Informacje

Metro: Last Light, czyli niewiele nowości

...

Spędziłem niespełna 30 minut na pokazie prasowym Metro: Last Light, na którym niestety nie zobaczyłem zbyt wiele nowych rzeczy.

Metro: Last Light, czyli niewiele nowości - obrazek 1
Przyznam szczerze, że liczyłem na zobaczenie czegoś więcej, niż tylko prezentacji fragmentu rozgrywki, który był pokazywany w "odcinkach" w sieci. To samo wejście z gaszeniem żarówek, cichą eliminacją pierwszego przeciwnika i rozwałką działkiem Gatlinga. Potem efektowny i dynamiczny pościg po korytarzach Reichu i klasyczna dla Metro ucieczka drezyną z odrobiną walki. No dobra... Na koniec malusia wisienka, czyli dosłownie kilkusekundowa walka z mutantami w czymś, co wyglądało jak zamarznięta piwnica.

Na szczęście twórcy dali się przez kilka chwil przepytać, więc wiem na przykład, że gra będzie oparta na podobnym schemacie, jak pierwsza - miłośnicy sandboksów mogą iść wypłakać się do kącika. Chlip. Mamy mieć za to jeszcze mroczniejszy klimat i więcej tajemniczych wydarzeń w tle. Miłośnicy broni własnej produkcji też powinni być szczęśliwi - zabawek ma być więcej, bardziej urozmaiconych i z ulepszeniami. Karabinek szturmowy z kolimatorem i granatnikiem, to jest to.

Co poza tym? Rzecz, która chyba najbardziej mnie ucieszyła, czyli znaczące poprawienie systemu skradania się. Ma być bardziej intuicyjny (cokolwiek to znaczy), a przeciwnicy mają znacznie bardziej realistycznie reagować na hałasy i zagrożenia. Nie wyjaśniono nam niestety, na czym dokładnie ma to polegać. Ma być wszakże lepiej, z czego, jako miłośnik skradania się i cichej eliminacji wrogów bardzo się cieszę.

Gra prezentowana była na pecie i muszę przyznać, że na dużym telewizorze wyglądało to świetnie. Niesamowita gra świateł i cieni, świetne tekstury, piekielnie klimatyczne animacje przeładowania broni. Nieodmiennie zawiedziony tym, że Metro: Last Light wciąż bliżej pod względem rozgrywki do CoD, niż Stalkera, czuję, że jednak w nie zagram.

Bo postapokaliptycznego klimatu wciąż tutaj całe mnóstwo, a swojską otoczkę moja słowiańska dusza pokochała już przy poprzedniej odsłonie.