którą za moment wykorzysta jako kołek. Niech to cholera! Zanim ją zabiję, jeszcze raz ją zerżnę – pomyślał i obudził dziwkę sięgając dłonią między jej uda.

Odpowiedz
Valmar

> Cloud próbował ograniczyć widoczność oponenta przez
> palenie dywanów z Sali tronowej które wytworzą dym
Leżę i kwiczę od 15 minut xD

Odpowiedz
piopal

>
> > Cloud próbował ograniczyć widoczność oponenta przez
> > palenie dywanów z Sali tronowej które wytworzą dym
> Leżę i kwiczę od 15 minut xD
>
Sukces to sposób niekonwencjonalnego planowania, cieszę się że zaciekawiła cie na tyle powieść by przeczytać ją w całości XD.

Odpowiedz
I3ig

Sam gram.pl napisał: Zapraszamy na udział w kolejnym konkursie, w którym liczymy na Waszą kreatywność. Przyda się także kunszt pisarski i bogata wyobraźnia., więc piopal jak na razie przoduje :)

Odpowiedz
Valmar

hehe :)

Odpowiedz
BroosLi

Nie było już po co wracać, nie dotyczyły ich już doczesne trudy i znoje. Śmierć przyszła szybko, niespodziewanie, właściwie to Roland był pewny tylko jednego: tego czego każdy jest pewien na samym końcu. Nie żyli. Ale czy zabił ich wystrzał armatni, cięcie cutlasem czy też trupi pierd? Pies to wiedział. Tak samo jak nie był pewny czy zginęli wszyscy naraz czy truposze dopadły ich pojedynczo. Zresztą, nie to było w tej chwili najważniejsze. Teraz musieli dotrzeć jak najdalej w rozjaśnioną płomieniem pochodni ciemność i to zanim Strup, Baobab i reszta też zorientują się w sytuacji... W drodze do piekła brakowałoby mu tylko kilku lamentujących bab, które nie wierząc w to co je spotkało, zawrócą ku powierzchni - prosto w objęcia Wiecznego Potępienia. Tam na dole przynajmniej trafią na swoich, może nawet wzniecą rebelię, kopną w rzyć samego Lucyfera, po wszystkim wleją w siebie beczułkę rumu (jedną na łeb!), a i jak czort da może uda mu się zagrać w kości z Czarnobrodym. Może nawet piekło ostatecznie nie okaże się takim złym miejscem... Roland doszedł do wniosku, że później będzie martwił się jak wyjaśnić kompanom tą niezręczną sytuację, bo że trzeba będzie w końcu ją wyjaśnić był więcej niż pewny. Ale im później tym lepiej, a na razie naprzód...

Odpowiedz
RavanBlade

Szkoda ze tylko konkursy tego typu są organizowane. Ja na przykład niemam takich zdolności pisarskich i nie mogę wziąć udziału :(

Odpowiedz
Cerant

Konkurs zacny, jak i nagrody, więc może się skuszę.

Odpowiedz
G Dawid3109

Szli dalej, prostą drogą. Roland nadal trzymając pochodnie i cutlasa, którego trzymał twardo i jak najdalej od siebie, ruszył w przód na zwiad. Reszta załogi oczywiście się obijała wiedząc, że kapitan jest daleko przed nimi.

- Jak myślicie? Spotkamy tutaj rzeczywiście jakieś „ciemne moce”? – spytał się Uhu, który właśnie dłubał sobie w nosie.

- A chuj go tam wie co spotkamy! Ot co! Tutaj można się wszystkiego spodziewać, a to nasz najdroższy kapitan wjebał nas, w to bagno! – powiedział dość zdenerwowany Slash.

- Bądźcie cicho bo jeszcze nas usłyszy. Co jak co, ale nie mamy wyboru jak tylko się go słuchać. Może i jest porywczy oraz często coś robi nieprzemyślanie, jednakże jest naszym kapitanem do cholery! Zna tą wyspę jak nikt inny i lepiej się go słuchajmy, choćby miał nas zagonić i do samego piekła! – odparł Dragon.

Po wszystkich wymienionych obelgach i pochwał wobec kapitana, usłyszeli znak, że mogą ruszać dalej. Na szczęście podziemia nie były dość skomplikowane do obejścia. Wszędzie proste zakręty bez żadnych skrzyżowań, które każą się zastanawiać, którą ścieżkę wybrać. Załoga niemalże przez całą wędrówkę miała drogę, można rzecz, jak po maśle. Niestety, jak to w życiu bywa, zawsze coś musi pójść nie tak.

- Skrzyżowanie! No i kurwa pięknie! Co teraz?! – powiedział Cloudy.

- Zamknij się! Pójdę prawą ścieżką i zobaczę co tam się znajduje, wy chwile tu poczekajcie! I pod żadnym pozorem nie właźcie do ścieżki po lewo. Zrozumiano?! – odezwał się Roland.

- Tak jest!

- No i tak ma być!

Roland zanurzył się w prawą stronę, długiego korytarza. Niestety droga jego była krótka. Najwidoczniej nie poczuł, że przeszedł przez sznurek, który właśnie zerwał. Nim się zorientował głazy zawaliły mu przejście do swoich towarzyszy. Został zupełnie sam.

- Kapitanie! Kapitanie! Jesteś tam?! – krzyknęli wszyscy, przez tą chwilę byli zdezorientowani, ogarnął ich strach i panika, czekali w napięciu na odpowiedź.

- Jestem… Ale ledwo żyje.

- Ważne, że żyjesz do cholery – odparł Dragon.

- He! No i nastały czasy, kiedy to ktoś się przejmuje swoim denerwującym kapitanem, aż się wzruszyłem. Jednakże żarty na bok. Słuchajcie mnie uważnie, bo nie będę powtarzał! Słuchacie?

- Słuchamy!

- To dobrze! Tak więc, musicie się koniecznie udać w lewy korytarz i zbadać co tam się znajduje. Ja udam się dalej prawym, być może drogi pozwolą nam się znowu zobaczyć, kto wie. Jednak na chwilę obecną, myślmy aby o tym by wydostać się z tych przeklętych tuneli. Nie mam pojęcia co was tam spotka, ani co mnie spotka, musimy być dobrej myśli! I błagam was, patrzcie pod nogi oraz nie dajcie się zabić! Czy zrozumieliście?!

- Aye!

- Doskonale! Więc w drogę!

Roland przez dalszą drogę szedł po ciemku, bo pochodnia zleciała mu prosto pod kamienie, mógł ją jeszcze wyciągnąć, ale wiedział, że ognia to już na niej nie zastanie. Starał się patrzeć prosto pod nogi by zobaczyć, czy znowu nie ma jakieś linki niespodzianki. Nie miał zielonego pojęcia po jaką cholerę, ktoś miałby podkładać tu pułapki. Co raz bardziej wierzył w to, że tutaj naprawdę są jakieś szkieletory pod przewodnictwem jakiegoś mrocznego maga. Myślami był jednak gdzie indziej. Cały czas zastanawiał się, kto tak bardzo chce zniszczyć Necroville. I wpadł na genialny pomysł. Gdyby zespoić ze sobą legendę tych tuneli z tym atakiem to miałoby sens. W przeszłości musiał mieszkać tu ktoś, kto zajmował się czarną magią. Swoje zabawy zapewne urządzał tutaj, w lochach. Można również przypuszczać, że skoro to były lochy, miał więźniów jako zabawki do jego chorych eksperymentów. Pewnego dnia musiało coś pójść nie tak i uciekł z wyspy, tak samo jak inni, którzy dowiedzieli się o tym incydencie. Dlatego też wyspa stała się miejscem idealnym dla piratów. Atak mógł być jego rozkazem, albo też kogoś kto żył na tej wyspie i kogoś kto ma teraz wysokie wpływy albo też pieniądze, by wynająć sobie armię. Wszystko to ma sens, ale pierw trzeba by było się dowiedzieć co takiego strasznego skrywałaby ta wyspa. I tak były to tylko znając życie, ślepe i nie mające sensu przypuszczenia, ale kto wie.

Po lewej stronie, nie było za komfortowo. Było ciasno, a w każdym zaułku było mnóstwo szczurów i ogromne pajęczyny. Cóż nic niezwykłego, ale te pajęczyny były wyjątkowo wielkie. Cała załoga, jednocześnie wpadała w zachwyt, i w strach. Tylko Willow nadał głupio się uśmiechał, chyba dalej sobie nie zdając sprawy, że jest w budzących grozę lochach. Szli dalej, przez wąski korytarz pełny szczurów.

- Kurwa, w tej chwili bym sobie bzyknął jakąś ładną dziwkę i nachlał się rumu, a tak to przez tych cholernych skurwysynów tkwię w tej jebanej jaskini, która jebie gorzej niż stopy Moonshine’a nie myte przez tydzień. – powiedział Uhu, z kwaśną i wkurzoną miną.

- Myje stopy codziennie, nie to co Cloudy, potrafi nawet przez dwa bite tygodnie nie myć stóp! A wtedy ich smród… - tu zatknął nos - Szkoda gadać.

- Moje stopy śmierdzą?! Ja Ci zaraz pokażę, kogo stopy śmierdzą! – odpowiedział Cloudy szykując pięści, by przywalić Moonshine’nowi w twarz.

- Uspokójcie się! To nie czas na bicie się po mordach! Musimy znaleźć naszego kapitana i wyjście z tego przeklętego miejsca! To jest teraz naszym priorytetem! – odparł wkurzony Strupa.

- Dobra, dobra – odpowiedzieli wszyscy jednogłośnie i ruszyli przed siebie.

Dalsza droga nie należała do najłatwiejszej. Każdy musiał iść gęsiego i to jeszcze bokiem, bo ściana była aż tak wąska. Szli tak dość spory kawałek drogi. Strup ledwo mieścił się w korytarzu, bo trzymał też swoją kuszę, a Dragon też nie miał łatwo trzymając swoją rusznicę, opóźniał cały wymarsz ponieważ szedł jako pierwszy. Wędrowali dalej i dalej, nasłuchując spadających kropli wody, które spadały z sufitu, wydawałoby się, że topnieją sople lodu i powoli w małych kroplach opadają na ziemie. Czasami z małych dziur w ścianach, wydostawały się szczury, które ledwo się w nich mieściły, często też utykały w nich i gryzły po rękach piratów. W końcu doszli do końca, mając do wyboru tylko zakręt na lewo. Bez narzekań tam skręcili. Nie odzywali się do siebie przez dłuższy czas. Musiał nadejść moment, w którym końcu to zrobili.

- O ja pierdole! – rzekł z przerażeniem Dragon.

- Co to kurwa jest?! – powiedział Strup.

Wszyscy, mówili podobnie. Patrzyli się w dół, bardzo głęboki dół, w którym znajdowało się ogromne stado, olbrzymich pająków. Na samym środku całego tego dołu, stał tak ogromny pająk, że każdego z nich połknąłby w całości od razu go trawiąc.

- Chociaż rozwiązała się zagadka tych olbrzymich pajęczyn. – odparł Slash.

- Ano… - powiedział Uhu.

- Nie wiem, jak wy chłopacy, ale my to byśmy woleli stąd spieprzać gdzie pieprz rośnie! – z drżeniem w głosie powiedziały jednocześnie Bliźniaki - Tam z tyłu jest jeszcze jakiś inny tunel. Lepiej uciekajmy póki nas do cholery jasnej nie słyszą!

Cała ekipa zgadzała się z tym pomysłem. Niestety głupi Willow musiał wskoczyć prosto w stado wroga. Idiota zaczął nawalać wszystkie pająki pięściami, i trzeba przyznać, szło mu całkiem nieźle. Uderzał sprawnie, co prawda jak dziki, ale uderzał dobrze i silnie, na pewno można było wykryć pewien profesjonalizm, w tej jego, można rzecz pijanej sztuce. Nie mogłoby się nie stać tak, że pająki nie zauważyłyby innych, którzy nie zamierzali dalej tam zostać.

- Nie chciałbym nic mówić… - mówił cicho Slash - … ale ja tam Willowa mam w dupie, ogółem proponuje spieprzanie!

- Popieramy!

Biegli szybko, w stronę nieodkrytego tunelu. Nie było już istotne to, co znajdą tam, mieli tylko nadzieję, że będzie tam bezpiecznie.

Kapitan piratów nadal toczył wędrówkę po ciemnym tunelu, patrząc wciąż pod nogi z niesamowitą uwagą. Z daleka było widać jakieś światło. Roland wiedział, że koniecznością jest udanie się tam. Dotarcie tam, nie zajęło mu długo. Owym światłem okazała się pochodnia przybita do ściany. Jedynym co zastanawiało było to, skąd do cholery wzięła się tu pochodnia i to w dodatku przybita do ściany? Nagle pirat coś usłyszał, wydawało mu się, że jest to dźwięk podobny do dźwięku łamanej kości. Ku jemu zdziwieniu zza rogu wyszedł ogromny szkielet, tak szkielet! Miał na sobie tylko obdarte ubranie, więzienne, co nie dziwiło, ale był to szkielet i żeby nie było, ogromny szkielet! Czyżby Roland się nie mylił, czyżby jego teoria odnośnie jakiegoś pseudo czarnego maga, była prawdziwa?! Teraz nie było czasu na zastanawianie się. Roland szybko chwycił za swój cutlas i ruszył ku stercie kości, lecz został szybko pokonany, istota przywołana za pomocą czarów, szybkim ruchem chwyciła za rękę Kapitana i wyrwała mu miecz z ręki, przywłaszczając go sobie. Pirat nie zastanawiał się długo, przebiegł pod nogami olbrzyma i ruszył ku drodze, z której szkielet przybył. Nie wiedział, że niedługo spotka się ze swoją załogą i w to zupełnie tajemniczym miejscu.

- Biegnijcie! Szybko! – krzyczał każdy kamrat po kolei, przekrzykując się nawzajem.

- Czy one się od nas odpieprzą?! Są coraz szybsze! – powiedział szybko Strupa i przyspieszył tępa, wraz z resztą ekipy.

Nie mieli pojęcia gdzie biegli. Pędzili przed siebie, nie zważając na zakręty i szczury, na które wdeptywali co i raz. Na samym końcu biegł biedny Baobab. Cały czas gadał coś o zagładzie, nawet w panice. Zakręty powoli się kończyły, droga też robiła się co raz to krótsza. Załoga wpadała w większa panikę. Koniec wyboru, musieli się zatrzymać.

- Kurwa, już po nas! – dysząc ciężko odezwał się Dragon.

Cała załoga stała przypięta do muru. Każdy ciężko dyszał, czekając już na pewną śmierć. Zaczęli się modlić do każdego bóstwa z osobna, mając nadzieję, że któreś im pomoże. Tak się jednak nie stało. I w tym momencie, Baobab jakby wchłonął całe powietrze z okolicy i je wypuścił. Pomieszczenie wpadło w ostry wstrząs, pająki się wycofały, widząc jak ich bracia zostali po prostu zdmuchnięci z powierzchni ziemi. Niestety, zaklęcie Baobaba było tak silne, że podłoga pod piratami po prostu się zawarła, upadli w dół biorąc ze sobą swego kapitana, o czym jeszcze nie wiedzieli.

Przez chwilę wszyscy leżeli nieprzytomnie, w jeszcze nieznanym im miejscu. Po kilku sekundach wszyscy się otrząsnęli i zaczęli otrzepywać z kurzu, jaki zebrali ze sobą.

- Czy ktoś mi do cholery wyjaśni, co się przed chwilą stało?! - powiedział mocno zdenerwowany Roland.

- Kapitan! – krzyknęli wszyscy.

- Tak, tak to ja do kurwy nędzy! Ale w dupie mam te wasze radosne gęby! Żądam wyjaśnień i to w tej chwili!

- To wszystko przez Baobaba, rzucił zaklęcie! – powiedziały Bliźniaki.

- Ech… To wszystko wyjaśnia. Mam tylko pytanie, co się stało z Willowem? Nie widzę go z wami.

- Idiota ruszył na stado pająków, dodam ogromnych pająków, na pewno nie przeżył, przykro mi.

- Kurwa, kolejny stracony dobry marynarz, i to akurat w piątek, jak można lubić ten dzień? Ale mniejsza już oto, lepiej mi powiedzcie, czym do cholery jest to coś po środku? – Roland wskazał palcem na środek Sali, w której się znajdowali.

A tam na złotej okrągłej i przyozdobionej różnymi runami platformie, stał kryształ, bardzo duży kryształ. Był on koloru purpurowego, świecił się niesamowitym blaskiem, niczym światło, tylko w kolorze purpury. Załoga wraz ze swym Kapitanem, podeszła do tejże niesamowitej rzeczy.

- Co to kurwa jest? – zapytał się Dragon.

- No i to jest właśnie kurwa pytanie. Żebym to ja wiedział, to bym wam powiedział. – powiedział Roland.

- Trzeba się dowie… - nim cokolwiek zdążył Skrupa powiedzieć do pomieszczenia wparowało wojsko, które zaatakowało Necroville.

Piraci zostali okrążeni przez wrogą armię. Musieli oni ustać przy krysztale, by znaleźć się w bezpiecznej odległości. Widać było, że armia chce ich wyeliminować, byli pewni, że to ich ostatnie chwile i znowu się zaczęły modły, ale tym razem do Baobaba, żeby ponownie użył zaklęcia. Ale Baobab nie miał zamiaru żadnego zaklęcia wykonywać, bo znowuż ględził o zagładzie i najwyraźniej zatracił się w tym bez końca.

Kiedy żołnierze dostali już rozkaz rozstrzelania przez swego kapitana, piraci wyszli na przód gotowi na śmierć. Szczęściem się jej nie doczekali. Do Sali wszedł ktoś inny, widać było, że był to ktoś pokroju szlacheckiego. Miał on na sobie szaty złotawo-czarne, które na pewno kosztowały niezłą sumkę. Na jego piersi widniały liczne odznaczenia wojskowe, lśniące niesamowitą czystością. Pas miał gruby i sztywny, a buty miał czarne, czarne niczym kruk. Był dojść otyły i miał śmieszny wąs, nie nosił on jednak zarostu. Na twarzy też był pulchny, ale akurat twarz miał gładką i dość dziecinną, dosłownie niczym niemowlę.

- Natychmiast przerwać rozkaz! – krzyknął tajemniczy mężczyzna.

- Tak jest, Panie Generale!

Tożsamość tajemniczego pana była już prawie znana, brakowało jeszcze tylko imienia i nazwiska.

- Witajcie mości bracia piraci! Kłaniam się wam Ja, generał Tomas D’Alibios! – odrzekł generał, w uroczystym geście i nawet rzeczywistym pokłonie.

- Słuchaj koleś! Nie wiem kim ty do cholery jesteś, ale atakujesz naszą piracką wyspę, za którą w sumie nie będziemy płakać, ale mimo wszystko była to nasza wysepka. Dodatkowo zmuszasz mnie i moich ludzi do zejścia w te cholerne podziemia, żeby uciec przed twoją zasraną armią. I ty jeszcze mi tu się kurwa przedstawiasz? – odparł Roland, pokazując środkowy palec w stronę generała.

- Drogi młodzieńcze! Przyszliśmy tu po coś, czego twoja mała główka nie ogarnia. Nie obchodzi mnie twoje życie, przyszedłem tu tylko po ten kryształ za tobą. – Roland obejrzał się, wraz z resztą załogi patrząc na pożądany przedmiot – Tak właśnie po ten, na który teraz patrzycie. Tę robotę zlecił mi mój pracodawca i zamierzam ją wykonać, jeżeli przeszkodzicie mi w wykonaniu mego zadania, rozprawię się i z wami.

- Och tak?! No to jednak będziesz musiał to zrobić! Do ataku!

Po tych słowach, załoga ruszyła na złowrogich żołnierzy. W tym samym momencie, Baobab ucichł i znowu się wydawało, że ukradł całe powietrze z pomieszczenia. Piraci wiedzieli co zaraz nastąpi. I stało się, Baobab krzyknął, że żołnierze wraz ze swym generałem runęli na ściany. Pomieszczenie było zbyt duże, by zrobić w nim ponowną dziurę w podłodze, więc tym razem załodze się udało.

- Weź kryształ! Szybko! – powiedział do Rolanda, Baobab.

- Jasne! – powiedział Roland.

- A teraz stąd wszyscy uciekajmy jak najszybciej! – rzekł Baobab i wszyscy ruszyli do wejścia, z którego przybył
wróg.

Piątek mógłby się wydawać dniem jakiejś ucieczki. Załoga musiała, uciekać już dzisiaj kilkakrotnie i robiła to znowu powtórnie. Ścieżka jednak okazała się krótsza niż inne i wydostali się na zewnątrz w bardzo szybkim tempie. Znaleźli się na plaży, kiedy przejście z którego przybyli się zamknęło. Co prawda mieli już to gdzieś, teraz aby usiedli na plaży i odpoczywali oddychając szybko. Roland usiadł sam, kiedy dosiadł się do niego Baobab.

- Wiem, o czym wtedy myślałeś – powiedział Baobab.

- Hmm…? – odparł zdziwiony Roland.

- Wiem, że myślałeś o tym, jako żeby miałby na tej wyspie przebywać czarny mag, coś niczym Nekromanta. I uwierz mi, tak też było. Nie bez powodu spotkałeś tego szkieleta, a my te ogromne pająki. To wszystko to jego pozostałości, i tak nie spotkaliśmy jeszcze innych, o wiele gorszych istot. Ale za to spotkaliśmy ten kryształ, jego najpotężniejszą i najbardziej przerażającą pozostałość. Mamy go i nie możemy go oddać w niczyje łapska, to on przysłał po tego generała! W końcu dowie się, że kryształ ma ktoś inny i dowie się, że to my go mamy i wyśle wszystko co ma na nas, a wtedy będziemy musieli się bronić.

- Doskonale Cię rozumiem. I dzięki za wszystko. Teraz mamy tylko jeden cel znaleźć statek i nie dać się złapać!

- To w sumie dwa cele, Panie kapitanie! – powiedział Dragon.

- A niech będą i dwa, ale za to jakie ważne dwa cele! – odrzekł Roland.

- Tak więc ruszamy? – spytał się Strupa.

- Tak ruszamy, moja załogo!

I ruszyli przed siebie, w nieznane.



Odpowiedz
krasus96

Oto moje wypociny. Dosyć się rozpisałem, ale jednak liczy się jakość nie ilość. Może się komuś spodoba :D Am i mam nadzieję, że tekst nie jest zbyt wulgarny. Starałem się pisać w duchu opowiadania ;)


Gromada ruszyła przez korytarze podziemi. Roland krzywił się za każdym razem gdy jego noga zapadała się głębiej niż powinna w muł płynący środkiem tunelu. Willow z reguły radował się możliwością potaplania się w błocku. Mężczyzna energicznie stawiał swoje kroki brnąc przez coraz głębszą breję i rozchlapując ją dookoła, radośnie przy tym parskając. Roland miał już serdecznie dość grobowej ciszy jaka panowała w podziemiach.
-No więc, psy. Niech no który może coś zaśpiewa, raźniej nam tu będzie!- krzyknął do załogi
-Naprawdę ma pan, panie kapitanie ochotę śpiewać w takim miejscu?- spytał podejrzliwie Strup
-Coś trza robić. Chcesz byśmy tu powariowali? Nie uśmiecha mi się chodzenie w ciemnościach po jakichś tunelach, z bandą wyposzczonych sukinsynów.
-O ja sobie wypraszam!- wyszczerzył się Slash.- Dziwka z którą spędziłem dzisiaj noc dostała ciarek na sam widok mego „ostrza”.
-Czasami chciałbym byś mówił o swoim kutasie...-powiedział na wpół do siebie Roland.

Schodzili coraz niżej, droga prowadziła w głąb podziemi. Minęli parę odnóg korytarza ale wszystkie kończyły się ślepymi uliczkami w postaci zawalonych przejść czy zwykłych murowanych ścian. Zupełnie jakby coś ciągnęło ich coraz głębiej w czeluść krainy w jakiej się znaleźli. Wtem w tunelu przed nimi, Roland dostrzegł dziwny kształt jakiejś kreatury o śliskim ciele która następnie zniknęła w ciemnościach.
-Stać- powiedział do reszty.

Roland skierował płomień pochodni w głąb tunelu, wytężając przy tym wzrok i starając się dojrzeć co znajduje się w mrokach przed nimi. Nagle usłyszał dziwny jęk gdzieś daleko w głębi korytarza. Głos zdawał się zbliżać do nich i cały czas potęgował. W pewnym momencie dało się słyszeć już tylko jednostajny ryk który niósł się po całych podziemiach. Odgłos zdawał się wzburzać wodę, im był bliżej tym więcej warstw kurzu poczęło odpadać na ziemię z sufitu. Baobab zaczął wrzeszczeć. Spotęgowało to tylko przerażenie Rolanda. I nagle to poczuł. Tuż przed nimi. Coś co sprawiło, że cały zdrętwiał. Potężną siłę która do nich zmierzała. Pierwszy raz w życiu poczuł namacalne zło. Tajemnicza moc w nich uderzyła. Pochodnia zgasła.
-Zagłada!-ryknął Baobab, niestety nie dokończył swej żałobnej litanii, gdyż potężna siła siła powaliła go na ziemię. Zresztą nie tylko jego.

W cichym jak dotąd tunelu dało się nagle słyszeć mnóstwo przekleństw. Całą bandą rzuciło po korytarzu. Wszyscy miotali się pod wodą. Roland wynurzył się spod wody i począł dziko naparzać swym cutlasem wszystko co się rusza. Willow niezbyt zorientowany co się dzieje starał się złapać równowagę, niestety bez skutku. Moonshine gorączkowo szukał czegoś w wodzie a Dragon właśnie przymierzał się do odstrzelenia komuś łba. Baobab chwycił się za głowę i zaczął tarzać się w mętnej brei wrzeszcząc „zagłada!”. Roland niczym wariat dźgał i ciął wodę wokół siebie. Nagle wyrósł przed nim masywny kształt i Roland zdał sobie sprawę, że w kierunku jego szczęki z zawrotną szybkością kieruje się czyjaś pięść. Na chwilę znowu znalazł się pod wodą. Nagle masywne łapy wyciągnęły go z powrotem na powierzchnię. Roland uwolnił swoje macki z zamiarem wyrwania z ich pomocą nóg tamtego z jego rzyci, jednak zorientował się, że patrzy w jednookie oko Uhu'a i zrezygnował z tego pomysłu. Cyklop już miał coś powiedzieć gdy w korytarzu rozległo się donośne „Kurwa!”. Wszyscy zamarli. Krzyknął Moonshine. Roland oswobodził się z ramion Uhu'a i zirytowany krzyknął do chirurga:
-I czego ryja drzesz?!
Moonshine spojrzał na niego zdziwiony, o co mu też może chodzić, po czym powiedział:
-Zgubiłem rękę...
Rozległo się donośne „Zagłada!” Baobaba po czym rozpętało się piekło. Z wody za Rolandem wyskoczył nieumarły. Mężczyzna odwrócił się na pięcie i rozpłatał mu łeb. Trupy były wszędzie, pływały w wodzie, wychodziły z nowo powstałych szczelin w ścianach a nawet nadchodziły z kierunku z którego przyszli. Rozległy się strzały. Piraci poczęli walczyć. Dragon był w pułapce. Nie mógł używać swojej broni. Bliźniacy ramię w ramię odpierali chordy umarlaków ale zaczęli słabnąć. Moonshine wyjął zza ucha swój skalpel i wbił go w oko pierwszej bestii na jaką trafił. Willow chwycił równocześnie dwa łby umarlaków i zaczął zderzać je ze sobą. Strup przeskakiwał od wroga do wroga z zakrzywionym sztyletem. W tym całym zamieszaniu umknął Rolandowi Baobab. Murzyn siedział skulony pod ścianą kiwając się przy tym miarowo. Był okrążony przez trupy. Roland wypluł z swoich ust potok przekleństw i popędził w stronę murzyna, tnąc i rżnąc wrogów dookoła. Sprawił, że nieumarli wokół Baobaba zainteresowali się jego osobą.
-No! Dalej! Dalej wy sukinsyny!-krzyczał Roland atakując.
Szybkim cięciem pozbawił jednego umarlaka głowy,drugim rozpłatał gardło kolejnego, trzecim...Nie zdążył wyprowadzić trzeciego ciosu. Jeden ze stworów brutalnie wytrącił mu cutlasa z dłoni i zacisnął swe zimne palce na jego gardle. Roland ni cholery nie mógł posłużyć się swoim mackami. Coś w bestii mu to uniemożliwiało. Trwali tak przez chwilę. Bestia tępo zaciskająca swój chwyt. Roland patrzący w puste oczodoły śmierci. I rozległ się strzał. Nieumarły rozpadł się na kawałki. Roland upadł na ziemię, poszukując wzrokiem źródła wystrzału. Dostrzegł Dragona. Masywny mężczyzna stał pośrodku tego całego zamieszania. Z lufy jego rusznicy sączył się dym. A to oznaczało...
-Nie!-krzyknął Roland.
Kolba lufy rozjarzyła się jasnym zielonym światłem. Dragon próbował odrzucić broń niestety ta zaczęła przywierać do jego dłoni, płonąc przy tym.
-A pieprzę to...-mruknął pod nosem zdając sobie sprawę z tego co się dzieje. Przeniósł wzrok na Rolanda i uśmiechnął się łobuzersko - Pozdrów ode mnie Margaret- rzucił po czym jego ciało stanęło w zielonych płomieniach.
W tym momencie Baobab wrócił do rzeczywistości. Mężczyzna poderwał się z ziemi rzucając zaklęcia w niezrozumiałym dla Rolanda języku. Korytarz zadrżał. Woda zaczęła się podnosić zalewając przy tym nieumarłych. Załoga stała oniemiała w miejscu, patrząc jak woda wypełnia powstałe szczeliny i rozsadza ściany. Trupy nie mogły się ratować. Woda jakby ożyła. Pozostawiła żyjących samym sobie, i rzuciła się na nieumarłych. Woda przygniatała swoim ciężarem, ciała trupów do ścian tunelu, pozostawiając wokół załogi płytki brodzik. Ze wszystkich stron byli otoczeni przez majestatyczne wodne bariery oddzielające ich nieumarłych. Baobabowi nie było mało. Zaczął wykonywać swoimi rękami dziwne ruchy kierując wodę poprzez coraz to nowe szczeliny. Roland przez chwilę pomyślał, że murzyn w tej chwili zalewa całe podziemia. Zamierzał krzyknąć coś do Baobaba, lecz jego zamiar przerwało mu nagłe pęknięcie posadzki na której stali. Roland stał niepewny co robić patrząc jak woda wlewa się szczeliny w podłożu, gdy pęknięcie poszerzyło się i cała posadzka się załamała. W tej chwili Roland całkowicie stracił orientację. Przez chwilę myślał, że spada w dół jednak zdał sobie sprawę, że jest niesiony przez potężny nurt wody. Stracił towarzyszy z oczu. Woda miotała nim po ogromnej (jak sądził) jaskini w której się znalazł. Całkowicie stracił orientację. Po całej jaskini wiły się w powietrzu ogromne słupy wody podmywające, (jak sądził Roland) fundamenty miasta. I w całym tym burdelu musiał się znaleźć właśnie on! Nagle sklepienie groty się załamało wpuszczając do środka, kolejny potężny strumień wody. Dookoła zaroiło się od głazów i innych tego podobnych rzeczy których Rolandowi nijak nie dało się unikać. W pewnym momencie poczuł iż zarył o coś głową. Jedyne co w tym momencie pomyślał, to to, iż powinien ograniczyć sobie alkohol. Prąd poniósł go dalej. Świat dookoła pociemniał.

Mewa. Tak, na pewno słyszał mewę. Sól. Czuje sól. Skoro słyszy mewę i czuje sól znaczy to pewnie, że jest na morzu. Co on cholera robi na morzu? Roland otworzył oczy, patrząc dziko dookoła. Pierwsze co do niego dotarło do zapach drewna. Przewrócił się zaskoczony na drugi bok skrobiąc tajemniczą posadzkę na której się znalazł. Deska. Jest na statku. Wtem ktoś brutalnie poderwał go z ziemi. Spojrzał na swoich oprawców. Rycerze. Wszyscy w śliczniutkich, lśniących zbrojach. Zdał sobie sprawę, że jako w Necroville od dawien dawna nie słyszano o rycerzach to zapewne znajduje się na pokładzie „Błędnego Rycerza”. Zmrużył oczy przed promieniami słonecznymi, starając się dostrzec więcej szczegółów. Przed nim, przy ustawionym małym eleganckim stoliku siedział niski, gruby człowieczek o chytrym wyrazie twarzy. Cały wystrojony jak na bal, z pięknymi pończoszkami i peruką. Gładził coś, co leżało na jego nodze. Była to rusznica Dagona. Roland zmarszczył brwi. „Już cię nienawidzę” przemknęło mu przez głowę. Niski człowieczek wezwał go gestem do siebie. Rolandowi nie zostało nic innego jak tylko podejść, oczywiście razem z „eskortującymi” go strażnikami. Niski człowieczek rozparł się wygodnie w swoim fotelu i spojrzał wyzywająco w oczy Rolanda. Ten odpowiedział tym samym nie wiedząc czego się właściwie od niego oczekuje.
-Jestem hrabia Edward von de Monte...-zaczął mówić wyniosłym tonem niski człowieczek, starannie wymawiając każde słowo.- Dziś rano zaatakowałem Necroville.- uśmiechnął się szyderczo- Czy wiesz czemu to zrobiłem?
-Gdzie są moi towarzysze?- Roland postanowił zignorować tyradę hrabiego i od razu przejść do rzeczy.
-Czyli nie wiesz... Jak wiesz Necroville cieszyło się złą sławą...-ciągnął dalej hrabia- W każdym razie wśród ludzi takich jak ja. Wielu zadawało sobie pytanie, czemu to miejsce jest siedliskiem ludzi pokroju...Chm, takich jak na przykład ty-wskazał palcem Rolanda- Otóż okazało się, że przyczyna tkwi głębiej niż ktokolwiek myślał.- w tym momencie Edward rozpostarł szeroko ręce, zamknął oczy i począł opowiadać.- Wiele lat przed skolonizowaniem półwyspu,w miejscu gdzie teraz stoi, a właściwie stało, ale do tego jeszcze dojdziemy,-wtrącał co chwilę- Necroville, znajdowała się kiedyś świątynia nekromantów czczących swego demonicznego boga. Myśleliśmy, że ich wyrżnięto w pień i nie ma się czym martwić. No ale okazało się, że nekromanci przed odejściem rzucili klątwę. Miasto stało się siedliskiem zła, zepsucia i tak dalej, za sprawą mocy demonicznej mocy jaka kiedyś mieszkała na wyspie w podziemiach pod miastem rozprzestrzeniła się epidemia umarlaków których zapewne spotkałeś. Gdy magowie naszej skromnej inkwizycji się o tym dowiedzieli, postanowili działać. Niestety podczas sondowania miasta swymi zaklęciami, tylko rozjuszyli to ZŁO, które swoją drogą podpada pod zło starożytne. No więc stwierdziliśmy iż nie ma ratunku dla tej mieściny i postanowiliśmy zapobiegawczo zrównać ją z ziemią.
-Zabijając przy tym niewinnych ludzi?- Roland parsknął- Nie powiem, że to bardzo oryginalne „wśród ludzi pokroju takiego jak ty”- dokończył słodkim tonem.
-Może- hrabia skupił swoje zainteresowanie na swych gładkich paznokciach- w każdym razie nie mieliśmy wiele do roboty-spojrzał wymownie na Rolanda.- Jakimś cudem ty i twoja banda podmyliście fundamenty Necroville i utopiliście miasto razem ze złem które w nim mieszkało. Co prawda nasze kochane „zło” chciało walczyć, jak pewnie przekonałeś się w podziemiach, lecz niestety nawet jego wzmożona aktywność nic nie dała. Jedynie spowodowała bóle głowy u twojego przyjaciela.
-Baobab? Gdzie on jest?!
-Jest tu ze mną, nie martw się. Swoją drogą niezły mag z tego twojego Bambo. Moi ludzie zastali go lewitującego pośrodku, pośrodku...- pstryknął palcami na służącego stojącego obok.- Mortis, słowo! Duży bałagan! Jak to inaczej powiedzieć?
-Może burdel- wtrącił Roland
-Tak!- hrabia skierował palec w górę.- Burdel! Znaleźliśmy go lewitującego w centrum tego burdelu jaki pozostał z miasta. To on nas do ciebie skierował i podarował mi tą urokliwą broń- hrabia potrząsnął tryumfalnie rusznicą Dragona.- Co do reszty twoich towarzyszy nie jestem pewien.- powiedział zamyślony. Co prawda wyłowiliśmy cię z morza razem z jakimś goblińskim bękartem. Niestety nie ma tu miejsca dla takich jak on, sam rozumiesz.
W tym momencie Roland nabrał chęci by nakarmić swoje macki dupskiem hrabiego.
-Jak to z morza? Co tu się cholera...- w tym momencie jeden z rycerzy zdzielił go w pysk.
-Z morza, dobrze słyszałeś. Twój Bambo musi znać niezłą magię skoro zniosło cię aż tutaj.
-Nienawidzę piątków...-wymruczał Roland
Hrabia uśmiechnął się chytrze na tą wzmiankę.
-Och, ależ gwarantuję ci, że podczas pobytu tutaj znienawidzisz więcej dni tygodnia. Jednak warto zauważyć iż dzisiaj mamy niedzielę. Przyjmuje się, iż niedziela to pierwszy dzień tygodnia. Potraktuj to jako nowy początek!- rzucił za Rolandem uśmiechnięty Hrabia, podczas gdy ten był ciągnięty do ładowni.
Niedziela? Pomyślał zaskoczony Roland. O cholera... Siedząc w mrokach pod pokładem, Roland bił się z myślami. Stwierdził, że lepiej nie chwalić się swoimi mackami wyrastającymi z pleców w momencie gdy hrabia napomknął o inkwizycji. Jednak w głowie kiełkował mu nowy pomysł. Niedziela, pierwszy dzień tygodnia. Świetnie. Nim tydzień się skończy Roland postara się by do tego czasu Hrabia Edward był już martwy a statek należał do niego.
O tak, to dobra myśl.

Odpowiedz
Przeczytaj wszystkie komentarze na forum
Najnowsze

Plotka: wymagania sprzętowe Assassin's Creed: Unity

2
Małgorzata Trzyna

Premiera Assassin's Creed Unity zbliża się wielkimi krokami, a Ubisoft - jak dotąd - nie spieszył się z ujawnieniem wymagań, nie zostawiając wiele czasu osobom, które być może będą musiały wymienić sprzęt na nowy.

Czytaj dalej 
Czas na jedność! Przedstawiamy program przedsprzedaży gry Assassin's Creed Unity!
Lubisz nas?